Zatrzymać manipulowanie demokracją

Nie istnieje panaceum na szkody, jakie propaganda, internetowe trolle i fałszywe strony informacyjne wyrządzają demokracji. Kluczem do walki z nimi są edukacja i publiczna czujność - pisze na łamach "The New York Times" Michael J. Abramowitz, prezes Freedom House, amerykańskiej pozarządowej organizacji działającej na rzecz praw człowieka.

Tajne, pionierskie techniki Moskwy i Pekinu, mające na celu wykorzystanie internetu do zagłuszenia odrębnych zdań i osłabienia wolnych wyborów, wdarły się ukradkiem w kampanię prezydencką w Stanach Zjednoczonych w 2016 roku. Rosyjskie próby wpłynięcia na wynik amerykańskich wyborów to jednak tylko część ogromnego wyzwania dla demokracji na całym świecie.

Reklama

Taktyka manipulacji w sieci odegrała ważną rolę w czasie co najmniej 17 innych wyborów w ciągu ostatniego roku. Partie rządzące w wielu krajach - od Filipin i Ekwadoru, po Turcję i Kenię - korzystały z płatnych komentatorów, trollów, botów, fałszywych serwisów informacyjnych i propagandy, aby się lansować i sztucznie "nadmuchiwać" swoje poparcie.

Na Filipinach członkowie "klawiaturowej armii" powiedzieli, że mogli zarobić 10 dolarów dziennie za zarządzanie kontami w social mediach, które wspierały Rodrigo Duterte lub atakowały jego przeciwników na krótko przed wyborami prezydenckimi w maju 2016 roku, które wygrał. Wielu z tych oszustów wciąż pozostaje aktywnych w administracji Duterte, wzmacniając wrażenie szerokiego poparcia dla jego brutalnego rozprawiania się z handlem narkotykowym.

W trakcie kampanii wyborczej 2017 roku w Kenii polityczne obozy zorganizowały zespoły opłaconych blogerów, influencerów i botów, by kształtowały publiczne opinie w internecie. Jawna dezinformacja, propaganda i mowa nienawiści zostały wymierzone w pojedyncze osoby i organizacje sprzymierzone z obozem politycznym opozycji, używając do tego hashtagów na Twitterze, reklam Google czy sponsorowanych postów na Facebooku.

Podczas przygotowań do wyborów prezydenckich w Ekwadorze konta społecznościowe należące do polityków, dziennikarzy i opozycyjnych aktywistów zostały przejęte i wykorzystane do rozpowszechniania wiadomości przeciwko opozycyjnemu kandydatowi na wiceprezydenta.

Starania władz, by kształtować i kontrolować dyskusje w internecie, są kontynuowane nawet po wyborach i z roku na rok są coraz intensywniejsze. Organizacja Freedom House zaczęła śledzić ten problem w 2009 roku. Kiedy w 2016 i 2017 roku w projekcie o nazwie Freedom on the Net (tłum. Wolność w internecie) organizacja zbadała wolność w sieci w 65 krajach świata (reprezentujących 87 procent ogółu użytkowników internetu), zauważono, że rządy niemal połowy tych krajów wdrażają pewne formy manipulacji do fałszowania informacji w internecie, by pozostać przy władzy i osłabiać opozycję.

Praktyki te stają się coraz bardziej rozpowszechniane i technicznie wyrafinowane. Boty, twórcy propagandy i sprzedawcy "fake newsów" wykorzystują social media i algorytmy wyszukiwania, aby bezproblemowo włączać się w zaufane dotychczas treści, stanowiąc nowe, niszczące zagrożenie dla demokracji. W ten sposób podkopywane są wybory, debata polityczna i praktycznie każdy inny aspekt rządzenia.

W Turcji sześć tysięcy osób zostało zatrudnionych przez Partię Sprawiedliwości i Rozwoju prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana, by manipulować dyskusjami i odpierać zarzuty opozycji w mediach społecznościowych. Rząd prezydenta Enrique Peña Nieto w Meksyku polega na około 75 tysiącach automatycznych kont - "Peñabots" - by stłumić krytyków politycznych na Twitterze. W Iranie rząd od dawna tworzy strony internetowe naśladujące legalne media informacyjne, takie jak BBC. Te "podróbki" pełne są teorii spiskowych i antyzachodniej propagandy.

W przeciwieństwie do bezpośredniej cenzury, np. zamykania usług mobilnych, manipulowanie treściami online jest ciężkie do wykrycia i o wiele trudniejsze do zwalczenia, biorąc pod uwagę samą liczbę osób i botów. Fabrykowanie oddolnego wsparcia dla polityki rządowej tworzy zamkniętą pętlę, w której władze wykorzystują media społecznościowe przede wszystkim do udzielania sobie poparcia, sprawiając, że opinie obywateli stają się nieistotne.

Przywrócenie zaufania do mediów społecznościowych i internetu wymaga działań obronnych przeciwko armiom manipulacji. Pierwszym krokiem jest zapewnienie przez Stany Zjednoczone i inne demokracje, że reklama polityczna jest co najmniej tak samo przejrzysta w internecie, jak w realnym świecie. Od internetowych reklam politycznych powinno wymagać się wskazania, kto je sponsorował. Firmy medialne powinny mieć dostęp do tych informacji i móc wskazać źródło płatności za takie reklamy.

W ostatnich tygodniach zauważono, że również firmy technologiczne muszą stawiać czoła presji ze strony Kongresu Stanów Zjednoczonych i rządów europejskich, by bardziej agresywnie zwalczać mowę nienawiści i podejmować inne kroki, by usunąć ten brud z internetu. Tak naprawdę istnieje możliwość mądrzejszej selekcji kanałów informacyjnych i algorytmów wyszukiwania - z bardziej ludzkim nadzorem.

Jednak nawet takie metody, o ile nie zostaną zręcznie zastosowane, również mogą ograniczyć polityczną debatę i podkopać wolność internetu. Świadkiem tego były Niemcy, gdzie popularne firmy z branży mediów społecznościowych są obecnie zobowiązane do szybkiego usuwania obraźliwych informacji. Inaczej ryzykują grzywną w wysokości nawet do 50 milionów euro.

Problem może się jeszcze bardziej skomplikować. Gromadzonych jest bowiem coraz więcej danych na temat poglądów politycznych czy osobistych przyzwyczajeń Amerykanów oraz poufnych informacji finansowych i zdrowotnych. Dane te stają się coraz trudniejsze do zabezpieczenia przed hakerami i wrogimi rządami.

Siły te są częścią "uzbrojenia" internetu, umiejętnie wykorzystywanego przez rosyjskich agentów oraz ich protegowanych. Manipulacja online staje się łatwiejsza również wtedy, gdy sprawcy są w stanie zidentyfikować grupę najbardziej podatnych na ich wiadomości. Osoby te następnie dzielą się zmanipulowaną informacją z innymi ludźmi w swojej sieci. To zadanie stało się jeszcze łatwiejsze do wykonana dzięki praktykom gromadzenia danych w popularnych firmach mediów społecznościowych.

Nie ma panaceum. Aby zwalczyć ten problem, konieczna jest nieustanna czujność i edukacja. Młodych ludzi i innych użytkowników internetu należy nauczyć tego, by z powagą podchodzili do wymogów cyberbezpieczeństwa. Szkoły średnie powinny uwzględniać umiejętność korzystania z mediów w ramach programów nauczania historii i nauk społecznych.

Przede wszystkim, musimy być jednak wyczuleni na to, że "fake newsy" - fałszywe informacje celowo planowane przez wrogich aktorów - naprawdę istnieją. Musimy być odporni na propagandę podszywającą się pod prawdę.

Przyszłość demokracji może spoczywać na naszej zdolności dostrzegania różnic.

Michael J. Abramowitz /© 2017 The New York Times

Tłum. JM

(Michael J. Abramowitz jest prezesem organizacji praw człowieka Freedom House).

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje