​Takiego przyjaciela Izrael jeszcze nie miał w Białym Domu

Żaden z dotychczasowych amerykańskich prezydentów nie zwracał się do Izraela w taki sposób, w jaki przemawiał Barack Obama podczas swojej wizyty w Jerozolimie.

Prezydent USA rozpoczął swoje wystąpienie od ustalenia ponad wszelką wątpliwość, że rozumie potrzeby Izraela związane z bezpieczeństwem. Z szacunkiem wyrażał się na temat historii narodu żydowskiego i podkreślił nie tylko, że Żydzi mają prawo do dążeń narodowych w swojej historycznej ojczyźnie, ale również, że Izrael jest żywym, oddychającym organizmem.

Zaznaczył jednocześnie, że przyjaciele są prawdomówni wobec przyjaciół - doradzają w uczciwy sposób, a każda taka pomoc wypływa prosto z serca. Przyjaciele jednocześnie rzucają sobie nawzajem wyzwania, by umacniać te bliskie relacje.

Brutalna szczerość Obamy

Reklama

Dlatego też Obama przedstawił główne wyzwanie stojące przed Izraelczykami w taki sposób, w jaki to może zrobić jedynie przyjaciel. Powiedział, że Izrael będzie w stanie utrzymać wizję swoich założycieli jako państwa demokratycznego i ojczyzny żydowskiej, jeśli Palestyńczycy również będą mogli zapewnić sobie bezpieczeństwo. Pokój jest potrzebny Izraelowi, by mógł się rozwijać.

Niewielu z poprzedników prezydenta kiedykolwiek zdobyło się na taką szczerość i równowagę w omawianiu tych kwestii. I nigdy wcześniej prezydent nie przedstawił z taką jasnością, niemal brutalną szczerością wizję przyszłości, która czeka Izrael, jeśli nie zadbają o pokój.

Odważny portret Izraela

Obama nie okazał nieśmiałości, jeśli chodzi o naszkicowanie portretu tej brzydszej twarzy Izraela, jaką jest okupowanie palestyńskiej ziemi.

Wspomniał o dzieciach, które nie mogą wychowywać się w swoim państwie. Żyją w cieniu wszechobecnej obcej armii, która codziennie kontroluje każdy ruch ich rodziców. 

Mówił również o  osadnikach, którzy stosują przemoc wobec Palestyńczyków i pozostają bezkarni. Wreszcie wymienił palestyńskich rolników, którzy nie mogą uprawiać własnej ziemi i rodziny wysiedlone ze swoich domów.

"Od przywódców trzeba wymagać"

Większość Izraelczyków zdaje sobie sprawę z tego, że Obama mówił prawdę. Niektórzy są jednak rozczarowani tym, że prezydent USA nie poszedł o krok dalej w swoim przemówieniu i nie przedstawił w bardziej szczegółowy sposób tej pokojowej wizji.

Ale celem tej wypowiedzi było wykorzystanie mocy i moralnej jasności jego słów do zmiany polityki w regionie.

Obama starał się zainspirować Izraelczyków i Palestyńczyków do tego, by wymagali więcej od swoich przywódców. Ci powinni się skupiać na historycznych wyzwaniach, a nie na drobnych utarczkach, które charakteryzują życie polityczne.  Każdy ma prawo wymagać więcej również od prezydenta.

Wzajemne podejrzenia

Następstwem tych historycznych słów muszą być teraz poważne, trwałe i pomysłowe działania dyplomatyczne sekretarza stanu Johna Kerry'ego.

Nie da się osiągnąć celu, sprowadzając problem jedynie do rozmów przy stole. Nie są potrzebne negocjacje dla samych negocjacji Do sekretarza stanu należy utrzymanie stanowczego stanowiska i załatwianie wielu spraw tylnymi kanałami, dzięki którym rzeczywiście można dojść do porozumienia - z dala od fleszy aparatów i kamer. Mam nadzieję, że Kerry może i będzie angażować europejskich i arabskich przywódców do podejmowania tych wysiłków.

Kerry powinien zauważyć, że aktywna mediacja Stanów Zjednoczonych będzie niezbędna z uwagi na wzajemne podejrzenia, które wyrosły między stronami konfliktu na przestrzeni wielu lat.

Eksperci byli w błędzie

Na pewno przemówienie Obamy pokazało jedną, ważną rzecz: udowodniło, że ci wszyscy eksperci, którzy uważali, że Obama nie ma pomysłu na konflikt izraelsko-palestyński i nie chce mu poświęcać zbyt wiele czasu i politycznego kapitału, byli w błędzie.

Sam prezydent USA podkreślił, że można było iść łatwiejszą drogą, ograniczając się do  zwykłych, stereotypowych wypowiedzi na temat dozgonnej miłości do Izraela.

Ale - jak podkreślił - nie ma tego w swoim DNA. Teraz, w czasie trwania drugiej kadencji, Obama skupia się na historii i jej spuściźnie. Zdążył zauważyć, że kończy się czas potrzebny na osiągnięcie porozumienia między stronami konfliktu i nie chce być tym przywódcą, za którego rządów znikną wszelkie nadzieje na pokój w tym zakątku świata.

Wykonał pierwszy, najważniejszy krok, udowadniając, że jest prawdziwym przyjacielem - takim, jakiego Izrael nigdy nie miał w Białym Domu.

Jeremy Ben Ami/The International Herald Tribune

Tłum. Ewelina Karpińska-Morek

New York Times/©The International Herald Tribune
Dowiedz się więcej na temat: Barack Obama | USA | Izrael | Palestyna | Szimon Peres

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje