Życie w rosyjskim więzieniu

Nadieżda Tołokonnikowa, jedna ze skazanych członkiń rosyjskiej grupy punkowej Pussy Riot, rozpoczęła głodówkę w proteście przeciwko skandalicznemu traktowaniu jej samej i innych osadzonych w kolonii karnej. W poruszającej relacji wokalistka, której władze łagru groziły śmiercią, opisuje piekło na ziemi, jakim jest życie w rosyjskim więzieniu. O sprawie donosi „New York Times”.

"Ogłaszam, że z dniem 23 września rozpoczynam strajk głodowy. Odmawiam wykonywania niewolniczej pracy w łagrze, dopóki władze kolonii karnej nie zaczną przestrzegać prawa i traktować osadzonych kobiet jak ludzi, a nie jak bydło" - napisała Tołokonnikowa.

Reklama

Po 18 miesiącach spędzonych za kratami Nadieżda Tołokonnikowa - wokalistka rosyjskiej grupy Pussy Riot - stwierdziła, że milczała już dostatecznie długo, i wypowiedziała wojnę naczelnikowi łagru, w którym ją osadzono. Stało się to po tym, jak administracja kolonii karnej w zawoalowany sposób zagroziła jej śmiercią.

Do łagru za "chuligaństwo"

Tołokonnikowa nie jest jedyną członkinią punkowej grupy Pussy Riot, którą skazano na dwa lata łagru za kilkudziesięciosekundowy pokojowy protest w największej moskiewskiej cerkwi, polegający na odśpiewaniu (gwoli ścisłości - z playbacku) pieśni "Bogarodzico, przegoń Putina" i udawanej grze na gitarze. W innej kolonii taki sam wyrok odsiaduje jej koleżanka, Maria Ałochina. Od dnia, w którym zostały przetransportowane na miejsce odbywania kary, te dwie młode kobiety wcielają w życie dwa różne modele zachowań, co przejawia się zarówno w ich publicznych wypowiedziach, jak i w sposobie funkcjonowania za kratami.

Ałochina została obrończynią praw osadzonych. Przyjąwszy na siebie rolę więziennego adwokata, skutecznie obnażała liczne nadużycia systemu, niestrudzenie składała pisemne skargi, a w maju podjęła protest głodowy, który zakończył się po 11 dniach - i doprowadził do istotnych zmian w regulaminie kolonii, w której wokalistka odbywa karę. Ostatnie słowo należało, niestety, do władz, które dołożyły wszelkich starań, by Ałochinę przeniesiono do innego łagru.

Nadieżda Tołokonnikowa również dała się poznać jako przekonująca mówczyni. W swoich wypowiedziach zawsze poruszała ona jednak kwestie dotyczące wolności i polityki, w mniejszym stopniu koncentrując się na prawach osadzonych. Kiedy trzy miesiące temu odwiedziłam ją w więzieniu, utrzymywała, że chce po prostu przyspieszyć subiektywnie odczuwany upływ czasu za kratami. Nie chciała rozmawiać o tym, jak wygląda życie w kolonii karnej - jak mówiła, przynajmniej do czasu zakończenia odsiadki - by nie wzbudzić u więziennych władz jeszcze większego zainteresowania swoją osobą. Były jeszcze inne rzeczy; rzeczy, o których ani ona, ani inne osadzone nie miały ochoty mówić z uwagi na ich upokarzający wydźwięk.

Groźby i szykany

Tołokonnikowa nie tylko próbowała przystosować się do życia w kolonii karnej, ale wręcz starała się wziąć sobie do serca krytyczne uwagi więziennych władz pod jej adresem, sformułowane podczas przesłuchania w sprawie przedterminowego zwolnienia warunkowego wokalistki. Administracji kolonii nie podobało się, że osadzona nie bierze udziału w "imprezach" organizowanych dla osadzonych kobiet, takich jak wybory miss czy konkursy wokalne - więc zgłosiła chęć uczestnictwa w więziennym przeglądzie piosenki. Kiedy jednak poprosiła o przepustkę zezwalającą na wyjście do klubu, gdzie chciała przećwiczyć swój występ, spotkała się z odmową. Wydawało się, że każde jej posunięcie prowokowało tylko administrację łagru do zaostrzenia represji wobec jej osoby.

Trzy tygodnie temu  przelała się czara goryczy. Tołokonnikowa zaczęła uskarżać się na silne, nawracające bóle głowy. Wokalistka zmaga się z nimi od urodzenia, a praca ponad siły, połączona z brakiem ruchu, tylko pogłębiła jej dolegliwości. We znaki zaczął również dawać się jej brak snu (podobnie zresztą jak innym osadzonym). 30 sierpnia Tołokonnikowa udała się na widzenie z zastępcą dyrektora kolonii karnej i poprosiła, aby zagwarantował wszystkim więźniarkom z jej zmiany możliwość przesypiania ośmiu godzin w ciągu doby.

"Wiązałoby się to ze skróceniem dnia pracy z 16 do 12 godzin" - napisała w liście zza krat. Zastępca dyrektora odpowiedział, że owszem, może skrócić czas pracy jeszcze bardziej: do ośmiu godzin. W tej sytuacji więźniarki na pewno nie zrealizują jednak dziennych planów produkcji (Tołokonnikowa i jej towarzyszki niedoli szyją w łagrze policyjne mundury) - a za to grożą kary. Także cielesne... "Jeśli inne osadzone dowiedzą się, że kary, które je spotykają, to efekt twojej interwencji, to mogę cię zapewnić, że nie stanie ci się nic złego - bo na tamtym świecie nie ma żadnego zła" - to słowa, które na koniec rozmowy Tołokonnikowa usłyszała z ust zastępcy dyrektora.

"W kolejnych tygodniach warunki pracy w zakładzie stawały się coraz bardziej nieznośne" - pisze Tołokonnikowa w przemycanych zza krat wstrząsających relacjach. (...) Młoda kobieta zdała sobie sprawę, że istnieje dla niej tylko jedna droga ratunku: ujawnić to, co dzieje się w łagrze. Złożyła formalną skargę na złe traktowanie, zawiadamiając policję i sąd. Ujawniła w niej, że grożono jej śmiercią. Ogłosiła też, że rozpoczyna strajk głodowy. Tołokonnikowa domaga się przeniesienia do innej kolonii karnej. Napisała też czterostronicowy list otwarty, w którym szczegółowo przedstawiła, jak wygląda codzienne życie w łagrze, poruszając w nim i takie sprawy, o których nikt nigdy nie śmiał mówić.

Przerażający obraz życia w łagrze

"Życie w kolonii karnej zostało zaplanowane tak, by osadzone czuły się jak brudne zwierzęta pozbawione jakichkolwiek praw. W barakach znajdują się łazienki, ale administracja - w ramach swojej polityki karnej i resocjalizacyjnej - każe się nam podmywać w jednej, jedynej łazience, z której musi korzystać 800 kobiet. Pomieszczenie może pomieścić tylko pięć więźniarek jednocześnie, które muszą w takich warunkach dbać o swoją higienę osobistą. Nie możemy korzystać z łazienek w barakach, ponieważ byłby to dla nas zbyt wielki komfort. Wspólna łazienka jest zawsze zatłoczona do granic, a kobiety z miskami w dłoniach potykają się jedna o drugą i wpadają na siebie, spiesząc się, by ukończyć toaletę na czas... Włosy i całe ciało wolno nam myć tylko raz w tygodniu. Dzień kąpieli często jest jednak odwoływany, zazwyczaj z powodu awarii pompy wodnej lub zatoru kanalizacji. Zdarza się, że nie myjemy się przez dwa, a nawet trzy tygodnie z rzędu...

Kiedy zapychają się rury kanalizacyjne, z łazienek wylewa się mocz i odchody. Nauczyłyśmy się, jak samodzielnie przepychać rury, ale efekty naszych starań są krótkotrwałe. Władze kolonii karnej nie dysponują odpowiednim sprzętem do udrożniania rur. Ubrania możemy prać tylko raz w tygodniu, korzystając z małego pomieszczenia z trzema kranikami, z których pojedynczymi kroplami kapie lodowata woda...

Zapewne nasz jadłospis również ma służyć naszej przemianie. Więźniarki otrzymują tylko czerstwy chleb i mleko rozcieńczone ogromną ilością wody, do tego zjełczałą owsiankę i zgniłe ziemniaki. Przez całe lato do łagru dostarczano hurtowe ilości lepkich, sczerniałych ziemniaków. Tak właśnie nas karmiono."

Nadieżda Tołokonnikowa napisała również, że powinna była rozpocząć strajk głodowy już wiele miesięcy temu. Czy wygra tę walkę?

Masha Gessen

© 2013 The International Herald Tribune

Tłum. Katarzyna Kasińska

(Śródtytuły pochodzą od redakcji Interia.pl)

New York Times/©The International Herald Tribune

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje