Świeckość, niepokój i muzułmańskie chusty

Mieszkające we Francji muzułmanki rzucają wyzwanie laickości państwa. Nie chcą rezygnować z noszenia tradycyjnych zasłon, wokół których znów rozpętała się burza - donosi "New York Times".

"To czarny dzień dla Republiki" - głosiło pompatyczne oświadczenie wydane przez jednego z byłych francuskich ministrów. "To zakwestionowanie świeckości państwa" - wtórował mu urzędujący szef resortu spraw wewnętrznych. A burmistrz Chanteloup-les-Vinges - podparyskiej miejscowości, która nieoczekiwanie stała się areną dramatu - zdobyła się na złowieszczą przepowiednię: wewnętrznej harmonii miasteczka i dalszej spokojnej koegzystencji jego mieszkańców grozi katastrofa. Wszystko przez orzeczenie francuskiego sądu najwyższego

Reklama

Co sprawiło, że odezwał się ten żałobny chór? Otóż 19 marca br. Sąd Kasacyjny, który we Francji pełni funkcje Sądu Najwyższego i ostatecznej instancji, obalił wydany w 2008 r. wyrok sądu apelacyjnego w sprawie muzułmanki przychodzącej w tradycyjnej chuście do pracy w prywatnym przedszkolu. Sąd Kasacyjny uznał, że zwolnienie jej z pracy, do którego doszło w związku z jej praktykami religijnymi, naruszyło wolność wyznania kobiety.

Laickość kontra symbole religijne

We Francji noszone przez muzułmanki zasłony to coś więcej, niż tylko element stroju. Stanowią one swoiste wezwanie do broni w walce, w której stawką jest laickość - jeden z filarów francuskiej republiki.

Pole bitwy, na którym toczą się te zmagania, nieustannie się poszerza. Po placówkach edukacyjnych i szeroko rozumianej przestrzeni publicznej przyszedł czas na prywatne instytucje. Baby Loup - prywatne przedszkole w Chanteloup, z którego (po odmowie zaprzestania chodzenia w zasłonie) została zwolniona wspomniana kobieta, to po prostu kolejna linia frontu w tej polityczno-ideologicznej wojnie. Ścierają się w niej rygorystycznie pojmowany sekularyzm i prawo do swobodnego wyrażania wyznawanej religii.

Catherine Arenou, burmistrz Chanteloup, obstaje przy swojej fatalistycznej ocenie - chociaż sielski widok z okna jej gabinetu raczej nie świadczy o tym, że "spokojna koegzystencja" mieszkańców tworzących wieloetniczną społeczność miasta jest w jakikolwiek sposób zagrożona.

"Brak jasnych definicji rodzi realne zagrożenie" - stwierdziła pani burmistrz w wywiadzie. "Otwiera to furtkę ekstremistom reprezentującym obie strony: fundamentalistom i hiper-sekularystom".

We Francji, gdzie krajobraz polityczny zmienia się nieustannie, słowa pani Arenou  (należącej do partii centroprawicowej) wymagają precyzyjnego rozszyfrowania. W ubiegłym roku francuska skrajna prawica, reprezentowana przez Front Narodowy Marine Le Pen, owinęła hasło "świeckie wartości" w - mówiąc metaforycznie - nacjonalistyczny sztandar, i wymachuje nim w proteście przeciwko nasileniu się agresywnych praktyk wyznawców islamu.

Wieloetniczność - bomba z opóźnionym zapłonem?

Chanteloup, miasteczko liczące niecałe 10 tysięcy mieszkańców, którzy reprezentują około 60 różnych grup etnicznych i narodowości, powstało w latach 60. XX w. z myślą o imigrantach właśnie. Imigrantami tymi byli wówczas głównie przybysze z Afryki Północnej, przesiedleni z podparyskiej dzielnicy nędzy. Mieli oni podjąć pracę w pobliskiej fabryce, ale fabrykę zamknięto, zanim do Chanteloup zdążyli przybyć wszyscy nowi mieszkańcy. Miasteczko - które siłą rzeczy musiało wchłonąć kolejne fale przybyszów - stało się osamotnioną enklawą, w której zogniskowały się wszystkie społeczne choroby Francji, otoczoną zamożnymi przedmieściami (do Paryża można stąd dojechać pociągiem w zaledwie 40 minut).

Dziś stopa bezrobocia w miasteczku oscyluje wokół 20 procent, co stanowi dwukrotność średniej krajowej. W latach 90. było jeszcze gorzej - do Chanteloup przylgnęła wówczas łatka miejsca, w którym nakręcono większość zdjęć do głośnego filmu "Nienawiść", będącego przenikliwym obrazem życia we francuskim wieloetnicznym getcie.

W ostatnich kilku latach tutejsze niskie budynki mieszkalne zostały odnowione, a pobliżu dworca kolejowego powstał meczet. Od czasu do czasu widać, jak wchodzą i wychodzą zeń mężczyźni w powłóczystych szatach; rzadziej przemknie tamtędy otulona zasłoną kobieta. Matki w afrykańskich strojach prowadzą za rączki swoje dzieci, które odbierają z przedszkola Baby Loup, powstałego z myślą o pracujących kobietach.

Literą prawa w burkę

Afera wokół muzułmańskich zasłon wydaje się być dziwnie odrealniona. To problem teoretyczny, oderwany od codziennej egzystencji. Mimo to Catherine Arenou jest głęboko przekonana, że francuski parlament musi niezwłocznie podjąć kroki w celu załatania luki prawnej, którą stworzyło orzeczenie Sądu Kasacyjnego. Jak wielu innych, pani burmistrz uważa, że Francja musi ugruntować zasadę laickości, zanim będzie za późno.

- Owszem, coraz częściej można dostrzec na naszych ulicach młode kobiety z zasłoniętymi twarzami - mówi. - Kiedyś problem ten dotyczył głównie kobiet starszych, ale w ostatnich latach to się zmieniło. To świadomy akt pewnej grupy; swego rodzaju prowokacja.

Obecnie francuski parlament debatuje więc nad uchwaleniem kolejnej ustawy, która jasno określałaby... co kobiety mogą nosić, kiedy i gdzie. W 2004 r. we Francji prawnie zakazano noszenia na terenie publicznych placówek edukacyjnych muzułmańskich chust i zasłon, a także "ostentacyjnego" eksponowania symboli religijnych. W 2011 r. uchwalone zostało kolejne prawo, zakazujące kobietom noszenia w miejscach publicznych okryć zasłaniających całą głowę, z wyjątkiem niewielkiego obszaru wokół oczu.

Od czasu głośnego orzeczenia w "sprawie Baby Loup", politycy z prawa i z lewa na wyścigi optują za uchwaleniem prawa, które dawałoby prywatnym instytucjom możliwość wprowadzenia zakazu noszenia chust dla zatrudnionych w nich muzułmańskich kobiet (prawdopodobnie prawo to objęłoby nie tylko żłobki, przedszkola i szpitale, ale też banki, piekarnie i wiele innych placówek). Z przeprowadzonego niedawno sondażu wynika, że takie rozwiązanie popiera aż 84 proc. Francuzów. - Widać wyraźnie, że w tym roku mamy szansę na doprowadzenie do konsensusu we francuskim społeczeństwie - mówi burmistrz Arenou.

Jednocześnie przyznaje ona, że wprowadzenie takiego prawa może wiązać się z pewnymi pułapkami. Jak mówi, w samym tylko Chanteloup mieszka kilka kobiet, które pokazują się w zasłonach publicznie, ale czynią to bardzo dyskretnie: czekają z zakupami do późnych godzin wieczornych, a uczestnicząc w różnego rodzaju spotkaniach i zgromadzeniach, zdejmują chusty, by później znów je założyć.

Pani burmistrz nie widzi w tym jednak problemu, podobnie zresztą jak miejscowa policja, która dotychczas ani razu nie zatrzymała tych kobiet, ani też nie ukarała ich grzywną.

- Jestem w stanie zaakceptować ich stanowisko, ponieważ ich postawa wskazuje na to, że mają świadomość obowiązującego prawa i rozumieją je - mówi Arenou. - A poza tym są takie sytuacje, w których lekarstwo może się okazać groźniejsze od choroby.

Celestine Bohlen

© 2013 The International Herald Tribune

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

New York Times/©The International Herald Tribune

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje