Ta druga wojna Ukrainy

Dwadzieścia pięć lat po zakończeniu zimnej wojny walka o przetrwanie niepodległej Ukrainy stała się testem na charakter naszych czasów. Od zeszłorocznych protestów na kijowskim Placu Niepodległości państwo to stawia czoła dwóm wojnom: o swoje wschodnie regiony oraz o uniknięcie politycznego i gospodarczego rozpadu.

Wojna w zbuntowanych - wspieranych przez Rosję - regionach czasowo straciła na intensywności dzięki ostatniemu porozumieniu o zwieszeniu broni z Mińska. Do tej pory walki kosztowały życie ponad 6 tysięcy osób, a ponad milion zmusiły do ucieczki. Kilka większych miast w regionie wygląda niczym ruiny z czasów drugiej wojny światowej.

Druga wojna - mniej śmiercionośna, ale nie mniej istotna - toczy się nie o utrzymanie terytorium, ale o zbudowanie dobrze funkcjonującego państwa i gospodarki. Miesiące, które upłynęły od protestów na majdanie, pozwoliły zrozumieć, że od czasu upadku Związku Radzieckiego Ukraina była państwem na krawędzi. Obarczone biurokracją z czasów komunistycznych i przeżarte korupcją państwo trwa obecnie głównie dzięki dobrej woli kilku oligarchów. Liderzy ci, bardziej podobni złodziejom niż magnatom, kontrolują kluczowe prowincje, finansują prywatne armie i podsycają podziały frakcyjne w parlamencie.

Reklama

Dobrą wiadomością jest fakt, że wolne i sprawiedliwe wybory parlamentarne z zeszłej jesieni doprowadziły do powstania nowego rządu z solidnymi kompetencjami w kilku kluczowych resortach gospodarczych. Co więcej, Międzynarodowy Fundusz Walutowy zatwierdził właśnie czteroletni plan wart 17,5 miliarda dolarów, który zapewni Ukrainie niezbędny ratunek. MFW należy się uznanie za odwagę; to rzadki przypadek, w którym organizacja zdecydowała się na udzielenie finansowego wsparcia w trakcie konfliktu militarnego.

Potrzeba więcej

W najbliższym czasie pierwsze transze pakietu pomocowego powinny wystarczyć, by ustabilizować kurs hrywny, ukraińskiej waluty narodowej, który nieustannie spada. Mimo to pieniędzy może nie wystarczyć - Ukraina potrzebuje szacunkowo około 40 miliardów dolarów w postaci dodatkowej pomocy, źródła których na razie nie wiadomo, gdzie szukać. Co więcej program MFW wymaga od Kijowa głębokich reform strukturalnych w zaledwie kilka kwartałów, czyli czegoś, czego krajowi nie udało się osiągnąć w ciągu ostatnich dwóch dekad. Przy czym najważniejsza z nich to usunięcie zniekształcających rynek subsydiów energetycznych, które napędzają korupcję i zależność kraju od Rosji.

Zachód powinien być przygotowany, by zrobić dla ukraińskiej gospodarki więcej przyjmując doktrynę "przeważającej siły" Colina Powella, obejmującą m.in. znaczną redukcję zadłużenia i zwiększenie pomocy dwustronnej. To z kolei będzie wymagało znacznie bardziej niż do tej pory zdecydowanych i kreatywnych działań ze strony kapitału zachodniego, zwłaszcza z Waszyngtonu i Berlina.

Przewidziana na kwiecień konferencja darczyńców będzie bardzo ważna. Oprócz bezpośredniego wsparcia budżetu, pomocy technicznej i promocji inwestycji, pod uwagę trzeba wziąć także przyszłe koszty odbudowy zrujnowanych prowincji. Ofiarodawcy mają jednak w pamięci nie najlepsze wywiązywanie się Ukrainy z warunków kilku poprzednich programów MFW. Pamiętają także kryzys w Rosji w 1998 roku, kiedy z pomocy skorzystały banki, a gospodarka się załamała.  

Dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Praktyczna choć niedoskonała odpowiedź kryje się w serii reform, których celem jest zmniejszenie korupcji i budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Środki powinny obejmować zwiększenie nadzoru finansowego i zabezpieczeń w systemie bankowym, przejrzystości i odpowiedzialności publicznej, ograniczenie rozbuchanej biurokracji, reformę sądów, powołanie niezależnego rzecznika praw obywatelskich i ustanowienie praw chroniących demaskatorów, starających się ujawnić prawdę o niewłaściwych praktykach. Bezpośrednie zaangażowanie  społeczeństwa obywatelskiego w tę transformację będzie kluczowe. W końcu to od niego wszystko się zaczęło na Placu Niepodległości.

Co zrobi Rosja?

Niepewna wciąż pozostaje postawa Rosji. Prezydent Władimir Putin skręcił w niezwykle lekkomyślnym kierunku anektując Krym i angażując się w marnie maskowaną wojnę rebeliancką w prowincjach donieckiej i ługańskiej. Kiedy wreszcie Kreml skończy z tym post-zimnowojennym rewizjonizmem? Nie ma się co dziwić, że pozostali sąsiedzi są podenerwowani i przygotowują się na najgorsze. Jak powiedział mi w zeszłym tygodniu w Kijowie były prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko, celem Putina "nie jest terytorium, ale przestrzeń", mając na myśli kolonialną strefę wpływów.  

Przekształcenie porozumienia o zawieszeniu broni z Mińska w trwały traktat pokojowy będzie wymagało rygorystycznej dyplomacji, by rozwiązać kwestie takie jak status zbuntowanych prowincji i ich kulturalną autonomię w obrębie Ukrainy, a także status państwa w ramach europejskiego i euroazjatyckiego układu bezpieczeństwa. Okres neutralności, respektujący osławiony choć źle ukierunkowany rosyjski geopolityczny niepokój przed "oblężeniem", wydaje się wyjściem bardziej akceptowalnym niż członkostwo w NATO.

W czasie kryzysu Putin dbał, by nie stracić kontaktu z "zachodnimi partnerami" Rosji i trzymać drzwi otwarte do ewentualnej współpracy w kwestii długów Ukrainy, dostaw energii, stosunków handlowych i odbudowy. Z pewnością nie kierowała nim filantropia, ponieważ chaos na Ukrainie nie jest w niczyim interesie.

Żeby było jasne: by osiągnąć narodowy sukces Ukraina musi zarówno wypracować trwałe polityczne porozumienia na wschodzie, jak i gospodarczy zwrot oparty o całkowite przedefiniowanie państwa. Praca samych Ukraińców jest sprawą zasadniczą, jednak bez silnego wsparcia z zachodu szanse na postęp wyraźnie spadną.

Od 2004 roku Ukraińcy doprowadzili do dwóch wielkich zrywów na majdanie, wyrażając tym samym własne ambicje bycia nowoczesnym państwem, wolnym od kleptokracji, z silnymi związkami z Europą. Społeczne nadzieje - i niezadowolenie - pozostają jednak na wysokim poziomie.

Jeśli dojdzie do trzeciego majdanu, najprawdopodobniej przybierze on postać ukraińskiego Weimaru. Cynicy z Kremla to rozumieją. Czas by zrozumiał także Zachód.

Mark Medish

© 2015 The New York Times

tłum. awt, śródtytuły od redakcji Interii

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje