System, który boi się własnej historii

Fan Meizhong doskonale pamięta, jak to się stało, że w 1997 roku, po ukończeniu studiów na wydziale historii Uniwersytetu Pekińskiego, wybrał zawód nauczyciela. - Lekcje historii w szkole, którą sam kończyłem, miały charakter despotyczny - mówi. - Ich istotą nie było dążenie do prawdy, ale chęć kontrolowania naszych umysłów. Czułem, że moja edukacja jest nic niewarta, i byłem z tego powodu naprawdę wściekły.

I tak 38-letni dziś Fan Meizhong zdecydował się chwycić byka za rogi i zostać nauczycielem, który będzie przekazywał dzieciom prawdę o ich kraju.

Reklama

Chociaż chińska gospodarka i chińskie społeczeństwo stają się coraz bardziej zróżnicowane i zaawansowane, stosunek Państwa Środka do własnej historii wciąż grzęźnie w mistyfikacjach i przemyśleniach.

W oparach ignorancji

Wystarczy spojrzeć, jak obowiązujące w szkołach średnich podręczniki przedstawiają sześć dekad, które upłynęły od narodzin Republiki Ludowej, by zrozumieć, na czym polega problem.

Do pominiętych w sposób rażący tematów należą: wielki głód, brutalne kampanie polityczne, zbierające śmiertelne żniwo obozy pracy czy zdławienie ruchu demokratycznego, relacjonowane na żywo przez stacje telewizyjne na całym świecie. Wszystkie te wydarzenia razem wzięte doprowadziły do śmierci kilkudziesięciu milionów Chińczyków.

Przyczyna, dla których objęte są one zmową milczenia, jest prosta - twierdzą krytycy systemu. Odpowiedzialna za te tragedie partia polityczna jest wciąż u władzy i boi się, że jej zwierzchność zostanie zakwestionowana. - W ZSRR zaczęto mówić prawdę dopiero wtedy, kiedy to państwo się rozpadło, czyż nie? - pyta retorycznie Yuan Tengfei, inny nauczyciel mieszkający w Pekinie.

- W rezultacie absolwenci szkół średnich, z których wielu przymierza się do studiów uniwersyteckich i objęcia najlepszych stanowisk oferowanych przez chiński (a coraz częściej także zagraniczny) rynek pracy, opuszczają szkolne mury w oparach ignorancji, dotyczącej własnego kraju - uważa Fan Meizhong.

Nauczycielskie ryzyko

Fan wylicza newralgiczne karty historii: - Antyprawicowa kampania z 1957 roku; wielki głód, będący następstwem kampanii Wielkiego Skoku Naprzód, przeprowadzonej w latach 1958-1961; Rewolucja Kulturalna; wreszcie - 4 czerwca 1989 roku, dzień, gdy na placu Tiananmen wojsko krwawo stłumiło protest studentów domagających się demokratycznych reform.

- Wszystkie te wydarzenia miały miejsce i musimy o nich mówić - konkluduje. - Co z nas za naród, że nasza historia jest tak tragiczna?

Droga, jaką obrał Fan, jest ryzykowna. W 2000 roku pod przymusem zrezygnował ze swojej pierwszej nauczycielskiej posady w państwowej szkole średniej w rodzinnej prowincji Syczuan. Potem zwolniono go jeszcze z dwóch szkół prywatnych - za każdym razem po zaledwie kilku tygodniach pracy. - Zawsze w takich przypadkach oskarża się mnie o reakcyjność - mówi.

Dziś Fan Meizhong uczy w prywatnej szkole Guangya w mieście Chengdu, gdzie większość uczniów to dzieci tak zwanych "nowobogackich". Zamierzają studiować za granicą, nierzadko wybierając uczelnie amerykańskie.

Nudna "literatura współczesna"

W nowej placówce Fan jest tolerowany, bo - jak sam mówi - jego dyrektor uważa się za wolnomyśliciela, a poza tym może pochwalić się politycznymi koneksjami, dzięki którym jego szkoła jest bezpieczna.

- Choroba, o której mówi Fan, nie dotyka wyłącznie historii - uważa Liang Weixing, nauczyciel literatury w państwowym liceum w prowincji Hubei. - Cały system nauczania jest konserwatywny i obciążony ideologią - dodaje.

- Sama treść podręczników, z których musimy korzystać, może doprowadzić nauczyciela do szału - mówi, podając za przykład literaturę po 1949 roku, zarówno chińską, jak i zagraniczną, która traktowana jest po macoszemu.

Według Lianga, ponad 70 procent obowiązującego materiału to starożytne teksty, które uczniowie muszą wkuwać na pamięć, by zaliczyć przedmiot. - Patrząc na program nauczania, można by sądzić, że wciąż żyjemy w cesarstwie - ironizuje.

To, co program oferuje uczniom pod hasłem "literatury współczesnej" - jak na przykład stylizowana na reportaż książka "Goodbye, Britannia", opowiadająca o powrocie Hongkongu do Chin w 1997 roku, czy traktująca o chińskich astronautach "Podróż w kosmos" - nie jest w stanie przywrócić równowagi. - Te książki nie mają wartości lingwistycznej i literackiej, a poza tym są nudne - mówi Liang Weixing.

45 milionów ofiar kolektywizacji

Niewykluczone, że najsłynniejszym indywidualistą wśród chińskich nauczycieli jest dziś wspomniany Yuan Tengfei. Nagrania wideo z prowadzonych przez niego lekcji historii, które odbywają się w prywatnym pekińskim liceum Jinghua, gdzie Yuan pracuje na pół etatu, zostały przez jego przełożonych umieszczone w internecie . Dyrektor programowy szkoły, Liu Juan, poinformował, że zanotowały one prawie 40 milionów wejść.

Podczas zajęć Yuan z humorem kwestionuje oficjalne wersje takich zdarzeń, jak głód, jaki nastąpił po Wielkim Skoku Naprzód. W obowiązujących źródłach tragedia ta nazywana jest "poważnymi gospodarczymi trudnościami".

Mimo że dokładna liczba zmarłych w następstwie przymusowo prowadzonej kolektywizacji wciąż pozostaje przedmiotem dyskusji, Yuan mówi uczniom o 20 milionach, czego - jak twierdzi - nie poddaje w wątpliwość sam rząd.

W tym miejscu warto wspomnieć, że według dziennikarza Yang Jishenga ,wyniosła ona 36 milionów (dane te pochodzą z opublikowanej w 2008 roku książki "Tombstone"), a według Franka Dikoettera, który napisał o tym w niedawno wydanej publikacji "Wielki Głód Mao" - aż 45 milionów!

Niewygodne wydarzenia

Niestety, w maju Yuan został wezwany na "rozmowę" przez swojego dyrektora i należącego do partii rządzącej sekretarza Kolegium Nauczycielskiego Haidian, które było wówczas jego głównym miejscem zatrudnienia. W czerwcu usłyszał, że musi ponownie ubiegać się o pozwolenie na pracę w kolegium. W rzeczywistości został zawieszony w prawach pracownika i do dziś nie wie, czy jego podanie zostanie rozpatrzone pozytywnie.

Czekając na decyzję, kontynuuje nauczanie w Jinghua, gdzie zjawia się raz w tygodniu. Za każdym razem, kiedy Yuan wychodzi z domu, towarzyszy mu żona, która obawia się, że zostanie aresztowany.

- To prawdziwa tragedia dla Chin, że człowiek może znaleźć się w centrum uwagi, kiedy powie prawdę w jednej czy dwóch kwestiach - mówi Yuan.

Tymczasem Fan Meizhong uważa, że niewygodne wydarzenia historyczne coraz częściej są pomijane przez autorów podręczników. Jako przykład wymienia protesty zwolenników demokratycznych reform z 1989 roku.

- Kiedyś podręczniki wspominały o 4 czerwca - mówi - ale dziś próżno szukać w nich informacji na ten temat. Władza obawia się, że wystarczy mała wzmianka, by uczniowie zrozumieli, że stało się coś ważnego, by zainteresowali się tematem i zaczęli szukać odpowiedzi w internecie. Wg władz lepiej jest udawać, że dane wydarzenie nigdy nie miało miejsca.

Nauczają tego, co im się każe

Istotnie, protesty nie figurują w chronologii najważniejszych wydarzeń, zamieszczonej w najnowszej edycji podręcznika do historii dla szkół średnich, wydanego przez Ludową Oficynę Edukacyjną w 2007 roku.

W tomie poświęconym rozwojowi sytuacji politycznej na świecie, w sekcji dotyczącej lat 80., figuruje tylko jedno wydarzenie dotyczące Chin: uchwalenie ustawy o mniejszościach etnicznych z 1984 roku. Następną "chińską" datą jest już dopiero rok 1990, w związku z którym autorzy wspominają o stosunkach Chin z Tajwanem.

Owszem, w podręczniku jest mowa o 1989 roku jako roku "drastycznych zmian", ale... w Polsce.

Yuan Tengfei uważa, że milczenie jest jednak lepsze od ewidentnych kłamstw. - A pod pewnymi względami chińskie podręczniki stają się coraz lepsze - dodaje. - Moim zdaniem należy się cieszyć, że można dziś znaleźć w nich informacje dotyczące oświecenia czy amerykańskiego ustroju politycznego - mówi.

Na razie jednak głos niewielu samodzielnie myślących nauczycieli jest słyszalny w Chinach. - Nie można od każdego oczekiwać odwagi - mówi Fan Meizhong. - Większości z nich zależy na własnym bezpieczeństwie, więc nauczają tego, co im się każe.

Didi Kirsten Tatlow

"New York Times" / "International Herald Tribune"

Tłum. Katarzyna Kasińska, śródtytuły od redakcji INTERIA.PL

New York Times/©The International Herald Tribune
Dowiedz się więcej na temat: nauczyciele | wielki głód | głód

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje