Życie uchodźcy z Korei Północnej

Od lat tysiące mieszkańców Korei Północnej próbują przedostać się do Chin, żeby uciec przed opresjami. Władze Chin regularnie łapią uciekinierów i zawracają ich do Korei Północnej. Tam czekają ich tortury, przymusowa praca, życie w obozie albo więzieniu a nawet publiczna egzekucja - pisze na łamach "The News York Times" Hyeonseo Lee. Autorce udało się wydostać z Korei Północnej.

W ubiegłym roku wiele napisano o ludziach z Bliskiego Wschodu, próbujących dostać się do Europy. Oczy świata powinny zwrócić się na jeszcze jeden kryzys - kryzys uchodźców z Korei Północnej. Świat powinien przyjrzeć się aktom rozpaczy, które go napędzają. Mieszkańcy tego kraju są zmuszani do pracy dla reżimu i jego konającej gospodarki. Niezliczona liczba rodziców kładzie spać swoje dzieci głodne. Wiele północnokoreańskich rodzin czuje, że jedynym wyjściem jest próba ucieczki z kraju.

Reklama

Ja uciekłam w 1997 roku. Byłam 17-letnią dziewczyną która po prostu chciała odkryć świat. Miałam szczęście, że mieszkałam niedaleko granicy z Chinami. Mogłam odbierać chińskie kanały telewizyjne - to otworzyło mi oczy. Przedostałam się do Chin, gdzie przez ponad dziesięć lat żyłam w ukryciu. W końcu trafiłam do Korei  Południowej.

Aż 200 tys. uciekinierów ukrywa się w Chinach. Chińskie władze uznają ich za nielegalnych imigrantów - mimo że są uchodźcami. Chiny - jako sygnatariusz konwencji ONZ dotyczącej statusu uchodźcy - są zobowiązane, by ich nie odsyłać. W rzeczywistości chiński reżim współpracuje z północnokoreańskim, by wyłapać tych ludzi, a nawet płaci swoim obywatelom za wskazanie uchodźcy.

Kiedy byłam w Chinach, ta praktyka doprowadziła do strasznego incydentu. Ubrani po cywilnemu oficerowie aresztowali mnie po tym, jak ktoś ujawnił moją tożsamość. Na szczęście w Chinach szybko nauczyłam się języka. Dlatego było mi łatwiej przekonać policję, że jestem obywatelką koreańsko-chińską. Po kilku pełnych napięcia godzinach pozwolili mi odejść.

Jestem jednym z tych szczęśliwców, którzy wydostali się z Chin. Wielu uchodźców z Korei Północnej żyjących w Pastwie Środka jest przerażonych kolejnymi próbami przekroczenia granicy. Często są łapani na granicach Mongolii czy Laosu.

Uchodźcy muszą opłacać ludzi, którzy wyprowadzą ich z Chin. Są stosunkowo drodzy, czasem nierzetelni i trudni do znalezienia. Dotarcie do Mongolii wymaga podróży kilkoma autokarami i długiej pieszej wędrówki przez pustynię Gobi. Dłuższa jest droga przez Laos, na dodatek wiąże się dużym ryzykiem schwytania przez chińskie albo laotańskie władze.

W końcu kupiłam fałszywy chiński paszport i poleciałam do Korei Południowej, co udaje się niewielu uchodźcom. To było w 2008 roku. Rok później, po nawiązaniu telefonicznego kontaktu z moją rodziną w Korei Północnej, przekazałam im, że używając mojego nowego południowokoreańskiego paszportu wrócę do Chin. Stamtąd miałam zabrać moją mamę i brata w liczącą dwa tysiące mil (to ponad 3,2 tys. km) podróż z Korei Północnej do Laosu, i w końcu do wolności w Korei Południowej.

Nawet w obliczu tego, że niektórzy bezduszni obywatele Chin czy Korei Północnej wykorzystywali uciekinierów dla pieniędzy, widziałam też wiele aktów dobroci ze strony Chińczyków.

W długiej trasie autokarem przez Chiny przez wiele godzin rozmawiałam z mamą i bratem, zanim wsiadł policjant na inspekcję. Moja mama i brat nie mówią po chińsku, dlatego udawali, że są głuchoniemi. Żaden z chińskich pasażerów nas nie wydał.

Poza pomocą Korei Północnej w wyłapywaniu uchodźców, chiński rząd daje północnokoreańskiemu reżimowi paliwo, technologię, pomoc ekonomiczną i polityczne wsparcie. W zamian otrzymuje niewiele.

Jedynym racjonalnym uzasadnieniem chińskiej polityki, mającej na celu repatriację uchodźców z Korei Północnej, jest fakt, że pozwolenie im na zostanie mogłoby wywołać ogromną falę migrantów z Korei Północnej do Chin, co - jak to określa rząd - "wywołałoby chaos". To przejaskrawienie sytuacji jest szeroko akceptowane, mimo że rzeczywistość jest taka, że większość mieszkańców Korei Północnej nie może nawet marzyć o dotarciu do granicy, bo możliwości przemieszczania się w obrębie kraju są mocno ograniczone, a granice silnie strzeżone.

Poza tym, większość uchodźców chce tylko przejechać przez Chiny, by dotrzeć do Korei Południowej, gdzie mogą zacząć nowe życie z legalną ochroną. W Korei Południowej jest około 29 tys. uchodźców z Północy; prawo wymaga, by przyjąć wszystkich przybyszów z Korei Północnej. Inne kraje także mogą podzielić się tym ciężarem.

W Chinach uciekinierzy nie mają żadnych praw ani nie mogą legalnie znaleźć pracy. Muszą egzystować na marginesie społeczeństwa, co wciąż jest mniej ryzykowne niż próby wydostania się z kraju. Setki tysięcy obywateli Korei Północnej nie mogą być zmuszane do życia w ten sposób. Powinny móc bezpiecznie opuścić Chiny.

Chiny powinny zmienić swoją politykę repatriacji uchodźców i zdystansować się od brutalnego północnokoreańskiego reżimu. Byłoby to pozytywnym sygnałem dla społeczności międzynarodowej i poważnym ostrzeżeniem dla Korei Północnej, pokazującym, że liberalizacja i inne wewnętrzne reformy są konieczne, by rozwiązać kryzys uchodźców.

Podczas gdy Europejczycy chcą zawracać migrantów dobijających do ich brzegów, Chińczycy twierdzą że ich kraj po prostu nie jest zobligowany do pomocy uciekinierom. To moralnie wątpliwe... Co ważniejsze, Chiny nie mają za zadanie wspierania reżimu Korei Północnej.

W latach 60-tych XX wieku podczas głodu i kulturalnej rewolucji w Chinach, wielu Chińczyków szukało schronienia w Korei Północnej. Od początku lat 90-tych ub. wieku sytuacja się odwróciła - Koreańczycy z Północy uciekają przez opresyjnymi rządami. Chińskie władze powinny pamiętać o gościnności, jaką ich rodacy otrzymali w Korei Północnej i traktować zdesperowanych uciekinierów z godnością i szacunkiem. \

Hyeonseo Lee
The New York Times

tłum.: JT

The New York Times

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje