Płatny morderca zmienia zdanie

Pewnego dnia zeszłej jesieni bojówki wierne syryjskiemu prezydentowi Baszarowi al-Assadowi otrzymały zgłoszenie z dystryktu Tadamon w południowej części Damaszku, ówczesnej linii frontu między siłami rządowymi i opozycyjnymi. We wskazanym mieszkaniu natrafiono na grupę uzbrojonych mężczyzn skupionych wokół nagich mężczyzny i kobiety - wspomina były członek milicji, który w obawie przed zemstą przedstawia się imieniem Abu Rami.

Mężczyzna rozpoznał ofiary - rodzeństwo z sąsiedztwa, członków sekty alawitów, do której należy też klan Assadów. Otaczający ich mężczyźni, rebelianci z Frontu Obrony Ludności Lewantu, dopiero co zmusili brata, by zgwałcił siostrę.

Według opowieści Abu Ramiego, on i pozostali bojówkarze aresztowali rebeliantów z Frontu i przekazali ich syryjskiemu wywiadowi. Co się z nimi stało? Nie wie, ale dodaje, że mieli szczęście, jeśli udało im się ujść z życiem.

Zabijał, by się zemścić

Reklama

Abu Rami, chudy 17-latek, przyznaje, że przez ostatnich dziewięć miesięcy zabijał niezliczoną ilość razy dla rządu Assada. (...)

“Niektórzy walczą dla ideologii, inni z miłości do Baszara, jeszcze inni dla pieniędzy" - mówi - "Ja walczyłem z zemsty".

Wstąpił w szeregi milicji, by pomścić śmierć przyjaciela, zabitego przez rebeliantów.

On i jego ludzie nie byli żołnierzami, ani policjantami, ale członkami shabiha, paramilitarnych jednostek, które w stolicy kraju liczą zazwyczaj od 20 do 25 osób wyposażonych w kałasznikowy i karabiny maszynowe konstrukcji radzieckiej tzw. duszki. Oddziały przyjęły swoją nazwę od klanów gangsterskich, które powstały w latach 70., gdy u władzy był ojciec Baszara, Hafez al-Assad.    

Niektórzy mówią, że nazwa shabiha pochodzi od arabskiego słowa “duch", inni, że wywodzi się z sentymentu gangsterów do jednego z modeli samochodów marki Mercedes-Benz, znanego jako shabah.

Mimo że członkowie shabiha byli w większości alawitami i często mieli rządowe koneksje  pod koniec lat 90. prowadzony przez nie przemyt i kryminalne wyczyny na tyle wymknęły się spod kontroli, że władze postanowiły się z nimi rozprawić.

Jednak po rozpoczęciu powstania w 2011 roku shabiha znów okazały się pomocne - jako wsparcie dla syryjskiej armii. W obliczu niewystarczającej liczby rekrutów do sił zbrojnych, ich rola zaczęła rosnąć, zwłaszcza na obszarach miejskich, gdzie praktycznie kontrolują sytuację. Obecnie władze syryjskie planują ich włączenie do nowych jednostek wojskowych, które zostaną rozmieszczone w całym kraju.

Premia za zabicie człowieka

Do dzielnicy Tadamon - jak mówi Abu Rami - wojna dotarła we wrześniu zeszłego roku, jednak już dwa miesiące wcześniej władze zwróciły się do bojówek z zadaniem obrony będących w mniejszości alawitów.

Gdy po piątkowych modłach odbywały się antyrządowe manifestacje zwoływane przez sunnitów “moim pierwszym zadaniem jako członka shabiha, było odstraszanie" protestujących - wspomina Abu Rami. "Nie robiliśmy nic, dopóki nie zaczęli przeklinać druzów, alawitów i chrześcijan. Wtedy zaczynaliśmy działać. Na początku nie nosiliśmy pistoletów, tylko kije i noże".

Po tym, jak Wolna Armia Syrii i inni antyrządowi rebelianci, dotarli do Tadamonu, piątkowe manifestacje przerodziły się w walki uliczne. Armia zaczęła wykorzystywać shabiha do obstawiania punktów kontrolnych. Początkowo zmiany trwały po 6 godzin, później 11. Bojownicy pomagali sobie napojami energetycznymi wymieszanymi z mocnym alkoholem.

Abu Rami wspomina, że płacono mu 15 tysięcy syryjskich funtów (215 dolarów) miesięcznie, czyli mniej więcej najniższą krajową. Pensje były wyższe - dodaje - jeśli przyjmowało się dodatkowe misje poza najbliższym sąsiedztwem oraz za zabicie wroga. Za potwierdzone morderstwo premia wynosiła dwa tysiące funtów syryjskich.

Jak wynika z lutowego raportu Rady Praw Człowieka ONZ shabiha dopuściły się zbrodni przeciwko ludzkości, m.in. morderstw, tortur i przemocy seksualnej. "Milicje te postrzegane są jako funkcjonariusze państwowi, działający z autoryzacji władz, przy ich wsparciu lub cichym przyzwoleniu" - napisano w raporcie.

W dokumencie przywołano także dowody na zbrodnie wojenne dokonywane przez uzbrojone grupy bojowników opozycyjnych wobec władzy Assada, m.in. Wolnej Armii Syrii i Frontu Obrony Ludności Lewantu, którą USA zaklasyfikowało jako organizację terrorystyczną.

Cztery dni "objawienia"

Życie Abu Ramiego zmieniło się w styczniu, gdy jego starszy brat, próbując wyciągnąć go z shabiha, zabrał go na spotkanie organizowane przez grupę opozycyjną, która ponad przemoc stawia dialog.  

“Building the Syrian State" (B.S.S.) to ruch polityczny zapoczątkowany przez znanego opozycjonistę Louaya Husseina, którego celem jest pozbawienie Assada władzy za pomocą środków politycznych, a nie militarnych.

Jak opowiada 38-letni Anas Joudeh, prawnik z Damaszku, który pomagał przy tworzeniu B.S.S., Abu Rami wziął udział w czterodniowym panelu dyskusyjnym na temat aktywnego obywatelstwa, który przyciągnął Syryjczyków o zróżnicowanych poglądach politycznych. Celem warsztatów było stworzenie atmosfery, w której ludzie o skrajnie różnych poglądach mogliby spróbować wypracować wspólny środek. Dla Abu Ramiego doświadczenie to było niemal objawieniem.

“Osiągnęliśmy zdumiewający wynik" - mówi Joudeh - “W ciągu zaledwie czterech dni dramatycznie zmieniło się nie tylko jego zachowanie, ale także charakter".

Na przykład - jak wspomina - jedną z pierwszych aktywności podczas panelu było spisanie na kartce nazwisk osób, które członkowie panelu postrzegają jako wzór do naśladowania. Abu Rami wskazał na lidera Hezbollahu i Assada, jednak "po pierwszym dniu zmienił zdanie, odpiął swoją kartkę ze ściany i ją potargał".

Warsztaty prowadzą działacze społeczni. W grupie jest zazwyczaj od 20 do 25 osób. Jeśli są wśród nich dzieci, włączają się psychologowie - opowiada Jodueh. Jednak panel ma na celu bardziej otwartą dyskusję niż terapię - dodaje.

Zmęczony zabijaniem

Syryjski konflikt podzielił społeczeństwo, a nawet rodziny. Joudeh, członek opozycji, mówi, że jego brat był zagorzałym zwolennikiem Assada, Abu Rami z kolei twierdzi, że wśród jego braci jest oficer wojska oraz aktywny członek B.S.S. To właśnie te podziały grupa ma nadzieję uleczyć.

Po warsztatach Abu Rami opuścił shabiha i obecnie pomaga B.S.S. prowadzić podobne panele, jednocześnie ucząc się, by uzyskać dyplom szkoły średniej.

Niektórzy z jego kolegów namawiali go, by wrócił do bojówek. Jednak, mimo że nie jest zbytnim optymistą w kwestii pokojowego rozwiązania sytuacji, mówi, że gorąco popiera ideę B.S.S. - odrzucenia przemocy.

“Front Obrony Ludności Lewantu staje się coraz potężniejszy, wciąż jest też wielu ludzi zawzięcie lojalnych wobec Assada" - tłumaczy - "Oni będą walczyć do ostatniej kropli krwi".

Dla niektórych z nich “życie ludzkie nie jest warte nawet tyle, ile kosztuje nabój" - dodaje, ale “ja już jestem zmęczony zabijaniem".

Mikel Ayestaran, Mike Elkin

The International Herald Tribune

New York Times/©The International Herald Tribune
Dowiedz się więcej na temat: Syria | Damaszek | morderca | ofiary przemocy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje