Syria: Ostatnia godzina nadziei mojej babci

Moja 90-letnia syryjska babcia wciąż żyje nadzieją, że będzie mogła powrócić do swojego ukochanego domu. Ale nie można jej tego obiecać nawet wtedy, gdy w Syrii zostanie przywrócony pokój.

Moja babcia jest jedną z milionów Syryjczyków, którzy zostali zmuszeni przez wojnę do wewnętrznego przesiedlenia. Skończyła właśnie 90 lat, kiedy świat obiegła wiadomość o ataku chemicznym w mieście Duma na przedmieściach Damaszku. Matka sześciorga dzieci, dawniej żyła w Wschodniej Ghucie - regionie, który stał się miejscem całkowitej zagłady. Przerażające obrazy ataków chemicznych pojawiają się teraz na pierwszych stronach gazet.

Reklama

Jednak to nie ataki chemiczne są tym, co najbardziej martwi teraz większość Syryjczyków. Wojna domowa, która trwa już ponad siedem lat, sprawiła, że śmierć stała się częścią codziennego życia. Do aktów przemocy często dochodzi przy użyciu broni konwencjonalnej, natomiast atak w Dumie nie był pierwszym użyciem broni masowego rażenia w Syrii.

Tym, co ma największe znaczenie dla Syryjczyków, jest sama skala zabijania, a nie to, jaka broń została użyta, by to spowodować. 

A czym martwi się moja babcia? Tym, czy kiedykolwiek będzie mogła wrócić do życia w swoim zrujnowanym domu.

Jeszcze niedawno taki powrót wydawał się możliwy, dzięki chwilowej ciszy i ustaniu przemocy po tym, jak syryjski reżim dokonał militarnych postępów we Wschodniej Ghucie. Siły rządowe kontrolują teraz wiele miast położonych na dawniej zielonych i spokojnych przedmieściach Damaszku.

Ale teraz piękny rolniczy krajobraz Wschodniej Ghuty ponownie stał się teatrem ekstremalnej przemocy i bestialstwa, ostatnio opisywanym przez Organizację Narodów Zjednoczonych jako "piekło na ziemi". W sierpniu 2013 roku na tym samym obszarze dokonano ataku chemicznego, w wyniku którego zginęło około 1400 osób.

Chociaż moja babcia jest już starsza, cały czas śledzi rozwój wydarzeń na polu walki, które nadal uważa za swoją dzielnicę - to przecież region, w którym spędziła ponad 70 lat życia. Dzieci jeszcze nie powiedziały jej, że dom został zniszczony i splądrowany. Obawiają się, jak mogłaby wpłynąć na nią ta przerażająca wiadomość. Ona nadal chce wrócić do domu tak szybko, jak to możliwe, a jej rodzina próbuje ją do tego zniechęcić.

Przestronny, dwupiętrowy dom z trzema sypialniami we Wschodniej Ghucie zawsze był dla babci cenny. To prezent, który odziedziczyła po śmierci ojca. W latach 40. XX wieku dla syryjskiej kobiety posiadanie całego domu było oznaką ogromnego usamodzielnienia się i pozycji. Tęskniła za tym darem. Żyła w nim od dziesięcioleci i zawsze była dumna z jego posiadania. Rzeczywiście, za każdym razem, gdy przed wybuchem wojny odwiedzałem w weekendy moją babcię, opowiadała nam historie o swoim domu i o tym, jak wiele ze swoich życiowych oszczędności wydała na to, by go odnowić i utrzymać.

W syryjskiej kulturze dom jest wart o wiele więcej, niż jego wartość ekonomiczna. Jest źródłem emocjonalnego i fizycznego dobrobytu i bezpieczeństwa. Związki rodzinne są silne, a pomysł umieszczenia matki w domu opieki dla osób starszych nie jest społecznie akceptowalny. Coś takiego przyniosłoby hańbę całej rodzinie.

Utrata dachu nad głową jest szczególnie druzgocąca dla ludzi starszych. Zanim babcia została zmuszona do opuszczenia domu, rzadko spędzała noc poza nim. Teraz została przesiedlona na jakieś pięć lat. Mieszka w domach swoich dzieci w Damaszku i zmienia łóżka średnio co kilka miesięcy. Bycie przesiedlonym jest dla niej trudne. Ale utrata wszelkiej nadziei na powrót do domu byłaby dla niej jak strata ukochanego dziecka.

Powstanie, które przerodziło się w konflikt trwający już ponad siedem lat, niszczy marzenie mojej babci o powrocie do domu. Ja też odczuwam pewne poczucie winy z powodu sytuacji, w jakiej się znalazła. W 2011 roku wziąłem udział w protestach, podobnie jak wielu młodych ludzi śpiewających pokojowo na rzecz wolności i praw politycznych. Nigdy nie wyobrażałem sobie, że pokojowe demonstracje doprowadzą do całkowitej, niszczycielskiej wojny, która zmusi do przesiedlenia moją ukochaną babcię i uczyni ze mnie uchodźcę.

Mam mieszane uczucia, gdy widzę przed sobą obraz rozpadającego się domu mojej babci. On symbolizuje nie tylko moje wspomnienia z dzieciństwa, które teraz wydają mi się niemal nierealne pośród nieustającej przemocy, ale też moją zmiażdżoną walkę o wolność.

Nie mogę przestać sobie wyobrażać wszystkiego, co kiedyś było w tym domu: od starych, stromych schodów, po wypolerowane drewniane drzwi wejściowe, przez które wychylała się moja radosna babcia, kiedy przyjeżdżaliśmy do niej w odwiedziny. Wnętrze nie było niczym specjalnym, ale arabeski i haftowane, zielonkawe meble w dużym salonie wyglądały jak antyki w opustoszałym muzeum.

Zrujnowanie domu mojej babci nie jest tragedią, ale zniszczenie jej nadziei na powrót tam, gdzie chce umrzeć, już tak. Jej dom nie został zrównany z ziemią za pomocą broni chemicznej. Wystarczyła broń konwencjonalna.

Nadzieja syryjskiego narodu na wolność i lepszą przyszłość jest atakowana już od ponad pół dekady, podczas gdy świat patrzy w inną stronę. Zrujnowano marzenie mojej babci o umieraniu w pokoju. Jest bardzo prawdopodobne, że moja babcia umrze, zanim jej dom zostanie odbudowany. Ale hańba światowych przywódców, którzy zawiedli ją i wielu innych Syryjczyków, z pewnością będzie żyła nadal.

Abdulhamid Qabbani / © 2018 The New York Times

Tłum. JM

Abdulhamid Qabbani jest niezależnym dziennikarzem i założycielem Jouri Research and Consulting.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje