Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

New York Times

Chińscy hakerzy polują w sieci

Kilka kliknięć wystarczy, by haker ukrywający się pod pseudonimem Majia, wywołał na ekran komputera listę swoich ostatnich ofiar.

- To lista osób, których zaatakował mój trojan - mówi. Siedzi w ciemnym mieszkanku na obrzeżach miasta Changsha w centralnych Chinach. - Nawet nie wiedzą, co się stało - dodaje.

Tydzień temu umieścił w sieci tzw. "trapdoor" (pułapka zastawiona na internautów - przyp. red.), który już zwabił około 2 tysięcy osób z Chin i z zagranicy - ludzi, którzy kliknęli w coś, w co nie powinni, i nieświadomie uruchomili wirus, który pozwala Majii przejąć kontrolę nad ich komputerami i ukraść hasła niezbędne do bankowości internetowej.

Majia, elokwentny absolwent wyższej uczelni, jest cyber-złodziejem.

Działa w tajemnicy i wbrew prawu. Jest członkiem społeczności hakerów, która wykorzystuje błędy w zabezpieczeniu oprogramowania, by włamywać się na strony internetowe, kraść cenne informacje i je sprzedawać. Dla zysku.

Eksperci ds. bezpieczeństwa w internecie mówią, że Chiny dysponują całymi legionami hakerów, takich jak Majia, którzy stoją za coraz częstszymi globalnymi atakami mającymi na celu kradzież numerów kart kredytowych, szpiegostwo korporacyjne, a nawet prowadzą na zamówienie cyber-wojny.

Ostatnio Google oskarżył hakerów o serię skomplikowanych cyber-ataków, które umożliwiły kradzież kodu źródłowego. Google ogłosiło również, że hakerzy infiltrowali prywatne konta na Gmail należące do aktywistów działających na rzecz praw człowieka. Przy okazji zasugerowano, że inwigilacja nie była jedynie żartem.

Eksperci twierdzą, że oprócz niezależnych cyber-przestępców, takich jak Majia, w Chinach działają tzw." patriotyczni hakerzy", którzy kierują swoje ataki na cele polityczne. Wewnątrz Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej operują natomiast hakerzy skupieni na szpiegostwie. W zupełnym cieniu pozostają ci, którzy współpracują z rządem.

W Chinach - podobnie jak w niektórych częściach Europy Wschodniej i Rosji - komputerowe hakerstwo stało się niemalże sportem narodowym, w dodatku niezwykle dochodowym. Organizowane są konferencje hakerów, szkolenia, wydawane są specjalistyczne magazyny, np. "Hacker X Files" i "Hacker Defense", które dostarczają rad jak, krok po kroku, włamać się do obcego komputera i stworzyć konia trojańskiego. Za mniej niż sześć dolarów można nawet kupić "Hacker's Penetration Manual".

Analitycy przyznają, że tak duża liczba chińskich hakerów nie powinna dziwić - zwłaszcza biorąc pod uwagę 380 milionów użytkowników internetu w Chinach i rozwijający się niezwykle szybko rynek gier online. Wielu z tych, z którymi udało się porozmawiać w ciągu ostatnich tygodni, opisuje luźno powiązaną sieć komputerowych maniaków, pracujących niezależnie lub sprzedających swoje usługi korporacjom, a nawet wojsku. Ponieważ wytropienie hakera jest niezwykle trudne, ustalenie kto stoi za konkretnym atakiem i skąd działa, pozostaje w większości przypadków tajemnicą - dodają eksperci.

To właśnie wymarzona sytuacja dla Majia. Pod warunkiem, że nie zostanie przedstawiony swoim prawdziwym nazwiskiem, haker zgodził się zaprosić reportera do swojego skromnego mieszkania w Changsha i pokazać mu, jak pracuje.

Szczupły, elegancko ubrany na czarno, Majia wyraźnie miał ochotę opowiedzieć swoją historię - jak wielu hakerów chce uznania dla swoich umiejętności. "The New York Times" dotarł do niego dzięki innemu znanemu hakerowi, który należy do grupy i zapewnia, że Majia ma talent do tego co robi.

Opowieści Maji nie sposób zweryfikować, jednak z przyjemnością demonstruje swoje umiejętności. Kiedyś w kawiarni spotkał dziennikarza. Zaprosił go do domu i pokazał, jak zhakować stronę internetową chińskiej firmy. Kiedy strona pokazała się na jego ekranie, stworzył dodatkowe strony i wpisał słowo "zhakowana" na jednej z nich.

Majia twierdzi, że zakochał się w hakerstwie na uczelni, kiedy na pierwszy mroku przyjaciele pokazali mu jak włamać się do systemu.

Po uzyskaniu tytułu inżyniera zaczął pracować w agencji rządowej - głównie po to by zadowolić rodziców. Każdej nocy jednak wraca do swojej pasji - hakerstwa.

Całkowicie pochłaniają go wyzwania jakie ono przedstawia. Czyta magazyny dla hakerów, wymienia się informacjami z innymi hakerami i programuje. Używa koni trojańskich, by wkradać się do komputerów innych ludzi i przejmować nad nimi kontrolę.

- Większość hakerów to lenie - mówi siedząc przed komputerem w swojej sypialni - Tylko niewielu z nas potrafi programować. To ta cięższa część.

Hakerstwo jest w Chinach nielegalne. W zeszłym roku Pekin zrewidował i zaostrzył prawo. Włamywanie się do obcych komputerów to obecnie przestępstwo, za które może grozić nawet do siedmiu lat więzienia.

Majia lekceważy nowe prawo. Głównie dlatego, że nie jest zbyt efektywnie egzekwowane. Dużo czasu poświęca jednak, by zatrzeć za sobą ślady.

Co skłania go do hakowania? Częściowo - pieniądze. Wielu hakerów zarabia na tym znaczne sumy i wygląda na to, że Majia do nich należy. Nie powie jednak, ile dokładnie zyskał. Przyznaje jedynie, że sprzedaje napisane przez siebie wirusy innym i jest w stanie uzyskać dostęp do kont bankowych ludzi poprzez zdalne posługiwanie się ich komputerami.

Eksperci przyznają, że pieniądze to główna motywacja dla chińskich hakerów. Scott J. Henderson, autor "The Dark Visitor: Inside the World of Chinese Hackers", spędził lata starając się ich wytropić, niekiedy przy finansowej pomocy rządu USA. Jeden z chińskich hakerów, któremu udało się włamać na amerykańską rządową stronę został później zaproszony do wygłoszenia wykładu na temat hakerstwa na jednym z wiodących uniwersytetów - opowiada Henderson - a także okazało się, że pracował dla chińskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa. Ostatnio wielu z nich starało się wzbogacić na sprzedaży wykradzionych informacji wielkim korporacjom lub wprowadzając innych w arkana hakerstwa.

- Zarabiają masę pieniędzy sprzedając wirusy i konie trojańskie - przyznał Henderson podczas wywiadu telefonicznego - Włamują się także do kont zakładanych w grach online i sprzedają wirtualnych bohaterów. To ogromne pieniądze.

Majia mieszka ze swoimi rodzicami. W jego sypialni mieści się tylko biuro z komputerem i łączem internetowym oraz duża szafa. Ściany są gołe.

Większość jego kontaktów międzyludzkich ma miejsce online. Zaczyna około 18.30 od strony www.cnBeta.com i kończy około 12.30.

Zapytany dlaczego nie pracuje dla którejś z większych firm chińskich zajmujących się technologią, uśmiecha się z politowaniem i mówi, że to ograniczyłoby jego wolność.

Majia twierdzi także, że zna szczegóły ataku na Google. - Ten koń trojański został stworzony przez zagranicznego hakera - mówi i dodaje, że wirus został później zmodyfikowany w Chinach. - Kilka tygodni przed atakiem na Google, pojawił się podobny wirus. Jeśli otwarłeś konkretną stronę, zostawałeś zainfekowany.

Majia twierdzi, że jego rodzice nie wiedzą o jego nocnej aktywności. Jednak w pewnym momencie nie zważając na to, że jego matka stoi tuż obok, tłumaczy złożoność hakowania i kradzieży danych.

Z uwagi na możliwość jej późniejszego wykorzystania, Majia i jego koledzy trzymają w tajemnicy swoja wiedzę na temat tzw. błędów zero-day - jeszcze nierozpoznanych zagrożeń.

- Microsoft i Adobe maja wiele luk zero-day - mówi - Ale ich nie ujawniamy. Zatrzymujemy je dla siebie, żeby kiedyś móc wykorzystać.

Zapytany, czy hakerzy pracują dla rządu lub wojska, odpowiada: - Tak.

A on? - Bez komentarza - mówi.

David Barboza/New York Times News Service

Źródło informacji: The New York Times

więcej o:
haker,
wirus,
ekspert,
Google

Oceń artykuł:

zobacz ranking »
  • tak 60%
  • nie 40%
Ocen: 5
Zamknij

Dodatki

Warto przeczytać

 

  • kozak
    (2010-03-04 09:21)
    ~LOLU

    ciekaw jestem po czym można poznać że ktoś mnie zhakował?


Informacje dodatkowe