To koniec Angeli Merkel?

Pomimo upływu kolejnych miesięcy od wyborów parlamentarnych, Niemcy nadal nie mają nowego rządu. Coraz więcej ludzi wzywa Angelę Merkel, by ustąpiła. Pytanie brzmi: komu? – pisze na łamach "The New York Times" Alexander Görlach.

Nowy rok dopiero co się rozpoczął, ale w niemieckiej polityce wszystko wskazuje na bliski koniec. Kanclerz Angela Merkel, ponosząc porażkę w utworzeniu nowej koalicji po wrześniowych wyborach parlamentarnych, musi skonfrontować się z opinią publiczną, która traci cierpliwość do jej politycznego przywództwa.

Reklama

W ostatnim sondażu połowa niemieckich wyborców zadeklarowała, że chce, by Merkel zrezygnowała i pozwoliła innemu członkowi centroprawicowej Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU) wynegocjować utworzenie koalicji rządzącej. W partii, która w wyborach uzyskała marny wynik, również słychać już głosy zgorszenia. Niedawno członkowie Junge Union, młodzieżówki CDU/CSU, bezpośrednio wezwali ją do odejścia.

Merkel może być jednym z najbardziej podziwianych przywódców na świecie i inspiracją dla nowej generacji kobiet w polityce, ale w Niemczech jej urok jest bardziej pragmatyczny. Jej kapitał wynika bowiem ze zdolności reagowania na kryzysy, a nie z umiejętności kształtowania krajowego programu politycznego. Mówiąc bez ogródek, Merkel nie jest osobą z wizją.

Przez pewien czas to działało. Jednak w trakcie trzech kadencji Merkel jako kanclerz Niemiec dwukrotnie prowadziła tak zwane "wielkie koalicje" z centrolewicowymi socjaldemokratami. Taka koalicja powinna być w stanie wykorzystać swoją kwalifikowaną większość do przeprowadzenia poważnych reform i realizacji dużych projektów. Jak dotąd, niewiele z tego wyszło. Jest wręcz przeciwnie: po 12 latach i nierozwiązanym kryzysie uchodźczym, który doprowadza opinię publiczną w Niemczech do szału, zaczyna być widoczne zmęczenie osobą Angeli Merkel.

Kraj marzy o kompleksowym podejściu do migracji, strategii na rzecz cyfryzacji i reformie edukacji. Wydłuża się też lista społecznych oczekiwań związanych z remontem i ulepszeniem infrastruktury. Zamiast tego, przechodząc od jednego kryzysu do drugiego, największa gospodarka w Unii Europejskiej zatraciła się na drodze modernizacji.

Tymczasem wydaje się, że kraj nie jest nawet w stanie utworzyć rządu. Socjaldemokraci odrzucili kolejną wielką koalicję, choć Merkel nadal ich naciska. Rozmowy z dwiema mniejszymi partiami - ekologicznie nastawionymi Zielonymi i zwolennikami swobód obywatelskich Liberałami - rozsypały się pod koniec zeszłego roku.

Najbardziej kontrowersyjną częścią różnych koalicyjnych negocjacji była kwestia uchodźców. Chodzi nie tyle o samą ich akceptację, ale trudny i niekonsekwentny sposób radzenia sobie, odkąd przybyli do Niemiec. Po dobrze rozreklamowanym powitaniu - tzw."Willkommenskultur" ("kulturze powitania") - zarówno uchodźcy, jak i obywatele niemieccy byli zszokowani, gdy rząd nie stworzył oczywistych i niezbędnych programów, by schronić przybyszów i zarejestrować ich jeszcze przed wpuszczeniem ich do środka. W tym samym czasie Merkel zdawała się rezygnować z ograniczania liczby kolejnych przyjmowanych uchodźców. W 2015 roku powiedziała, że nie jest do końca pewna, czy granice Niemiec nadal powinny być chronione tak, jak dotychczas.

Jej notowania zaczęły spadać w ciągu jednej nocy. I choć od tego czasu poparcie dla Merkel już się poprawiło, wielu członków jej partii nadal obwinia ją o pozostawienie otwartych drzwi na skrajnie prawicowe, gwałtowne reakcje ze strony Alternatywy dla Niemiec (AfD), która w zeszłorocznych wyborach zagarnęła chadekom głosy.

Wielu potępia też Merkel za jej stanowisko w sprawie imigracji, a także za brak promowania konkretnych programów, co w efekcie doprowadziło do niepowodzenia trójstronnych negocjacji jesienią ubiegłego roku. Chrześcijańscy demokraci, Zieloni i liberałowie nie potrafili wyróżnić projektu, który powinien ukształtować ich kadencję. Wolna Partia Demokratyczna (FDP) opuściła stół negocjacyjny pod koniec listopada, po kilku męczących tygodniach rozmów. Politycy partii Zielonych przyznali, że rozważali też zignorowanie rozmów na temat postawy kanclerz Merkel.

Z kolei socjaldemokraci dosyć niechętnie i opornie rozpoczęli negocjacje w styczniu. Więcej niż kilku konserwatystów również zastanawia się, czy negocjacje ożywiłyby się, gdyby po drugiej stronie stołu pojawiła się nowa twarz zamiast Angeli Merkel. Socjaldemokratyczna Partia Niemiec (SPD) jest przecież w tym samym miejscu - coraz większa liczba osób próbuje wypchnąć z szeregów Martina Schulza, szefa partii i jej kandydata na kanclerza w 2017 roku. Pod jego rządami, niegdyś największa partia w Niemczech, osiągnęła swój najgorszy wynik w historii.

Jedyną inną możliwością dla Merkel jest utworzenie rządu mniejszościowego. To oznaczałoby, że będzie musiała budować koalicję w locie wraz z każdym nowym aktem prawnym, martwiąc się o to, czy uzyska poparcie części opozycji. Jest mało prawdopodobne, aby Merkel mogła odnieść sukces w takim środowisku. Z pewnością nawet nie chciałaby tego próbować.

Jeżeli żadna z tych opcji nie zostanie rozwiązana, niemiecki prezydent Frank-Walter Steinmeier będzie zmuszony do zwołania nowych wyborów. Nikt jednak tego nie chce, bo z obecną listą przywódców - w najlepszym wypadku - wyniki będą znów takie same. Właśnie dlatego polityczni eksperci wzywają do nowego startu na wysokich szczeblach w głównych niemieckich partiach.

W obu z nich są młodsi, wschodzący politycy, chętni, by wkroczyć na wielką scenę. W przypadku chrześcijańskich demokratów to 37-letni Jens Spahn. Niemcy śledzący politykę swojego południowego sąsiada - Austrii, która niedawno wybrała na kanclerza 31-letniego Sebastiana Kurza, byliby skłonni opowiedzieć się za nowym, młodym przywódcą. W siostrzanej partii CDU - bawarskiej Unii Chrześcijańsko-Społecznej (CSU) - jej przewodniczący Horst Seehofer ustąpił miejsca na stanowisku premiera Bawarii znacznie młodszemu Markusowi Soederowi.

W szczególności to właśnie Jens Spahn może być gotowy na zajęcie czołowej pozycji w CDU, biorąc pod uwagę jego zdolność do obierania nowych kierunków - od kosmopolityzmu (jest osobą otwarcie przyznającą się do homoseksualizmu, niedawno poślubił swojego długoletniego partnera), po troskę o zanik niemieckiej tożsamości. Ostatnio narzekał, że nie mógł zamówić kawy w Berlinie, nie mówiąc po angielsku. W związku z tym, że Merkel wciąż grzęźnie w bałaganie, jaki stworzyła w kwestii imigracji, być może Spahn - lub ktoś taki jak on - musi przejąć ster.

Alexander Görlach / © 2018 The New York Times

Tłum. JM

(Alexander Görlach jest profesorem nadzwyczajnym na Harvardzie i starszym pracownikiem naukowym w nowojorskiej Carnegie Council for Ethics in International Affairs).

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy