Pacjenci z "kodem śmierci". Dla nich nie ma już ratunku?

Z wielkim bólem, ale i przekonaniem o słuszności mojego działania, odłączyłem od respiratora trzech pacjentów leżących na oddziale intensywnej terapii.

Jestem lekarzem pracującym na OIOM-ie i jestem nauczony, by ratować życie. Jednak rzeczywistość jest taka, że niektórych moich pacjentów nie da się już uratować. I choć można używać różnych "sztuczek", by ich ciała nadal funkcjonowały, to wielu z nich nigdy nie powrócić do swojego życia, ani do jakiegokolwiek, które mogliby zaakceptować.

Reklama

Zostałem przeszkolony i wiem, jak używać najlepszego sprzętu do ratowania nawet tych, którzy są na krawędzi śmierci. Ale nigdy nie byłem uczony, jak odłączyć ten sprzęt. Nigdy nie dowiedziałem się jak pomóc pacjentowi umrzeć.

"Kod śmierci"

Przeszedłem kurs ratownika medycznego, powtarzam go co dwa lata i wiem, kiedy pacjent wymaga natychmiastowej reanimacji. (taki przypadek oznacza się jako "code blue", czyli dosłownie "niebieski kod" - przyp. red.). Ale rzadko jest ona skuteczna. Niewielu takich pacjentów opuszcza szpital. A ci, którzy opuszczają rzadko później się wybudzają.

Po latach pracy, stało się dla mnie jasne, że potrzebujemy "kodu śmierci".

Aż do początku XX wieku śmierć była naturalną częścią życia, tak samo jak narodziny. Była oczekiwana i akceptowana. Żadnych niespodzianek czy  paniki. Gdy nadszedł czas, każdy członek rodziny wiedział co robić, znał swoją rolę.

Dbało się o to, by pacjent miał, w miarę możliwości, pełen komfort i wygodę, do czasu gdy wziął ostatni oddech.

Ale teraz, w czasie magii technologicznej, lekarzy uczy się, że muszą zrobić wszystko, by powstrzymać śmierć. Nie chcemy biernie czekać do ostatniego oddechu.

Ale pacjent umiera mimo "rytuału" przedłużenia życia. Lekarze próbują uzdrowić umierających pacjentów.

Nie ma ani potwierdzenia, ani przygotowania do tego ważnego momentu, który przychodzi, często nieoczekiwane, nigdy nie da się go zaakceptować, wywołuje panikę i cierpienie.

My, lekarze musimy uczyć się na nowo starożytnej sztuki umierania. Kiedy jesteśmy przygotowani, śmierć może być spokojnym, nawet transcendentnym doświadczeniem.

Liczą na cud

Nowoczesny lekarz, "zanurzony" w kulturze bezwarunkowego ratowania życia, musi posiadać dwie kluczowe umiejętności. Pierwsza to przekonanie, że należy zmienić kurs dotyczący opieki. Druga dotyczy zdolności technicznych.

Gdy odłączyłem od respiratora trzech pacjentów z oddziału intensywnej terapii, powiedziałem ich rodzinom smutną prawdę - wasz ukochany zaczął umierać. Nie dowierzali. "Nie można przeprowadzić operacji?, Czy nie zna pan przypadku, gdy takiego pacjenta uratował cud?" - dopytywali. 

Tłumaczyłem, że mózgi ich bliskich były tak uszkodzone, że najprawdopodobniej nigdy nie mogliby mówić, jeść, przytulić się, a nawet rozpoznać rodziny.

Wyjaśniłem im, że jeśli będziemy sztucznie podtrzymywać oddychanie to pacjent, prawie na pewno, będzie zależny od innych, trzeba będzie go myć, karmić, a w jego ciele będzie się rozwijać infekcja za infekcją.

Jeśli chodzi o stronę techniczną, to poinformowałem mój zespół, że dla każdego z trzech pacjentów przygotowałem "kod śmierci". Jedna osoba obserwowała funkcjonowanie dróg oddechowych, a druga czuwała, czy potrzebne jest podanie leku w razie wystąpienia duszności. Student przyniósł krzesła i chusteczki dla wszystkich członków rodziny.

Spotkałem się z rodzinami, wyjaśniłem jak będzie wyglądać śmierć, przygotowałem na ewentualne ruchy lub odgłosy, jakie może wydawać pacjent. Chciałem, żeby nie byli niczym  zaskoczeni.

Rodziny czekały na zewnątrz, a my przygotowaliśmy się do odłączenia respiratora. Pielęgniarki oczyściły twarze pacjentów ciepłymi i wilgotnymi ściereczkami, uczesały ich, i schowały cewniki.

Następnie lekarz przeciął rurkę. Wtedy do pokoi zaproszono rodziny. My staliśmy obok, na wypadek gdyby była potrzebna pomoc medyczna.

Gotowi na śmierć

Stałem z tyłu sali, gestami i szeptem wydawałem instrukcje dla mojego zespołu. Podaliśmy kolejny zastrzyk z morfiny, kiedy oddech się pogorszył, wprowadziliśmy cewnik ssący, aby usunąć wydzielinę. Pracowaliśmy tak dobrze, jak zespół "niebieskiego kodu".

Z trzech pacjentów z "kodem śmierci", jedna osoba zmarła na OIOM-ie w ciągu godziny od odłączenia od respiratora. Drugi pacjent był w szpitalu jeszcze kilka dni. Trzeci został przewieziony do hospicjum i tam, spokojnie, zmarł za tydzień, otoczony rodziną i przyjaciółmi.

Uważam, że dobra opieka nad pacjentem z "kodem śmierci" jest równie ważna jak pomoc osobie z "niebieskim kodem". Powinniśmy się tego nauczyć, ćwiczyć i przechodzić kurs co dwa lata. Ponieważ pomaganie pacjentom w umieraniu wymaga tyle samo doświadczenia i wiedzy co ratowanie życia.

Jessica Nutik Zitter / The New York Times

Tłum. AK, śródtytuły pochodzą od INTERIA.PL

The New York Times
Dowiedz się więcej na temat: pacjenci

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy