Zaburzenia schizoafektywne mojego dziecka

"Gdy wreszcie dotarło do mnie, że mój syn jest uzbrojony, zabrałam go do najbliższego szpitala psychiatrycznego. Zamknięto go na 72 godziny, ponieważ stwierdzono, że może stanowić zagrożenie dla siebie lub innych. Lekarze badali u niego symptomy tak, jakby był jakimś rzadkim i delikatnym okazem motyla. Potem otrzymał etykietę: zaburzenia schizoafektywne" - wspomina na łamach "The New York Times" pierwsze chwile po diagnozie syna Tanya Frank, pisarka z Los Angeles.

Wszystko zaczęło się wcześnie rano w domowej pralni. Znalazłam go, kiedy siedział tam sam i przyglądał się kablom telefonicznym.

Reklama

"W ten sposób nas śledzą" - wyszeptał mój syn. "Musimy wyciąć część tych kabli, zmienić dostawcę. Mogę to zrobić" - dodał.

"Kto? Kto nas śledzi? I dlaczego miałby to robić?" - zapytałam syna.

W tamtym momencie przyłożył tylko palec do ust, żeby mnie uciszyć. Potem zaczął przetrząsać narzędzia. Wyglądał, jakby nie był dokładnie pewien, czego szuka.

Nigdy nie interesował się kablami ani narzędziami. Poza tym, to był 2009 rok. Nasz stacjonarny telefon był odłączony, bo już z niego nie korzystaliśmy. Przewody, na punkcie których mój 19-letni syn miał obsesję, były po prostu częścią nieistniejącego urządzenia z minionej epoki.

Cała drżałam w wilgotnym pomieszczeniu pralni, ale bynajmniej nie od zimna betonowej posadzki. Pochodzę z Londynu, jestem przyzwyczajona do niskich temperatur. Dygotałam z nerwów. Bałam się o własne dziecko.

Mój partner był w San Francisco, a my w Los Angeles. Nie było tu krajowego systemu opieki zdrowotnej. Byliśmy osamotnieni, ja i mój syn, pośród metropolii obcych ludzi.

Syn wyjął w milczeniu ze swojego plecaka zeszyt i marker. Chciał mi coś przekazać. Kiedy zapinał z powrotem zamek torby, zobaczyłam ostrze naszego dużego, kuchennego noża, który kilka dni temu gdzieś zniknął.

"Nie możemy nikomu ufać" - napisał na kartce. "Nasze komputery i telefony są na podsłuchach. Posłuchaj... Słyszysz to?" - nie przestawał pisać. Odwróciłam głowę, ale niczego nie zauważyłam. "To helikopter. Szpieguje nas" - zobaczyłam słowa w zeszycie syna.

Kiedy się uspokoiłam i zrozumiałam, że to nie delirium, które można załagodzić tabletkami Advil albo dobrym snem, gdy wreszcie dotarło do mnie, że mój syn jest uzbrojony, zabrałam go do najbliższego szpitala psychiatrycznego. Zamknięto go, bez jego woli, na 72 godziny, ponieważ stwierdzono, że może stanowić zagrożenie dla siebie lub innych. Lekarze badali u syna symptomy tak, jakby był jakimś rzadkim i delikatnym okazem motyla. Potem otrzymał etykietę: zaburzenia schizoafektywne.

To dość skomplikowany stan charakteryzujący się połączeniem objawów typowych dla zaburzeń afektywnych (nastroju) oraz schizofrenii (zaburzeń myślenia). Zasadniczo, mój syn przechodził psychiczne załamanie. Tak nazywają stan, gdy ktoś po prostu rozpada się z powodu swojej psychiki.

Gdy wracaliśmy do domu samochodem, patrzyłam na mojego syna w lusterku wstecznym. Chciałam zobaczyć, kiedy do tego doszło. W którym momencie jego świat zaczął się rozpadać? Przypominał całą mnie.

Pod wiaduktem Cahuenga zwolniłam i zauważyłam powiększające się obozowisko dla bezdomnych. Mieli płócienne, porozkładane namioty, a obok nich solidne sofy. Na obozowym piecu gotowały się kiełbasy. Było czuć ich zapach. Jechaliśmy wokół Runyon Canyon i byliśmy świadkami, jak "Krzyk" (tak nazywają go miejscowi) szedł wzdłuż drogi Mulholland, obscenicznie wyzywając ludzi, których zdawał się widzieć tylko on sam.

W duchu obiecałam sobie wtedy, że mój syn nigdy nie zostanie bezdomny, ani nie będzie krzyczał na ulicach. Jest inteligentny jak John Nash - matematyk, zdobywca Nagrody Nobla (znany m.in. z filmu "Piękny umysł" - przyp. red. Interia). I będzie jeszcze lepszy. Nikomu nie wspomnimy o tym trudnym rozdziale w naszym życiu. Nigdy.

Nie będzie to pierwszy raz, kiedy moja rodzina musi coś zakopać w naszej rodowej "klatce hańby". Nigdy nie spotkałam mojej babci, która spędziła 40 lat żyjąc za niedostępnymi, gotyckimi murami szpitala psychiatrycznego Banstead Mental Hospital w Anglii.

Otworzyłam okna samochodu, żeby wypuścić z auta trochę przytłaczającej melancholii.

Kiedy przychodzi noc, śpię niespokojnie obarczona ciągłym samooskarżaniem się. Może to właśnie ja zrobiłam coś, co wywołało spięcia i zatopiło w dopaminie jego mózg? Może powiedziałam coś, co spowodowało, że zatracił funkcję poznawczą i ma krótkotrwałą pamięć? Wmawiam sobie, że zmiana z mojej strony z pewnością wystarczy, żeby go wyleczyć.

Mój syn też jest niespokojny. Ciągle słyszę w nocy, jak otwiera i zamyka drzwi lodówki. Potem staje w progu mojej sypialni i widzę, że chyba płakał, ale nie jestem pewna.

"Chodź tutaj" - poklepuję mój materac.

Wspina się na moje łóżko, ciężko oddychając. Przykrywa się grubym, wełnianym kocem, całuje mnie w głowę, a potem leży na moim ramieniu.

"Boisz się?" - pyta mnie.

"Nie, nie boję" - odpowiadam mu natychmiast. "Nasz dom zbudowany jest na skale. To najbezpieczniejsze miejsce, jeśli nadejdzie trzęsienie ziemi" - próbowałam go uspokoić.

Nie powiedziałam mu, że trzęsienie ziemi już nadeszło. Nasza rzeczywistość pogrążyła się w wielkiej otchłani przewlekłej choroby. Nasz rodzinny krajobraz już nigdy nie będzie wyglądał tak samo.

Księżyc był w pełni. Jego blask wpadał przez okno sypialni i rozświetlał twarz mojego synka niczym reflektor. 

Wiem, że powinnam poprosić go, aby wrócił do swojego pokoju, bo jest już dorosłym człowiekiem. Chciałam go jednak otulić, przykryć kołdrą i pozwolić mu tak przetrwać zimę. Dzięki temu nie wybiegałby na ulicę, by uciec przed wyimaginowanymi helikopterami, nie atakowałby przyjaciół, którzy - jego zdaniem - próbują go zabić i na pewno nie zostałby postrzelony przez policjantów, którzy nie rozumieją, że jest chory.

Kiedy był dzieckiem, pomyślałam sobie, że wystarczy, bym go kochała i dzięki temu będziemy w stanie zatrzymać każde zło. Dzisiaj wpatruję się w jego wysokie czoło i próbuję wyobrazić sobie te wszystkie wypalające się neurony...

Myślę o nadchodzącym dniu, o najbliższych tygodniach i o tym, jak potoczy się nasze życie. Chcę być w domu, chronić go przed samym sobą i jego zaburzeniami, ale przecież muszę chodzić do pracy.

Wyskoczyłam z łóżka.

"Zostań, skarbie" - szepnęłam do syna i przykryłam go kołdrą. Pogłaskałam go po głowie. Jego czoło było tak ciepłe, jakby coś się w nim gotowało.

(...)

Gdy mija kilka godzin, odkąd nie słyszę jego głosu, czuję jakby po naszym trzęsieniu ziemi następowały wstrząsy wtórne. Zaciskam zęby i czuję skurcze w brzuchu. Kiedy wreszcie widzę go po pracy, moje ciało wraca do normy. Zdaję sobie sprawę, że przed nami coś zupełnie nowego (...). Kurczowo trzymamy się siebie nawzajem ze wszystkich sił. W pierwszych dniach po diagnozie to jedyny sposób na przetrwanie.

Tanya Frank/© 2017 The New York Times

Tłum. JM

(Tanya Frank jest niezależną pisarką z Los Angeles, która spisuje swoje wspomnienia zza Atlantyku).

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje