Trump bierze pod uwagę Johna "Bombardujmy Iran" Boltona na Sekretarza Stanu. Poważnie?

Ci, którzy próbują pozbyć się rozpaczy z powodu nadchodzącej administracji Trumpa, pewnie uczepili się myśli, że jego izolacjonistyczna retoryka przynajmniej pozwoli uniknąć niepotrzebnych wojen. W tym zakresie nie jest to taka pewna obietnica - pisze publicysta i analityk Joshua Keating.

Gość z zaczeską, cieszący się reputacją "zastraszacza" podwładnych, którzy nie podzielają jego punktu widzenia, John Bolton był najbardziej kontrowersyjnym ambasadorem Stanów Zjednoczonych przy ONZ, organizacji, którą gardził, jak nikt w historii.

Reklama

Prezydent Georg W. Bush musiał wykorzystać recess appointment (specjalne uprawnienie prezydenta Stanów Zjednoczonych, pozwalające wypełnienie wakatów w Senacie bez konieczności zatwierdzania kandydatów przez Senat - przyp. red.), by zapewnić mu pracę, po tym jak senatorowie Partii Demokratycznej i kilku Republikanów odmówiło głosowania na jego nominację. Pewnie z powodu jego słynnej skłonności do poniżania i atakowania tych, którzy skwapliwie nie kiwają głowami, uznając jego stanowiska i opinie, nawet gdy stwierdza on - będąc ambasadorem - że Stany Zjednoczone osiągnęły "mało albo wcale" z tego, co chciała administracja Busha.

W co więc wierzyłby Sekretarz Stanu Bolton? Bolton nie tylko kwestionuje nuklearnego porozumienie z Iranem, ale konsekwentnie popiera wojnę, która miałaby zatrzymać nuklearne zapędy tego kraju. W przeciwieństwie do prezydenta-elekta był zwolennikiem zmiany ustroju w Syrii. Był też wielkim entuzjastą wojny w Iraku i nadal broni idei inwazji.

Trzeba przyznać, że Bolton twardo stoi przy swoim, nawet w obliczu dostępnych danych. W mojej poprzedniej pracy w magazynie "Polityka Zagraniczna", zwykłem przygotowywać roczną listę "najgorszych przepowiedni". Rok po roku trafiał na nią Bolton ze swoimi wielokrotnymi zapewnieniami, że izraelskie naloty na Iran są kwestią tygodnia. Zostawię do oceny czytelników, czy to lepsze czy nie od bardziej rozwiązłego ideologicznie Newta Gingricha.

Ale Bolton to wciąż dziwny wybór prezydenta, który w kampanii promował swój sprzeciw dla wojny w Iraku i sceptycyzm, jeśli chodzi o zagraniczne uwikłania. Biorąc pod uwagę jak podatny jest Trump, prawdopodobne wydaje się, że to Bolton wpłynąłby na szefa, a nie odwrotnie. Zatem  weźmy pod uwagę ocenę "The Economist" - po przeczytaniu wspomnień o jego srogich i wojennych zapędach - że "przez te wszystkie popisy, kandydatura pana Boltona wydaje się ciekawie niepewna".

To zdanie zaczyna nabierać sensu.

Joshua Keating publicysta "The Slates", analityk polityki międzynarodowej " The New York Times"
Tłumaczenie: JtK

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje