Z czym borykają się "globalni wędrowcy"?

Boston. Siedmioro przyjaciół spotkało się na wspólnym obiedzie. Przy stole zasiedli: biały Amerykanin, jego żona - Włoszka, którą poznał w Szwajcarii, obywatel Szwajcarii, który wychowywał się w Kenii, Niemiec z koreańskim rodowodem, kobieta z haitańskimi, chińskimi i europejskimi korzeniami, syn czarnej Amerykanki i niemieckiego Żyda oraz Amerykanin, w którego żyłach płynie indiańska krew.

Zajęło chwilę, zanim każdy uczestnik obiadu zdołał wyjaśnić, skąd pochodzi... Takie sytuacje w ostatnich czasach nie należą do rzadkości.

Reklama

Funkcjonuje taki współczesny mit, że globalizacja jest nowym zjawiskiem. Świat jednak zintegrował się już dawno, później zdezintegrował się podczas wojny i ponownie, choć nierównomiernie, zjednoczył.

Ludzie od dłuższego czasu dokonywali swego rodzaju roszad w społecznościach. W XVII, XVIII czy XIX wieku można było na przykład spotkać na statku załogę i pasażerów, wśród których byli niewolnicy, kupcy, kucharze, oficerowie, kolonizatorzy i pielgrzymi, stanowiących mieszankę jeszcze bardziej różnorodną od tej przy naszym stole.

To, co prawdopodobnie jest nowe, to znaczenie "braku miejsca" i traktowanie tego zjawiska w niektórych częściach świata jako zalety. Ci "współcześni wędrowcy", którzy nie czują przynależności do jakiegoś miejsca na kuli ziemskiej, nie będą już dłużej jedynie rozbitkami imperiów i kolonii. To z nich wywodzi się prezydent USA, to ich można znaleźć w gronie najbardziej zacnych myślicieli, znaczących bankierów, filantropów czy urzędników państwowych.

Zjawisko "wyzwolenia się od korzeni" - rozmaicie definiowane w kategoriach przywileju - mogłoby nawet być postrzegane jako środek ciężkości kondycji człowieka. Miliony ludzi żyją przecież w jednym państwie, a pracują w innym. Niektórzy przekraczają codziennie pieszo granicę, inni migrują wirtualnie. Miliony przeprowadzają się z wiosek do miast, przez co cywilizacja człowieka staje się po raz pierwszy w historii w większości miejska, a ludzie dorastają posługując się językiem, którym nigdy nie mówili ich przodkowie.

Mimo wszystko owi "globtroterzy" znajdują się w sytuacji, w której muszą zetknąć się ze światem przywiązanym do miejsca.

Trudne pytania o pochodzenie

Dla osoby, która czuje się wyzwolonym wędrowcem, nie ma nic gorszego niż zmaganie się z pytaniem "skąd pochodzisz?". Za każdym razem zastanawiasz się, czy powinieneś udzielić krótkiej, pięciosekundowej odpowiedzi, w której zawrzesz jedną tożsamość, użyć dłuższego wywodu geograficzno-biograficznego czy może pięciominutowej opowieści.

Dla tych mniej odpornych ryzyko jest większe. Meksykańscy robotnicy są na przykład namawiani do podejmowania pracy na terenie USA, ale przeganiani przez uzbrojonych strażników. W Indiach imigranci, którzy przyjeżdżają z północy do kosmopolitycznego Bombaju, są dotkliwie bici.

Miliony chińskich mieszkańców wsi zostało sprowadzonych do miast, by tam budować drogi i przyczyniać się do rozkwitu państwa. Ale ze względu na hukou (restrykcyjny system zameldowania - red.) zostali oni w dużych miastach pozbawieni praw, które normalnie przysługują lokalnym mieszkańcom. Nie mają zagwarantowanego dostępu do edukacji i opieki zdrowotnej, są narażeni na odesłanie do wioski o każdej porze.

Biurokracja z trudem ogarnia problem związany z brakiem przynależności do konkretnego miejsca. Poborcy podatkowi nalegają, żeby takie osoby wybrały jedną spośród wielu swoich ojczyzn jako główną. Politycy reprezentują konkretne miejsca - nie idee, branże czy płeć - więc jeśli jesteś urodzonym w Somalii Amerykaninem, pracującym w Paryżu dla Nissana, korzystasz z demokracji, ale bez sensownej reprezentacji - bez urzędników prowadzących bitwę w twoim imieniu.

Dylematy życia "bez korzeni"

Współcześni wędrowcy uważają, że mogą nawiązywać kontakty na całym świecie, choć będą to z pewnością znajomości raczej płytkie. Łatwiej jest im poprosić o przysługę przyjaciół w pięciu krajach niż pożyczyć cukier od sąsiada. Może znają smak kuchni każdego kontynentu, ale nie potrafią przyrządzać potraw charakterystycznych tylko dla jednej. Pewnie odwiedzili większość z 10 najpotężniejszych miast świata, ale nie widzieli najbliższej okolicy swojego domu.

Bardziej majętne osoby zawsze mają wyjście. Idą na kompromis żyjąc "bez korzeni", a jednocześnie przygotowując grunt dla nich. Wyjeżdżają daleko od domu, żeby studiować, ale potem wybierają kierunki studiów związane ze swoją rasą, kulturą czy językiem. Lub - jak to jest w przypadku artystki Youngjoo Cho - pochodzącej z Korei Południowej, która studiowała w Paryżu i dzieliła swój czas między Berlinem a Seulem, używają sztuki, aby ukoić niepokój związany z brakiem przynależności do określonego miejsca.

W jednej z jej prac, zatytułowanej "Wizyta w ojczyźnie", z walizki wysypują się wspomnienia z wyjazdu do ojczystego kraju. W ten sposób pokazuje ona "relację braku miejsca do lokalności" - jak napisała na swojej stronie internetowej - "relację, która staje się coraz bardziej złożona w coraz bardziej mobilnym świecie".

Barack Obama, polityk tak wielu regionów świata, pokazuje podobne zainteresowanie pochodzeniem. Jako dziecko wielu domów, z rodzicami różnych ras i z różnych kontynentów, zbudował swoje życie tak, by było bardziej przywiązane do miejsca.

Podróżował w poszukiwaniu swoich afrykańskich korzeni, napisał o tym książkę, pracował jak przeciętny człowiek w Chicago, ożenił się z kobietą, która od dawna była związana z tym miastem i stworzył swego rodzaju "uziemioną" rodzinę, której tak bardzo brakowało mu w dzieciństwie.

Dla wielu "współczesnych włóczęgów" jest to bardziej romantyczna relacja niż zwykłe przywiązanie do kawałka ziemi, w której można zapuścić korzenie.

Sudhir Kakar - znaczący indyjski psychoanalityk i pisarz zajmujący się kulturą - podczas ostatniego wykładu na Uniwersytecie Princeton zasugerował, że ta tęsknota za miejscem może zostać zakopana, zanegowana czy nawet stłumiona przez poczucie wyzwolenia, ale nigdy tak naprawdę nie zniknie.

- Postmodernistyczne pojęcie "zwielokrotnionych osobowości" stało się bardzo modne wraz z poglądem, że migracja jest okazją do ponownego odkrycia czyjejś tożsamości. Ale ta wizja, chociaż wyzwolona, neguje rolę miejsca w kształtowaniu świadomości, szczególnie w dzieciństwie - twierdzi Kakar.

Marzenia o oderwaniu się od miejsca niosą ze sobą "niebezpieczeństwo pomniejszania znaczenia, jeśli nie negowania psychicznego bólu związanego z procesem migracji i osadzanie przeszłości w teraźniejszości". - Nacisk na różnorodność może odwrócić uwagę od tego co jest w człowieku trwałe i niezmienne - uważa Sudhir Kakar.

Anand Giridharadas/"International Herald Tribune"

Tłum. Ewelina Karpińska-Morek

New York Times/©The International Herald Tribune

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje