Wybór Trumpa na prezydenta jest dla Europy przerażającą katastrofą


Począwszy od gospodarki, aż po stosunki z Rosją i wszystko to, co pomiędzy tym - nowy prezydent Stanów Zjednoczonych może zwiastować sporo kłopotów dla całego kontynentu - pisze na łamach "The New York Times" Clemens Wergin, szef biura i korespondent "Die Welt" w Waszyngtonie.

Nikt w Europie naprawdę nie wierzył w to, że Amerykanie wybiorą na prezydenta kogoś, kto zdaje się być tak nieadekwatną osobą do prowadzenia najpotężniejszego narodu na świecie. A jednak, to właśnie się stało. Teraz na całym kontynencie ludzie próbują dowiedzieć się, co to oznacza. Wiele osób obawia się, że wybór Donalda Trumpa może zwiastować koniec Zachodu, jakim go znamy. Prawdę mówiąc, z perspektywy Europy, Zachód już stąpał po niepewnym gruncie. Rosja panoszy się na naszych granicach. Wojna w Syrii wywołała ogromną falę migracji, która jest wyzwaniem dla naszej tożsamości i napędza prawicowe reakcje. Wielka Brytania już zagłosowała, aby stać się pierwszym krajem opuszczającym Unię Europejską - instytucję, która zdaje się być w niebezpieczeństwie rozpadu.

Reklama

Wybór Trumpa stwarza jednak nowe ryzyko systemowe i strategiczne. Przez siedem dekad politycznie stabilne Stany Zjednoczone były drogowskazem demokracji i fundamentem liberalnego porządku świata. Gdy demokracja została poważnie zagrożona w Europie, Stany Zjednoczone wkroczyły i zatrzymały falę autorytaryzmu. Teraz Amerykanie sami wybrali demagoga, który zdaje się mieć autorytarne tendencje, i którego obietnice - jeżeli będzie wprowadzał je w życie - mogą mieć ogromne i katastrofalne skutki od Lizbony aż po Kijów.

Siła prawicowych populistów

Kanclerz Angela Merkel wie, jak poważna jest obecna sytuacja. Kiedy w środę pogratulowała Trumpowi zwycięstwa, wygłosiła mu przy okazji kazanie o liberalnej demokracji, która stanowi podstawę stosunków europejsko-amerykańskich.

- Niemcy i Ameryka są razem przywiązane do takich wartości jak demokracja, wolność, szacunek do rządów prawa, poszanowanie godności człowieka niezależnie od jego pochodzenia, koloru skóry, religii, płci, orientacji seksualnej czy politycznych poglądów - powiedziała szefowa niemieckiego rządu. - W oparciu o te wartości oferuję bliską współpracę przyszłemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych Donaldowi Trumpowi - dodała.

Merkel zdaje sobie sprawę, że prawicowi populiści rosną w siłę w całej Europie, grożąc istniejącemu liberalnemu porządkowi. W chwili obecnej Zachód przeżywa poważny kryzys tożsamości. Donald Trump, który jest wyrazem tego kryzysu, pogrzebał nadzieje na to, że Stany Zjednoczone mogą być przykładem państwa demokratycznego lub ewentualnym wybawcą.

Jedną z głównych zasad wspólną dla Trumpa i europejskiej, skrajnej prawicy jest wrogość wobec globalizacji i handlu międzynarodowego. Właśnie ten obraz staje się dla Europy jeszcze bardziej ponury. Jeżeli międzynarodowy system handlu załamie się pod wpływem prowadzonej przez Trumpa wojny handlowej z Chinami, Meksykiem i Japonią, skutki ekonomiczne będą odczuwalne na całym Atlantyku. Europa, ledwo wychodząca z kryzysu euro, nie może sobie pozwolić na globalny przestój gospodarczy wywołany prezydenturą Trumpa. Rządy europejskie nie mają ani gotówki, ani zaufania swoich obywateli, by przetrzymać kolejną recesję gospodarczą.

Otwarte zaproszenie dla Putina

Jeszcze bardziej przerażające dla Europy są strategiczne konsekwencje prezydentury Trumpa. Jego przekonania polityczne nie są do końca jasne, ale pewne jest, że od dawna odnosi się z pogardą do NATO. Postrzega Sojusz Północnoatlantycki jako rodzaj międzynarodowego biznesu, w którym członkowie muszą płacić amerykańskiemu przywódcy za ochronę.

Trump ma rację - narody europejskie powinny robić więcej, aby poszerzyć i inwestować w siły zbrojne. W swojej krytyce NATO Trump źle rozumie jednak rolę Stanów Zjednoczonych. Sojusz działa, bo jego kraj - światowe supermocarstwo - przewodzi poprzez zgodę i przykład, a nie groźby. Co więcej, powtarzane przez Trumpa sugestie, że nie stanie w obronie krajów bałtyckich, jeśli te nie "uregulują swoich rachunków", są jak otwarte zaproszenie dla prezydenta Władimira Putina.

Oczywiście, nie powinno to być żadnym zaskoczeniem. Europejczycy zdążyli już zauważyć z lekkim poczuciem lęku, że Trump ma dobre stosunki z prezydentem Rosji. Nie przejmuje się ani autorytarnymi rządami Putina, ani jego agresją wobec międzynarodowego porządku, ani wtrącaniem się w zachodnie demokracje. Wielu obawia się, że Trump będzie chciał pójść na układ z Moskwą, dzieląc świat na strefy wpływów. Nie trzeba dodawać, że może to podzielić cały kontynent, podważyć fundamenty demokracji w państwach Europy Środkowo-Wschodniej i narazić ich niepodległość. Byłoby to prawdziwe dobrodziejstwo dla Putina, który od jakiegoś czasu ma dobrą passę. W czerwcu już dostał to, czego chciał, kiedy Brytyjczycy zagłosowali w referendum, by opuścić Unię Europejską.

Ma oko na dwie kobiety w Europie

Teraz, kiedy jego ulubiony kandydat wygrał wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, ma zapewne oko na dwie kobiety w Europie. Po pierwsze, chce zobaczyć, jak Marine Le Pen ze skrajnie prawicowej partii Front Narodowy wygrywa przyszłej wiosny wybory prezydenckie we Francji. Le Pen podziela - podobnie jak Putin i Trump - wrogość do NATO i Unii Europejskiej. Po drugie, Rosja ma nadzieję, że Angela Merkel - główny przeciwnik Putina w Europie - nie zostanie ponownie wybrana do pełnienia urzędu kanclerza w niemieckich wyborach jesienią przyszłego roku. Wydaje się, że Rosja maczała palce w kampanii prezydenckiej w Ameryce, głównie poprzez cyberataki i przecieki, które wypływały w odpowiednich momentach. Teraz europejscy przywódcy przygotowują się, na to samo na Starym Kontynencie. Celem Putina jest zwiększenie siły Rosji poprzez podważanie i destabilizację zachodnich demokracji. Zdaje się, że już udało mu się to osiągnąć w Stanach Zjednoczonych.

Ludzie w Europie będą w napięciu obserwować, czy nowy, amerykański prezydent jest pożyteczną marionetką Putina, i czy faktycznie będzie realizował przyjętą w czasie kampanii linię wyborczą. Innymi słowy, czy będzie to naprawdę koniec Zachodu, jaki znamy.

Clemens Wergin
"The New York Times"
tłumaczenie: JM

śródtytuły pochodzą od redakcji Interia Fakty

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje