Polacy na Wyspach płacą za swój pobyt

Czy Polacy na Wyspach Brytyjskich rzeczywiście są "darmozjadami"? A może wokół imigrantów narosło tyle mitów, że nie sposób już odróżnić prawdę od populistycznych argumentów? - zastanawia się na łamach "New York Timesa" A. M. Bakalar, polska pisarka tworząca w języku angielskim.

"Nie jesteś stąd" - usłyszałam pewnego wieczoru w moim rodzinnym Wrocławiu, w pubie, do którego wyskoczyłam na drinka z przyjaciółmi podczas mojego niedawnego pobytu w tym mieście. "Jak to? Przecież się tutaj urodziłam" - odpowiedziałam, nie kryjąc zaskoczenia. "Mówisz po polsku - odparła w zamyśleniu osoba, z którą wdałam się w tę rozmowę - ale jest w tobie coś dziwnego, coś innego".

Reklama

Po tej wymianie zdań zaczęłam się zastanawiać, czy grozi mi to, że stanę się imigrantką w moim własnym kraju albo wręcz odkryję (kiedy już wrócę do siebie, do Londynu), że nie jestem już Polką.

Emigranci na całym świecie do kwestii przynależności podchodzą w sposób nerwowy. Podobnie jak wielu Polaków, tak i mnie zaniepokoiły słowa wypowiedziane niedawno przez brytyjskiego premiera Davida Camerona. Jako członek Unii Europejskiej, Wielka Brytania musiała zaakceptować zniesienie ograniczeń w swobodnym przepływie pracowników z Bułgarii i Rumunii, które nastąpiło 1 stycznia br. W odpowiedzi Cameron - wspomagając się adekwatną retoryką - zastosował wiele środków mających zniechęcić potencjalnych nowych imigrantów do przyjazdu na Wyspy.

Cameron kontra Polacy

"Ciężko pracujący Brytyjczycy słusznie zastanawiają się, czy imigranci nie przyjeżdżają aby tutaj po to, by wykorzystywać nasze instytucje użyteczności publicznej i nasz system zasiłków"  - powiedział w grudniu szef brytyjskiego rządu. Później, w wywiadzie dla BBC, rozwinął temat: "Są takie kraje w Europie, które tak jak ja uważają, że jest czymś niewłaściwym, byśmy komuś z Polski, kto przyjeżdża tutaj, by ciężko pracować - za czym się jak najbardziej opowiadam -  musieli płacić dodatek na dziecko, z którego korzysta jego rodzina w Polsce".

Jako że barbarzyńskie hordy z Bułgarii i Rumunii dopiero zbierają się przy brytyjskiej granicy, Polacy wydają się być wygodnym zastępczym celem dla populistycznego ataku Camerona. Jego słowa wywołały serię kąśliwych ripost.

Jarosław Kaczyński, były polski premier, wysłał do niego list protestacyjny, a były prezydent Lech Wałęsa przestrzegł przed "nieracjonalnym i krótkowzrocznym" postępowaniem. Ambasador RP w Londynie, Witold Sobków, w opublikowanym przez "Huffington Post" artykule stwierdzał, że Polaków - którzy przyjechali do Wielkiej Brytanii, "aby ciężko pracować, nie zaś wykorzystywać system czy zgarniać zasiłki" - "nie należy wskazywać palcem i stygmatyzować".

Zaczęłam się zastanawiać, skąd wzięła się ta nieoczekiwana wrogość wobec imigrantów w wypowiedziach premiera Camerona. Mój partner - Brytyjczyk, którego rodzice przybyli tu z Jamajki w latach 60. ubiegłego wieku - nie krył swojego wzburzenia: "Wszyscy tutaj są imigrantami. To przecież wyspa, na litość boską!" - powiedział.

Brytania, wyspa imigrantów

W 2003 r. przeprowadziłam się do Londynu - powodem była miłość, a nie perspektywa zarabiania większych pieniędzy niż w Polsce. Pod tym względem odstawałam prawdopodobnie od większości Polaków, którzy wyemigrowali do Wielkiej Brytanii po akcesji Polski do UE w 2004 r. Mimo to wpisałam się w drugą najliczniejszą (po Hindusach) grupę imigrantów na Wyspach - według najnowszych danych Office for National Statistics (głównego urzędu statystycznego Wielkiej Brytanii), w Zjednoczonym Królestwie żyje obecnie 521 tysięcy Polaków.

Przez pierwszych pięć lat nie spędzałam zbyt dużo czasu w towarzystwie Polaków mieszkających w Londynie. Zafascynowała mnie kulturowa różnorodność. Mój partner miał rację: 37 procent mieszkańców Londynu - najbardziej zróżnicowanego pod względem etnicznym miasta Wielkiej Brytanii - to obcokrajowcy. Na ulicach można tu usłyszeć ponad 300 języków.

Imigracja a kwestie gospodarcze

Większość przedstawicieli brytyjskiej klasy średniej ciepło przyjęła Polaków przybyłych na Wyspy. Nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że państwo Cameron sami zlecali drobne naprawy przysłowiowemu "polskiemu hydraulikowi", nie mogąc nadziwić się, że zostały one wykonane tak szybko i za tak rozsądną stawkę. Nie jest jednak tajemnicą, że w niektórych regionach kraju obecność tych imigrantów, którzy po 2004 r. zjawili się w Wielkiej Brytanii, przyczyniła się do obniżenia stawek godzinowych - zwłaszcza w takich branżach, jak sektor budowlany czy usług.

Od wybuchu recesji obserwujemy pogorszenie się sytuacji pod tym względem. Mój znajomy Brytyjczyk - stolarz z dyplomem mistrzowskim, wciąż bezskutecznie szukający pracy - powiedział mi kiedyś: "Widzę, jak z podjeżdżającej furgonetki wysypują  się imigranci, z których każdy jest gotów pracować za 5 funtów za godzinę, chociaż nie ma doświadczenia ani papierów. I co mam zrobić?".

Brytyjska gospodarka wciąż zmaga się z recesją, w związku z czym złożony problem imigracji na tak niewielką w istocie wyspę musi niepokoić co poniektórych. Gdybym była premierem, też bym się niepokoiła. Nie jest tajemnicą, że Partię Konserwatywną, której liderem jest David Cameron, czeka zażarta walka przed wyborami parlamentarnymi zaplanowanymi na 2015 rok. Myśli Camerona musi zaprzątać rosnące poparcie dla populistycznej Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa. A czy istnieje skuteczniejszy sposób odzyskania utraconych wyborców niż demonizowanie imigrantów - nawet jeśli wiąże się to z koniecznością wygodnego pomijania niezaprzeczalnych faktów?

Dają więcej niż biorą

Według danych zebranych przez ośrodek badań nad migracją działający przy University College London, w latach 2000-2011 liczba imigrantów korzystających z państwowych zasiłków czy dodatków do przychodów była o 45 procent mniejsza niż liczba pobierających te świadczenia Brytyjczyków. To by było na tyle, jeśli chodzi o Polaków zgarniających zasiłki. W tym samym okresie imigranci z Europejskiego Obszaru Gospodarczego (państwa UE plus Norwegia, Islandia i Liechtenstein - przyp. tłum.) wpłacili brytyjskiemu fiskusowi sumę o około 34 procent wyższą niż wartość pobranych przez nich świadczeń socjalnych - a ich wkład netto do finansów publicznych wyniósł prawie 25 mld funtów.

Z danych dostarczonych przez London School of Economics wynika natomiast, że "statystycznie imigranci są młodsi i lepiej wykształceni niż Brytyjczycy". Premier Cameron powinien przyjąć tę wiadomość z ulgą, zważywszy na fakt, że Wielka Brytania już dziś martwi się o to, za co będzie utrzymywać powiększającą się z roku na rok rzeszę obywateli w podeszłym wieku.

Rzecz jasna, każdy kraj ma prawo kontrolowania swoich granic i napływu imigrantów. Straszenie ludzi przybyszami z zagranicy jest jednak tanim i brzydkim chwytem. Premier Cameron powinien uważać, bo ucierpi na tym sama Wielka Brytania i jej pozycja na arenie międzynarodowej.

Jakiś czas temu połączyłam się przez Skype’a z moim rodzicami w Polsce. "Wiesz, zawsze możesz wrócić" - powiedziała mama, zapewne z nadzieją, że zmienię zdanie. W ciągu ostatnich dziesięciu lat odbyłyśmy taką rozmowę wielokrotnie - tym razem jednak okoliczności sprawiały wrażenie nieco innych. "Londyn to mój dom, mamo - powiedziałam - bez względu na to, co chcą nam wmówić politycy."

Mówiąc "nam", miałam na myśli innych imigrantów. I, jak zwykle, na tym zamknęłyśmy ten temat.

A. M. Bakalar

© The New York Times 2014

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

Dowiedz się więcej na temat: imigracja | Polacy w Wielkiej Brytanii | zasiłek | David Cameron | Londyn

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy