​Porażka skrajnej prawicy w Austrii. Czego możemy się z niej nauczyć?

Zaprezentowanie alternatywy, a nie uległość - to metoda na to, aby pokonać prawicowych populistów w Europie - pisze na łamach "The New York Times" Florian Bieber.

Po referendum ws. Brexitu w czerwcu i wyborze Donalda J. Trumpa na prezydenta USA w listopadzie, cały świat obserwował wybory w Austrii. Miały one być wskaźnikiem tego, czy prawicowi populiści nadal będą mieć dobrą passę. Okazało się, że  - przynajmniej na razie - nie.

Reklama

Alexander Van der Bellen, były lider Partii Zielonych w Austrii, pokonał Norberta Hofera ze skrajnie prawicowej Partii Wolności. Było to powtórka wyborów, które odbyły się w maju, a których wyniki zostały unieważnione przez sąd konstytucyjny po skargach dotyczących nieprawidłowości w głosowaniu. Tym razem Van der Bellen zgarnął większą pulę głosów - prawie siedem punktów procentowych, w porównaniu z jednym w maju - pomimo tego że sondaże i wielu obserwatorów przewidywało jego porażkę.

Wybory w Austrii pokazują, dlaczego błędem jest interpretowanie sukcesów prawicowych populistów jako fali, której nie da się zatrzymać. Przeciwnicy Partii Wolności próbowali powiązać Hofera z brytyjskim głosowaniem ws. opuszczenia Unii Europejskiej, sugerując, że jeśliby wygrał, próbowałby doprowadzić do austriackiego referendum w sprawie opuszczenia UE. 

Ale Partia Wolności zdystansowała się od takiej polityki, zdając sobie sprawę, że ten pomysł nie cieszy się poparciem wśród większości Austriaków. Dużo osób niesłusznie porównywało także, mimo wszystko spokojnego, uśmiechniętego Hofera, do hałaśliwego i grubiańskiego Trumpa.

Niemniej jednak, jasne jest, że w grę wchodzą podobne siły, a z wyborów w Austrii, są do wyciągnięcia pewne wnioski.

Ideologiczny eklektyzm

Hofer mógł zostać pokonany, ale jego partia kojarzona z nacjonalizmem, islamofobią, eurosceptycyzmem i anty-elitaryzmem mimo wszystko zdobyła prawie połowę głosów w wyborach przy wysokiej frekwencji. Ideologiczny eklektyzm Partii Wolności, która sama siebie nazywa "partią socjalnej ojczyzny" i kieruje swoje przesłanie do robotników, pomimo neoliberalnego programu gospodarczego - udowodniła swoją siłę, a nie słabość.

Napływ uchodźców do Austrii w ciągu ostatniego półtora roku również przyczynił się do wzmocnienia popularności skrajnej prawicy. Historie w tabloidach i mediach społecznościowych dotyczące zagrożenia terrorystycznego ze strony uchodźców, pomoc finansowa, jaką otrzymują (rzeczywista i wyolbrzymiona) i obca natura islamu, przyczyniły się do stworzenia atmosfery sprzyjającej Partii Wolności.

To, co napędzało poparcia dla Partii Wolności, to nie faktyczne zagrożenie, ale sam strach. Wyniki wyborów nie wykazały korelacji między miejscowościami, gdzie imigranci się osiedlili, a głosami oddanymi na Hofera.

Ogromną rolę odegrała także fatalna sytuacja ekonomiczna. Bezrobocie wynosi obecnie 5,9 procent i choć jest niskie, jak na standardy europejskie, to dla Austrii jest historycznie wysokie. Wielu bezrobotnych Austriaków winą za to obarcza partie polityczne utrzymujące się przy władzy. A ci, którzy są niepewni odnośnie zachowania swojej pracy, czują, że elity ich porzuciły.

To zrozumiałe, że wielu wyborców ma dość partii głównego nurtu. Centroprawicowa Partia Ludowa przez ostanie 22 lata współdzieliła władzę z centrolewicowymi Socjaldemokratami i doszło do stagnacji. Ani nowy socjaldemokratyczny kanclerz Christian Kern, ani młody minister spraw zagranicznych Sebastian Kurz, gwiazda Partii Ludowej - nie byli w stanie zaprezentować przekonującej alternatywy dla pokus oferowanych przez skrajną prawicę.

Zamiast tego, każdy z nich motywował swoją partię do tego, aby utworzyć potencjalny sojusz z Partią Wolności, która nadal prowadzi w sondażach przed wyborami parlamentarnymi. Kurz, po tym jak początkowo wspierał Angelę Merkel w jej przyjaznym nastawieniu do uchodźców, od tej pory przyjął twarde stanowisko odnośnie zamykania austriackich granic. Był też wyjątkowo łagodny w ostatniej debacie z Hansem Christanem Strache - przewodniczącym Partii Wolności. Taka troska o Partię Wolności, będzie stanowiła raczej przyczynę porażki dla partii centrowych.

Ważna lekcja

Jedna lekcja, jaka płynie z wyborów prezydenckich jest taka, że należy zaprezentować prawdziwą i wiarygodną alternatywę, aby pokonać skrajną prawicę.

Van der Bellen prezentował kontrastową postawę w stosunku do swojego przeciwnika Hofera. Emerytowany profesor uniwersytecki, niemal o 30 lat starszy od Hofera, reprezentował miejską, otwartą i kosmopolityczną Austrię, która przybyła na ratunek uchodźcom w ciągu ostatniego 1,5 roku.

Partia Wolności starała się to wykorzystać przeciwko niemu, przedstawiając go jako niepatriotycznego komunistę i masona, członka wiedeńskiej elity. Zwolennicy partii szydzili z wieku Van der Bellena i sugerowali, że może być chory. Nic z tego nie wyszło.

Po pierwsze, nie mógł być oskarżony o to, że podczas swojej kariery politycznej dopuścił się jakiegokolwiek zaniedbania. Jako członek Zielonych nie był także kojarzony z partiami rządzącymi, z których dwaj kandydaci otrzymali łącznie zaledwie 20 procent głosów podczas pierwszej tury wyborów w kwietniu. A zamiast schlebiać prawicy, pokazał, że jest alternatywą.

Politycy w całej Europie, od Geerta Wildersa w Holandii do Marine Le Pen we Francji, wyrażali swoje poparcie dla Hofera. Widząc jego porażkę, teraz są mniej pewni swoich własnych ścieżek do władzy.

Ich sukcesy do tej pory przede wszystkim odzwierciedlają słabości partii głównego nurtu. To może wymagać od innych sił politycznych przedstawienia alternatywy, która powstrzyma prawicowych populistów z daleka od władzy.

Mimo to idee skrajnej prawicy już na stałe weszły do głównego nurtu europejskiej polityki.

Florian Bieber/The New York Times

Tłum.: KK

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy