Politycy kontra prostytutki: Walka o legalne domy publiczne w Turcji

W Turcji od lat usługi seksualne można świadczyć legalnie, w licencjonowanych domach publicznych. Taki stan rzeczy nie podoba się jednak konserwatywnym politykom, którzy postanowili wypowiedzieć wojnę prostytucji. Wywołało to ogólnonarodową debatę - donosi "The New York Times".

W Stambule jest zimny i dżdżysty poranek. Przed bramą strzegącą dostępu do ulicy zwanej "Alejką Żyrafy", położonej w historycznej dzielnicy Beyoglu, czeka sześciu mężczyzn. Twarze kryją w kołnierzach płaszczy, postawionych wysoko dla ochrony przed deszczem.

Reklama

Po okazaniu dokumentów policjantom pilnującym bramy, czekający oddają dozorcy swoje telefony komórkowe, breloki do kluczy i zapalniczki. Następnie przechodzą przez bramkę wykrywającą metale - a stamtąd kierują się każdy w swoją stronę, do wybranego domu publicznego.

Tak jest codziennie. Od dziesiątej rano do dziesiątej wieczorem stromymi uliczkami wijącymi się u podnóża Wieży Galata wędrują mężczyźni, którzy pragną skorzystać z usług świadczonych w najstarszej legalnie działającej dzielnicy czerwonych latarni w Stambule. Dystrykt ten, utworzony ponad sto lat temu (jeszcze w czasach Imperium Osmańskiego), wciąż przyjmuje ponad 5 tysięcy "klientów" dziennie - mimo iż jego dni świetności dawno minęły, o czym przypominają liczne chylące się ku upadkowi budynki, w których nikt już na nikogo nie czeka.

Domy publiczne pod specjalnym nadzorem

Ale na początku stycznia w "Alejce Żyrafy" coś drgnęło. Pracujące tutaj kobiety postanowiły jednym głosem zaprotestować w obronie swojej profesji. Szczelnie owinięte szalami i chustami, z twarzami zasłoniętymi dużymi ciemnymi okularami, wyszły na ulice z transparentami, na których odręcznie wypisano hasła: "Zostawcie burdele w spokoju" i "Ręce precz od mojej pracy".

A wszystko zaczęło się od policyjnego nalotu, podczas którego wydano nakaz zamknięcia kilku domów publicznych mieszczących się w "Alejce Żyrafy". Stambulskie prostytutki są przekonane, że władze chcą w ten sposób zmusić je do opuszczenia dzielnicy płatnej miłości - i w praktyce doprowadzić do jej likwidacji.

Co prawda, rzeczniczka gubernatora miasta i prowincji stambulskiej (który decyduje o przyznawaniu licencji miejskim domom publicznym) zapewnia, że nie wie nic o żadnej planowej akcji zamykania tego rodzaju przybytków, ani o jakichkolwiek krokach prawnych mających na celu ograniczenie legalnej prostytucji. W podobnym tonie wypowiada się rzecznik miejskiej policji, który jednak nie chce komentować nalotu na "Alejkę Żyrafy".

Prostytucja świadczona w licencjonowanych domach publicznych jest w Turcji legalna, ale stręczycielstwo jest w świetle prawa przestępstwem. W efekcie wspomnianego nalotu cztery domy publiczne zostały zamknięte na okres trzech miesięcy, a dwa zlikwidowano całkowicie, tłumacząc tę decyzję notorycznym łamaniem prawa przez prowadzące je osoby.

Podobne akcje prowadzone są obecnie także w innych tureckich miastach. Latem 2012 r. w Ankarze na mocy wyroku sądu (który przychylił się do wniosku złożonego przez stołeczne władze) zlikwidowano większość domów publicznych znajdujących się w dzielnicy Bentderesi. Mniej więcej w tym samym czasie podobny los spotkał kompleks domów schadzek w Antalyi, obok którego powstał meczet: tureckie prawo wyklucza funkcjonowanie domów publicznych w bezpośrednim sąsiedztwie szkół lub miejsc kultu.

Prostytucja legalna to prostytucja bezpieczna?

Zarówno w Ankarze, jak i w Stambule przewagę we władzach miasta mają członkowie islamistycznej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (obecnego ugrupowania rządzącego w Turcji). W Antalyi władzę sprawuje świecka Republikańska Partia Ludowa, ale - jak podkreśla Sevval Kilic, współzałożycielka organizacji Women's Gate, niosącej pomoc kobietom trudniącym się nierządem - "przynależność polityczna nie ma tutaj znaczenia". - Jeśli chodzi o likwidację prostytucji, wszyscy politycy są po tej samej stronie. Nie rozumieją, że zamykanie licencjonowanych domów publicznych nie sprawi, że prostytucja zniknie. Kobiety świadczące tego rodzaju usługi przeniosą się po prostu na ulice lub do podziemia. Wpłynie to negatywnie na ich bezpieczeństwo, a także na stan zdrowia wszystkich obywateli.

W świetle tureckiego prawa każda prostytutka musi poddać się procedurze weryfikacyjnej przeprowadzanej przez władze prowincji, które następnie wydają jej licencję. Później obowiązana jest regularnie wykonywać badania lekarskie. Licencjonowane domy publiczne, których w całej Turcji jest ponad 50, podlegają policyjnej kontroli. To właśnie ten nadzór sprawia, że są to miejsca atrakcyjne zarówno dla będących ich klientami mężczyzn, jak i dla pracujących tam kobiet: obie te grupy wiedzą, że nie grożą im tam ani choroby, ani przemoc. Tak twierdzi Sevval Kilic, która sama trudniła się niegdyś nierządem.

Z poglądem tym zgadzają się specjaliści. - Z naukowego i medycznego punktu widzenia zamykanie legalnie funkcjonujących domów publicznych to bardzo zły pomysł - mówi seksuolog Akif Poroy.

Zdaniem lekarza, ograniczenie dostępu do usług licencjonowanych prostytutek przyczyni się do wzrostu zakażeń chorobami przenoszonymi drogą płciową i nasilenia się przemocy wobec kobiet. Obawy te podzielają demonstrujące prostytutki z "Alejki Żyrafy". - Po policyjnym nalocie zostało już tylko jedenaście domów publicznych - mówi jedna z nich. - Dziewczyny nie mogą się w nich pomieścić. Musimy wychodzić na ulice, żeby zdobyć środki na utrzymanie naszych dzieci.

Potrzeba debaty

W wyniku policyjnej akcji w Stambule około 60 kobiet trudniących się nierządem tymczasowo straciło źródło dochodu, a 30 zostało całkowicie pozbawionych zatrudnienia. Wiele z nich nie będzie miało innego wyboru, jak zasilić szeregi armii nielegalnie działających prostytutek, których liczba (według szacunków Sevval Kilic) sięga stu tysięcy.

Licencjonowane prostytutki, których w całej Turcji jest ok. 3,5 tysiąca, nie mają praktycznie żadnej szansy na znalezienie normalnej pracy: personalia każdej z nich figurują w policyjnych kartotekach, a zamiast dowodów osobistych posługują się one wydawanymi im licencjami, które od razu zdradzają ich sytuację. Dodatkowo władze odłożyły rozpatrzenie ok. 40 tys. wniosków o przyznanie licencji, komplikując sytuację kobiet chcących legalnie świadczyć usługi seksualne.

"Alejka Żyrafy", która powstała po to, by zapewnić dostęp do tego rodzaju usług europejskim mieszkańcom dzielnicy Pera (jak w czasach osmańskich nazywany Beyoglu), świadczy dziś o podupadającej kondycji legalnego nierządu. Stambulski dystrykt czerwonych latarni - jak kiedyś, także i dziś wciśnięty pomiędzy dwie synagogi i ormiański kościół - dni swojej świetności przeżywał w latach 90. ubiegłego wieku, kiedy Matild Manukyan, Ormianka, prowadziła tutaj prawie 40 domów publicznych. Kobieta ta przez pięć lat przewodziła liście podatników odprowadzających największe sumy do skarbu państwa. Została ona zresztą uhonorowana za to wieloma oficjalnymi odznaczeniami i dyplomami - co dziś byłoby wręcz nie do pomyślenia, zauważa dr Poroy, seksuolog. - Dziś niełatwo jest otwarcie mówić o seksualności, a także o kulturowym i politycznym klimacie ostatniej dekady - zauważa.

Zdaniem Sevval Kilic, na tym właśnie polega problem. Gdyby tylko udało się zainicjować publiczną debatę na temat prostytucji, łatwo można by udowodnić, że z obecnym systemem legalizowania nierządu wiąże się wiele korzyści. - Politycy wolą jednak zamieść ten problem pod dywan i po cichu zamykać kolejne domy publiczne pod byle pretekstem - mówi.

Susanne Gusten

© 2013 The International Herald Tribune

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje