Stary człowiek w Pradze

Sir Nicholas Winton ocalił 669 żydowskich dzieci i przez całe dekady nikomu o tym nie powiedział. Jego uczynki mówią jednak same za siebie.

Staruszek znów przyjechał do Pragi. Przez większość życia milczał na temat swoich uczynków. Jednak jego czyny mówiły same za siebie. Jak sam teraz twierdzi: "Nie powinienem chyba żyć tak długo. Teraz inni wyolbrzymiają to, co kiedyś zrobiłem".

Reklama

W wieku 105 lat sir Nicholas Winston nadal jest bardzo skromny. Zrobił to, co prawdopodobnie zrobiłby każdy z nas, jednak działo się to w czasach, kiedy w Europie panowało istne szaleństwo.

Ten makler giełdowy przyszedł na świat w rodzinie żydowskich emigrantów. Jego rodzice pochodzili z Niemiec, zamieszkali w Londynie. Zmienili nazwisko z Wertheim na Winton i przeszli na chrześcijaństwo.

Nicholas uratował 669 dzieci, w większości żydowskich, z okupowanej przez Niemcy Czechosłowacji w 1939 roku. Dzieci przybyły do Wielkiej Brytanii w ośmiu turach. Dziewiąty transport musiał zostać odwołany po tym, jak Hitler najechał na Polskę 1 września 1939 r. 250 dzieci, które miały zostać uratowane, trafiły w sam środek piekła Holokaustu.

Z powodu swojego pochodzenia Winton wiedział wystarczająco dużo na temat Trzeciej Rzeszy, by dostrzec, jak naiwne są władze Wielkiej Brytanii, które nazywały wówczas Hitlera bufonem, a na wieść o tym, że mogłaby wybuchnąć kolejna wojna, reagowały lekceważąco.

Nicholas zaczął zbierać pieniądze, zdobywał wizy i szukał rodzin zastępczych dla sprowadzonych dzieci. Pracował na giełdzie, a wolny czas poświęcał na ratowanie ludzkiego życia. Wystarczająco dużo osób przyglądało się ludzkiemu cierpieniu, on chciał pomóc.

Teraz żyje dłużej niż niektórzy z tych, których udało mu się ocalić. Dzięki temu mógł się dowiedzieć, jak wielu potomków ocalonych osób zawdzięcza mu swoje życie.  

W 2014 roku, 75 lat po swoich dokonaniach, Winton otrzymał Order Lwa Białego, najwyższe odznaczenie Republiki Czeskiej. Siły Powietrzne Czech wysłały po niego samolot, został przyjęty z zaszczytami na zamku w Pradze, gdzie towarzyszyły mu jego już osiemdziesięcioletnie "dzieci".

"Jedyny problem był taki - wspominał wówczas tamte czasy - że żaden kraj nie chciał przyjąć dzieci bez opieki, jedynie Anglia je chciała".

Milczał przez lata

Dopiero w 1988 roku działalność Wintona z czasów wojny ujrzała światło dzienne. Wszystko za sprawą jego żony, która znalazła zapiski, w których były szczegóły dotyczące czynów męża. Później pojawił się w BBC, w programie Esther Rantzen, i poprosił osoby z publiczności, które zawdzięczają mu życie, o to, by wstały. Wiele osób to zrobiło.

Teraz w Londynie i w Pradze Winton ma swoje pomniki. "Ja naprawdę nie starałem się trzymać tego w tajemnicy - tłumaczył kiedyś. - Po prostu nikomu o tym nie mówiłem".

"Promuj się albo giń"

Taka dyskrecja jest czymś fascynującym w epoce ekshibicjonizmu. W dzisiejszych czasach wszystko opiera się na filozofii "promuj się albo giń". Social media sprawiają, że wszystko, co kiedyś było sferą prywatną, teraz staje się sprawą publiczną. Musisz zdobywać  "followersów" i przyjaciół na Facebooku albo po prostu zostaniesz zapomniany. Ten przymus rodzi wiele nieprzyjemnych napięć.

Mimo wszystko sporo jest osób, które wolą milczeć, usuwać się w cień. Tacy ludzie niechętnie zabierają głos w różnych kwestiach. Czują jednocześnie, że jeśli nie będą tego robić, będą postrzegani jako ofermy.

To, że Winston nikomu nie mówił o swoich czynach, nie było tak naprawdę niczym dziwnym. Milczenie było naturalnym odruchem w ludziach z powojennego pokolenia. To, co zrobił ten mężczyzna, było czymś, czego należało się podjąć - nie było potrzeby, żeby to nagłaśniać.

Milczenie było czymś charakterystycznym, zwłaszcza dla ludzi pochodzenia żydowskiego. Z niechęcią mówili oni o swoich cierpieniach. Nie opowiadali o tym nawet swoim dzieciom. Tłumili uczucia i wspomnienia. Dyskrecja była bezpieczna i pozwalała na zachowanie godności. Być może też dlatego, że tej traumy nie dało się opisać słowami.

Zimna wojna też nie sprzyjała mówieniu prawdy. Udręka wiązała się z ciszą, a nie z opowiadaniem o swoich przeżyciach.

Jednak było też coś innego, coś, czego nie da się opisać słowami. Przetrwanie stało upokarzające i nie do zniesienia. Bo jakim prawem ktoś miał przeżyć, skoro zginęło 250 dzieci, które miały być częścią dziewiątego transportu?

Menachem Begin, były premier Izraela, którego rodzice i brat zostali zabici przez nazistów, opisał to uczucie bardzo dobrze:

"Na oczach ludzi pojawiały się i znikały wagony śmierci. Ciemnymi nocami słychać było piekielny dźwięk hamowania pociągu i krzyki tych, którzy byli wiezieni na rzeź. Przypominały one to, co stało się z matkami, ojcami, braćmi, córkami i synami. W tych momentach każdy Żyd czuł się źle tylko dlatego, że żył. Pytał siebie: czy za tym, że żyje, nie kryje się jakaś zdrada".

Anonimowość Wintona przez dekady po wojnie była także wynikiem tego, że osoby, które udało mu się ocalić, również milczały. Jakże dziwne wydaje się to dzisiaj, kiedy emocjonujemy się niemal wszystkim.

Czyny mówią same za siebie, a czasem zdarza się, że ktoś żyje na tyle długo, aby zdążyć dostrzec to, w jak dużym stopniu.

Roger Cohen/The New York Times

Tłum.: KK

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje