Ślub musi poczekać

Niegdyś ślub był aktem fundacyjnym wczesnej dorosłości, dziś jest ukoronowaniem późnej dorosłości; wydarzeniem, które następuje dopiero wtedy, gdy ukończymy już studia i ugruntujemy naszą pozycję zawodową. Stąd też ludzie żyjący ze sobą bez ślubu i wspólnie wychowujący potomstwo wcale nie muszą być beztroskimi, krótkowzrocznymi hedonistami - czytamy w "New York Times".

35-letnia Ana Perez, która jako pięciolatka przeprowadziła się do USA z ojczystej Dominikany i zamieszkała w Nowym Jorku, ma szeroki uśmiech, a uścisk dłoni odwzajemnia w sposób mocny i zdecydowany. Wydaje się być żywiołowa i roztrzepana, ale na wspomnienie tej nocy, kiedy wyrzuciła z mieszkania ojca dwójki swoich dzieci, jej głos załamuje się, a oczy wypełniają łzami.

Reklama

Owszem, mogła dalej akceptować jego zdrady, gdyby tylko zachowywał się dyskretnie, nie szukał kobiet w najbliższej okolicy i nie trwonił na nie pieniędzy. - Powtarzałam sobie, że faceci tak już mają - mówi.

Ale kiedy niewierny małżonek zaczął zalecać się do młodszej siostry Any, ta straciła cierpliwość: - Wykrzyczałam mu w twarz: "Wydajesz na nią pieniądze, chociaż masz dzieci, które potrzebują pieluch i mleka?!" - wspomina kobieta.

- Czarę goryczy przepełniła awantura, do jakiej doszło między nami tamtej pamiętnej nocy. Kłóciliśmy się w kuchni. W którymś momencie chwyciłam nóż i zamierzyłam się nim w jego kierunku. I wtedy, w ułamku sekundy, zobaczyłam oczyma wyobraźni moje dzieci pozbawione matczynej opieki, bo przecież za morderstwo trafiłabym do więzienia...

Rodzina patchworkowa

Od tamtej chwili minęło już dziesięć lat. Ana zakończyła swoje małżeństwo i, jak mówi, ani razu nie spojrzała wstecz. Jej były mąż regularnie odwiedza 16-letniego George’a i 10-letnią Bryanę. - Traktują go bardziej jak przyjaciela - mówi Perez, podkreślając, że eksmałżonek nie ma nic do powiedzenia w sprawach dotyczących wychowywania ich wspólnych dzieci.

Od sześciu lat Perez mieszka z 39-letnim Julianem, ojcem jej trzeciego dziecka. Julian, wysoki Afroamerykanin o ogolonej na zero głowie, jest całkowicie oddany całej trójce pociech i z zaangażowaniem uczestniczy w ich codziennym życiu. - Nie ma takiego dnia, żebym nie wrócił do domu na noc - mówi. - Czasami dzieci i tak już śpią i nie możemy porozmawiać, ale to nieważne. Na co dzień staram się je mobilizować do pracy nad sobą. Być może czasami jestem trochę zbyt surowy...

Do niedawna Ana zatrudniona była w przedsiębiorstwie świadczącym usługi finansowe i była główną żywicielką rodziny. Równie ambitny Julian zajmował się poświadczaniem transakcji, okazjonalnie inwestując na giełdzie. Jesienią 2013 r. para postanowiła jednak otworzyć własną firmę oferującą obsługę kredytów hipotecznych i notarialną.

- Podchodzę do mojego biznesu jak Warren Buffet. Mój plan to zostać miliarderem, ale jeśli zostanę milionerem, to też nie będę miał do nikogo pretensji - śmieje się mężczyzna. Po chwili poważnieje jednak i przyznaje, że nawet plan minimum będzie trudny do wykonania. - Jeśli chodzi o przychody, nasz status to klasa niższa średnia - dodaje.

A status związku? Cóż, Julian i Ana od ponad roku są zaręczeni. Na razie nie planują jednak ślubu - nie w najbliższej przyszłości.

Małżeństwo na końcu

Socjologów nie dziwi taka postawa: już od jakiegoś czasu naukowcy podkreślają, że spośród wielu czynników, które wpływają na kształt i funkcjonowanie współczesnej rodziny, dwa zasługują na szczególną uwagę. Pierwszy to dynamiczny wzrost liczby urodzeń dzieci ze związków pozamałżeńskich (trend ten nie dotyczy tylko tych kobiet, które mogą uchodzić za "elitę" pod względem wykształcenia). Drugi to zmiana sposobu myślenia o małżeństwie. Nie jest już ono postrzegane jako kamień węgielny wspólnego życia, ale raczej jako jego swoiste wykończenie.

Niegdyś ślub był aktem fundacyjnym wczesnej dorosłości - dziś jest ukoronowaniem późnej dorosłości; wydarzeniem, które następuje dopiero wtedy, gdy ukończymy już studia, ugruntujemy naszą pozycję zawodową i pozbędziemy się z naszego mieszkania mebli zbudowanych ze skrzynek na owoce.

Zdaniem badaczy, te dwa trendy są ze sobą powiązane, ale my sami często posługujemy się w odniesieniu do nich całkowicie błędnymi stereotypami. Ludzie żyjący ze sobą bez ślubu i wspólnie wychowujący potomstwo wcale nie muszą być beztroskimi, krótkowzrocznymi hedonistami. Można raczej odnieść wrażenie, że coraz więcej osób nieco onieśmiela sama idea wstępowania w związek małżeński - a to dlatego, że znaczenie małżeństwa w aspekcie kulturowym wzrasta.

Staje się ono instytucją kojarzoną z życiowymi "zwycięzcami", o ustabilizowanej pozycji społecznej - a nie z młodymi ludźmi stawiającymi pierwsze samodzielne kroki i myślącymi o przyszłości z umiarkowanym optymizmem (abstrahując od faktu, że same ceremonie ślubne stały się ekstrawaganckimi demonstracjami przepychu, połączonymi z wypuszczaniem motyli i gołębi - i tylko w kwestiach strojów dla druhen wszyscy popełniają te same błędy).

Z kolei rodzenie dzieci to coś, co dzieje się niejako naturalnie i nierzadko daje ludziom to, czego małżeństwo nie jest w stanie zagwarantować, a mianowicie miłość na całe życie.

- Wiele par uzależnia zalegalizowanie swojego związku od pokonania wysoko ustawionej poprzeczki, na którą składają się ich własne oczekiwania co do ich sytuacji finansowej i kondycji emocjonalnej. Dopóki nie spełnią tych kryteriów, dopóty będą odkładać zawarcie małżeństwa - tłumaczy profesor Kelly Musick z Uniwersytetu Cornella, która w swojej pracy naukowej zajmuje się badaniem różnych modeli związków, zarówno tych formalnych, jak i nieformalnych. (...)

Krzywdzące stereotypy

Profesor Kathryn Edin z Uniwersytetu Harvarda, która odbyła setki rozmów z Amerykanami osiągającymi najniższe dochody, zauważa z kolei, że wśród klasy robotniczej i osób żyjących w ubóstwie poważnym problemem jest brak stabilizacji w życiu rodzinnym.

- W klasie średniej odsetek rozwodów zmalał, a przedstawiciele tej grupy doświadczają na co dzień mniej problemów w domu. O wiele bardziej skomplikowana jest sytuacja osób z najniższych warstw społecznych. Mówimy tutaj o częstym zmienianiu partnerów i gospodarstw domowych, a także o wysokim odsetku rodzin, w których wychowują się wspólnie przyrodni bracia i siostry - twierdzi prof. Edin

Edin zdecydowanie sprzeciwia się jednak stereotypowi wykazującego niskie dochody ojca-lenia, którego rola ogranicza się jedynie do bycia "dawcą nasienia". Jak mówi, młodzi mężczyźni, z którymi rozmawiała w ramach swoich badań, nie sprawiali wrażenia osób chcących uniknąć obowiązków wynikających z ojcostwa, nawet jeśli nie planowali wspólnego życia z matką swojego dziecka.

-  Ci młodzi ludzie przychodzą do szpitala i z własnej, nieprzymuszonej woli dokonują uznania ojcostwa - a przecież doskonale wiedzą, że fakt, iż ich nazwisko będzie figurowało w oficjalnych dokumentach, będzie nakładał na nich finansową odpowiedzialność za potomstwo pod groźbą kary - podkreśla.

Wbrew pozorom, tacy ojcowie mocno angażują się w życie swoich dzieci. - Około dwie trzecie z nich regularnie odwiedza swoje pociechy przynajmniej raz w miesiącu nawet przez pięć pierwszych lat życia dziecka, a niecałe 50 procent stara się widywać je kilka razy w tygodniu - mówi Edin.

Ana Perez wspomina, że w opuszczonej przez nią niedawno firmie większość kolegów i koleżanek była od niej młodsza. Wszyscy reprezentowali tak zwaną klasę średnią. Kobieta przyznaje, że model życia wyznawany obecnie przez młodych ludzi ma swoje zalety.

- Najpierw idziesz na studia; później zaczynasz zarabiać; później bierzesz ślub i zaczynasz zarabiać więcej, a dopiero potem przychodzi czas na dzieci. Dłuższe czekanie oznacza trwalszy fundament, lepsze wykształcenie - i wiarę w to, że poradzisz sobie w życiu.

Natalie Angier

© 2013 New York Times News Service

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy