Rozkwit i upadek "Solidarności"

Trzydzieści lat temu, 13 grudnia, w całej Polsce wprowadzony został stan wojenny. Nagłe przejęcie władzy przez wojsko po osiemnastu miesiącach kryzysu politycznego okazało się punktem zwrotnym tak w historii Polski, jak i zimnej wojny.

Kryzys miał swoje źródło w powstaniu "Solidarności", która rozpoczęła swoją działalność jako niezależny związek zawodowy, by szybko stać się czymś więcej - społecznym ruchem, symbolem nadziei i ucieleśnieniem walki z komunizmem i radziecką dominacją. Historia nie zna podobnego przypadku, ani wcześniej, ani później.

Reklama

Korzenie "Solidarności" sięgają robotniczych protestów, które przetoczyły się przez polskie Wybrzeże w grudniu 1970 r. Jednak ruch, który ukształtował się latem 1980 r., był czymś nieporównanie większym i opierał się na wszystkich segmentach polskiego społeczeństwa. Ostatecznie przystąpiło doń jakieś dziesięć milionów ludzi - niemal połowa dorosłej populacji ówczesnej Polski.

Komunistyczny reżim próbował - bez powodzenia - zapobiec powstaniu "Solidarności". Komunistyczne władze Polski, stojąc w sierpniu 1980 r. w obliczu paraliżujących kraj strajków w najważniejszych stoczniach i fabrykach, rozważały zastosowanie wariantu siłowego. Po namyśle jednak podjęły decyzję o rezygnacji z użycia siły i o podpisaniu (aczkolwiek wielce niechętnie) czterech przełomowych porozumień. Na ich podstawie formalnie uznano istnienie "Solidarności", która wkrótce stała się rywalem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej w walce o polityczną władzę w kraju.

Powstanie "Solidarności" to dziś legenda, ale latem 1980 r. rezultat robotniczych protestów był, w najlepszym wypadku, niepewny. Kiedy w połowie sierpnia w Gdańsku wybuchły masowe strajki, ich przywódcy - niemal co do jednego - obawiali się, że protesty wkrótce wygasną albo nie rozleją się po kraju na tyle szeroko, by skłonić reżim do negocjacji. Wielu sądziło, że władza instynktownie zastosuje represje, tak, jak w grudniu 1970. Ale gdańscy stoczniowcy nie ustąpili. W efekcie strajki rozprzestrzeniły się błyskawicznie, ogarniając ponad 750 miejsc w całej Polsce.

Budzący strach scenariusz siłowy urzeczywistnił się dopiero półtora roku później. Był on wynikiem zakrojonych na szeroką skalę przygotowań, podjętych przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa i wojsko i prowadzonych pod ścisłą kontrolą Sowietów. Ruch mający na celu zmiażdżenie "Solidarności" okazał się nadzwyczaj sprawny i skuteczny, stając się podręcznikowym przykładem tego, jak autorytarny reżim może zmusić zbuntowane społeczeństwo do posłuszeństwa. Długie i szczegółowe przygotowania zaowocowały nagłym atakiem, w wyniku którego życie straciło zaskakująco niewiele osób. Za to tysiące zostało aresztowanych, w kraju wprowadzono godzinę milicyjną, a komunikacja i transport zostały mocno ograniczone.

Polacy, słynący z nieposłuszeństwa wobec komunistycznego reżimu, stawili zaskakująco niewielki opór. Fakt ten częściowo był spowodowany tym, że do grudnia 1981 r. popularność "Solidarności" zdążyła mocno osłabnąć. Strajki i gospodarcze wstrząsy ujemnie wpłynęły na standard życia Polaków. Wielu zaczęło mieć nadzieję na powrót do stabilizacji.

W miarę, jak zbliżała się 30. rocznica wprowadzenia stanu wojennego w Polsce, część obserwatorów skłaniała się ku takiej interpretacji, w myśl której powstanie "Solidarności" w 1980 r. było w istocie końcem komunizmu, a przynajmniej pierwszym gwoździem do jego trumny. Pogląd ten jest zbyt dużym uproszczeniem i zahacza o teleologię. "Solidarność" z pewnością uwydatniła ogromne społeczne niezadowolenie z komunistycznych rządów (które już wcześniej uwidaczniało się wielokrotnie zarówno w Polsce, jak i w innych krajach Europy Wschodniej) - ale grudzień 1981 r. przyniósł zduszenie tego ruchu.

"Solidarność", pomimo swoich osiągnięć, nie była w stanie w pojedynkę obalić komunizmu. Kiedy w marcu 1985 r. władzę w Moskwie objął Michaił Gorbaczow, "Solidarność" wciąż pozostawała organizacją zdelegalizowaną i ledwie funkcjonującą jako podziemny ruch. Nigdy nie odzyskała statusu z lat 1980 - 1981. Co więcej, rola, jaką związek odegrał w 1989 r., była możliwa do odegrania tylko dlatego, że Gorbaczow zaprowadził w radzieckiej polityce zagranicznej fundamentalne zmiany. Gdyby nie radykalna reorientacja sowieckiej polityki, "Solidarność" mogłaby popaść w zapomnienie.

Żadne z powyższych stwierdzeń nie umniejsza bezcennego wkładu "Solidarności" [w walkę z komunizmem]. Związek zjednoczył miliony ludzi w autentycznie powszechnym buncie przeciwko ograniczeniom reżimu. W przeciwieństwie do wydarzeń poznańskich z 1956 r., kiedy to kilkadziesiąt tysięcy osób przez dwa dni zaciekle ścierało się z wojskiem i siłami bezpieczeństwa, walka o realizację celów "Solidarności" przebiegała w sposób całkowicie pokojowy, a samemu związkowi udało się przetrwać jako legalnej organizacji przez półtora roku.

"Solidarność" nie mogła zapobiec wprowadzeniu stanu wojennego, ale już samo jej istnienie uzmysłowiło wszystkim skalę przegranej komunistycznego systemu. Przejęcie władzy w Polsce przez wojsko położyło kres iluzjom dotyczącym natury komunizmu, utrzymującym się zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie.

Czterdzieści bez mała milionów Polaków, którzy 30 lat temu obudzili się w rzeczywistości stanu wojennego, z całą pewnością nie wyobrażało sobie, że ich kraj stanie się członkiem NATO i Unii Europejskiej przed upływem zaledwie dwóch dekad. To może być dobra wróżba dla odważnych demonstrantów we współczesnej Syrii, Iranie i Chinach, których opór bezwzględnie tłumią autokratyczne reżimy, nie wahające się przed mordowaniem tysięcy swoich obywateli.

Mark Kramer

"New York Times" / "International Herald Tribune"

Tłum. Katarzyna Kasińska

New York Times/©The International Herald Tribune

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje