Wysoka cena tanich zakupów

Tragedia w Bangladeszu, gdzie pod gruzami fabryki odzieży zginęło ponad tysiąc osób, wstrząsnęła światem. Czy wstrząśnie również nami – konsumentami polującymi na „okazje”? Czy mamy świadomość tego, czym dzisiaj tak naprawdę jest luksus? I czy obchodzi nas to, że za nasze tanie zakupy ktoś płaci zdrowiem, a często także życiem? Te pytania stawia dziennikarz „New York Timesa”.

Popularna amerykańska sieć sklepów z odzieżą dla dzieci, The Children’s Place, przyznała się do współpracy z kompleksem fabryk mieszczącym się w feralnym budynku w stolicy Bangladeszu, Dhace - tym samym, który pod koniec kwietnia zawalił się, grzebiąc pod gruzami ponad 1100 osób. Czy ich śmierć sprawi, że w Nowym Jorku i innych metropoliach - oddalonych od miejsca tragedii o tysiące kilometrów - ktoś zaduma się nad losem, który jest udziałem rzeszy ludzi szyjących słodkie koszulki, śpioszki i spodenki dla maluchów, wyceniane na kilka dolarów?

Reklama

- Nikt nie mówi nam, gdzie dokładnie powstają ubrania naszej marki - mówi sprzedawczyni z brooklyńskiego sklepu The Children’s Place, pokazując mi naręcze ubranek z metkami, na których widnieją tylko nazwy państw: Wietnam, Chiny, Bangladesz... - To chyba tak naprawdę nie jest nasz problem. My je tylko sprzedajemy.

Tymczasem to właśnie pochodzenie tanich towarów - okryte tajemnicą - stanowi o ich prawdziwej, nieznanej cenie. Wystarczy przez jeden dzień pozwiedzać rozmaite sklepy i butiki Nowego Jorku, by przekonać się o istnieniu kolejnego muru oddzielającego bogatych od biednych.

Metamorfoza luksusu

Posiadanie pieniędzy w dzisiejszych czasach często wiąże się ze szczególnym przywilejem: możliwością zdobycia wiedzy na temat tego, kto uszył kupioną przez ciebie bluzkę albo na której farmie hodowano świnie, z których mięsa zrobiono chorizo leżące na twoim talerzu. Gorszy status materialny jest równoznaczny z brakiem dostępu do tych informacji i kupowaniem towarów niewiadomego pochodzenia. Bierz albo nie, i nie zadawaj żadnych pytań.

To osobliwe odwrócenie trendów. Przez całe stulecia to przecież właśnie ludzie ubodzy zjadali mięso zwierząt hodowanych w ich bezpośrednim otoczeniu. To przecież ubodzy dokładnie wiedzieli, skąd pochodzą noszone przez nich skarpetki. Przed bogatymi stał z kolei otworem globalny rynek towarów i usług. Ale zmieniające się gusta elit i nieograniczona pomysłowość decydentów zarządzających łańcuchami dostaw stopniowo doprowadziły do sytuacji, w której towary wytwarzane w dalekich, egzotycznych miejscach, kupowane są przez uboższych konsumentów - a towary, których historię można prześledzić w najdrobniejszych szczegółach (od wyrobów z mięsa świń hodowanych "po sąsiedzku" po odzież z lokalnej szwalni) stały się luksusem dla bogatych.

W sieci tanich sklepów obuwniczych Payless Shoesource pochodzenie każdej pary obuwia jest informacją starannie ukrytą pod językiem buta albo po wewnętrznej stronie cholewki. - Wszędzie przeczytamy tę samą informację: "Made in China" - mówi mi ekspedientka. - To wszystko, co wiem. Nic więcej nie jest ujawniane - dodaje po chwili.

Bieda jest anonimowa

Przejeżdżam kilkanaście przystanków i wysiadam przy 59. Ulicy, w dzielnicy Upper East Side na Manhattanie. Wchodzę do butiku The Art of Shaving (pol. "Sztuka golenia" - red.), gdzie można kupić luksusowe zestawy przyborów do golenia kosztujące kilkaset dolarów. Ekspedientka na ogół będzie nalegać na to, żeby nam pomóc - nawet jeśli uprzejmie poinformujemy ją, że tylko się rozglądamy. Następnie, niby od niechcenia, opowie nam o małżeństwie, które stworzyło tę markę, sprzedając swój samochód za 12 tysięcy dolarów i otwierając ten właśnie sklep - pierwszy z kilkudziesięciu, do których rozrosła się sieć. Luksusowe produkty, podobnie jak bogaci ludzie, mają swoją historię. Produkty dla przeciętnych zjadaczy chleba mają tylko przeszłość.

W domu towarowym Barneys, znajdującym się nieopodal, zaczepiam ekspedientkę pracującą na stanowisku marki Delvaux, oferującej ekskluzywne akcesoria skórzane. W przeciągu kilku minut dowiaduję się, że marka Delvaux ma dłuższą tradycję niż słynny Hermes (powstała osiem lat wcześniej); że jej produkty wytwarzane są w Brukseli; że ten jest wykonany z jaszczurczej skóry, a ten ze skóry strusia. Tuż obok znajduje się stoisko Maison Goyard, producenta toreb i walizek. Podobnie jak inne marki adresowane do zamożnych klientów, Goyard chwali się miejscem pochodzenia swoich wyrobów (w tym przypadku jest to Paryż), umieszczając je w logo. Na niektórych produktach figuruje dodatkowo dokładny adres: 233 rue Saint-Honore.

W dzielnicy Park Slope, w wymyślnych delikatesach Bklyn Larder, jest podobnie. Ponieważ sklep ten powstał z myślą o przedstawicielach zamożnych klas średnich i wyższych, którzy ostatnimi czasy masowo przeprowadzają się do Brooklynu, każdy dostępny tam produkt musi pochodzić "skądś", a informacja ta jest wyraźnie zaakcentowana. I tak, znajdziemy tutaj cydr z New Hampshire, jogurt naturalny z Itaki, a także krakersy z serem wytwarzanym na kalifornijskich farmach i orzechami pecan z Nowego Meksyku. Ale już kilka przecznic dalej, w supermarkecie sieci Key Food - w którym kupują "starzy" mieszkańcy Brooklynu, posiadający nieco mniej zasobne portfele - szczegóły nie mają aż tak wielkiego znaczenia. Tam produkty spożywcze pochodzą przeważnie "znikąd". (...)

Wycenić ludzkie życie

Wracam do dziecięcego odzieżowego raju, The Children’s Place. 30-letnia Marsha Toombs, w ciąży ze swoim trzecim dzieckiem, buszuje wśród wieszaków z ubrankami. Obok niej drepcze jej córeczka, która co chwilę pyta: "Mamusiu, czy możesz mi kupić portfelik? Mamusiu, czy możesz mi kupić te spodenki?"

Marsha Toombs bardzo przejęła się tragedią, do której doszło w Bangladeszu. - Osobiście nie popieram outsourcingu - mówi. Jej zdaniem, zlecanie produkcji zagranicznym podmiotom przyczynia się do spadku liczby miejsc pracy w USA - a pracujących za najniższe stawki mieszkańców Bangladeszu, Chin czy Kambodży stawia przed iście diabelskim dylematem: albo nie będziesz jadł, albo będziesz pracował w warunkach urągających bezpieczeństwu.

Dlaczego więc kupuje ubranka dziecięce w The Children’s Place? Moja rozmówczyni po chwili wahania tłumaczy: - Tutaj właśnie sprawy zaczynają się komplikować. W obecnej sytuacji, w której wszyscy zmagamy się z kryzysem, a gospodarka jest w zapaści, człowiek musi szukać okazji.

Czy byłaby gotowa zapłacić więcej za dziecięce dżinsy, które widzę w jej koszyku - i o ile więcej - gdyby były one szyte w Ameryce, a osoby zatrudnione w szwalni pracowały w lepszych warunkach?

- Widzi pan... ja jestem mistrzynią w polowaniu na okazje - odpowiada niepewnie. Ostatecznie godzi się, że mogłaby zapłacić dodatkowych 5 dolarów. I ani centa więcej.

Co do maleńkich dżinsów, to z koszyka powędrowały one z powrotem na wieszak. - Pojeżdżę jeszcze po sklepach i zobaczę, czy uda mi się znaleźć coś tańszego - mówi Marsha.

Anand Giridharadas

© 2013 The International Herald Tribune

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

New York Times/©The International Herald Tribune

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje