Proste tylko z pozoru

Nigdy nie wiadomo, jak odrobina próżności wpłynie na czyjeś zdrowie. Niektóre osoby rozkwitają dążąc do fizycznego samoudoskonalenia, inne usychają, a nieliczne proces ten doszczętnie niszczy. Pomimo wieków badań nad skomplikowanym związkiem zdrowia i urody wciąż pozostaje wiele do odkrycia w tej materii, czego dowodzą dwie wydane niedawno w Stanach Zjednoczonych książki.

Doktor Eric Finzi, dermatolog z Waszyngtonu, jest autorem tego, co może być pierwszą autoryzowaną biografią jadu kiełbasianego, groźnej trucizny, która w postaci botoksu poprawia wygląd czół na całym świecie. Ta mała cząsteczka czyni swą powinność porażając mięśnie: w czole dezaktywuje mięśnie odpowiedzialne za marszczenie brwi, podczas gdy zaaplikowana w inne miejsce na ciele może uśmierzać bóle migrenowe, rozwiązać problem nadmiernego pocenia się lub łagodzić spastyczność związaną z różnymi schorzeniami neurologicznymi.

Botoks do walki z depresją

Reklama

Jednak nawet tych, którzy wiedzą wszystko na temat tej toksyny, wciagnie opowieść Finiziego, ponieważ okazuje się, że kosmetyczny botoks może służyć nie tylko próżności. Badania w tym zakresie, także te przeprowadzone przez autora, dowodzą, że substancja ta może łagodzić depresję bezpieczniej i skuteczniej niż zwykłe leczenie.

Na pierwszy rzut oka efekt ten może wydawać się oczywisty: jeśli przestaniesz marszczyć brwi rozmawiając z innymi, będą cię bardziej lubili i lepiej traktowali, a to z kolei sprawi, że sam poczujesz się dobrze. Jednak proces ten jest znacznie bardziej wyrafinowany i skomplikowany, zachodzi bowiem także u osób bez widocznych zmarszczek.

Finzi nazywa go “nieplastyczną operacją plastyczną" i odnajduje ślady postulowanego mechanizmu w mniej znanych pracach Williama Jamesa i Charlesa Darwina. Obaj myśliciele dowodzili, że wyraz twarzy to nie tylko zewnętrzny przejaw emocji, ale istotne ogniwo w nieświadomych procesach neurologicznych, które tworzą emocje. Mówiąc inaczej: jeśli nie możesz się uśmiechnąć, nigdy nie będziesz tak szczęśliwy jak mógłbyś być, a jeśli na twoim czole nie może pojawić się mars, to nigdy nie będziesz w stanie doświadczyć pełnej intensywności negatywnych emocji, których oznaką jest marszczenie brwi, m.in. depresji.

Ta “hipoteza twarzowego sprzężenia zwrotnego" doczekała się współczesnego potwierdzenia w badaniu, które dowiodło, że zastrzyki z botoksu w czoło wydają się hamować aktywację ciała migdałowatego, uważanego za część mózgu odpowiedzialną za regulację bolesnych emocji.

Finzi rozszerza swoją opowieść o dyskusję na temat subtelności powszechnych wyrazów twarzy oraz składa hołd zainteresowanym stronom, m.in. Normanowi Cousins i jego pomysłowi, że śmiech może leczyć choroby.

Jednak książka koncentruje się głównie na marszczeniu brwi - Finzi przytacza wiele anegdot sugerujących, że poskromienie nadaktywnych mięśni może ratować małżeństwa i pomóc karierom, a także, bawiąc się wciąż dyskutowanymi teoriami łączącymi depresję i gniew z chorobami przewlekłymi, badacz postuluje, że zastrzyki z botoksu mogą kiedyś pomóc w profilaktyce chorób serca i raka.

To dość imponujący zestaw osiągnięć jak na jedną z najsilniejszych toksyn jakie znamy. (...)

Trochę nadwagi nie zaszkodzi

Złożoność twarzy wypada jednak prawie blado w porównaniu z tułowiem, czego dowodzi Abigail C. Saguy w książce "What’s Wrong With Fat?" "Po skończeniu tej książki nigdy nie pomyślisz o słowie "otyłość" w ten sam sposób" - obiecuje i ma całkowitą rację.

Saguy, socjolożka z UCLA, metodycznie przygląda się wszystkim odcieniom słów, które używamy do opisu dużych ciał. Ciała te w końcu nie są ani dobre, ani złe. Po prostu duże.

Jednak pojęcie “gruby" zazwyczaj zakłada współistnienie lenistwa, obżarstwa i ulegania zachciankom. "Otyłość" natomiast dla lekarzy równa się chorobie, podczas gdy w świecie publicznej ochrony zdrowia to szalejąca epidemia z pokaźnym wskaźnikiem śmiertelności. Osoby hołdujące konwencjonalnym normom piękna uważają posiadanie nadwagi za estetyczną katastrofę, inne za nieodparcie seksowną, a dla aktywistów określenie "gruby" to podstawa opartej na wadze dyskryminacji, tak samo godnej ubolewania jak te oparte na rasie czy płci.

W rzeczywistości koncepcja dużych rozmiarów jest tak przesycona dobrymi i złymi podtekstami - m.in. winy, strachu, złości i pożądania - że znalezienie nieocennego sposobu na opisanie mężczyzn i kobiet, którzy w pasie mają trochę więcej niż przeciętny człowiek, stało się praktycznie niemożliwe. "Wielki", "korpulentny" czy "mięsisity" - wszystkie te określenia domyślnie popychają nas w jedną lub drugą stronę.

Saguy analizuje je wszystkie i zadaje pytanie: dlaczego. Szczególną uwagę zwraca na toczącą się w świecie medycznym debatę na temat tego, jak bycie grubym faktycznie wpływa na zdrowie: badania zdają się przeczyć panującej powszechnie opinii, że najlepsze jest bycie szczupłym, podsuwając dowody na to, że niewielka nadwaga może być jeszcze lepsza. Tymczasem ci, którzy są więksi od dopuszczalnej średniej, są rutynowo obwiniani za swoją wagę - zjawisko to potęguje żałośnie uproszczony przekaz medialny (w przeciwieństwie do anoreksji, za którą wyjątkowo nie obwinia się dotkniętej nią osoby).

Znaczna część wywodu w książce Saguy ma charakter akademicki i wymaga silnej determinacji od czytelnika. Na szczęście autorka dostarcza też wiele niezwykle ciekawych anegdot (...) Podobnie jak w przypadku książki Finziego, także u Saguy braki talentu gawędziarksiego nikną w obliczu fascynującego i pouczającego materiału.

Abigail Zuger

New York Times News Service

The New York Times
Dowiedz się więcej na temat: botoks

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje