Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

New York Times

Dlaczego Rosja wspiera Asada?

Dwaj wysocy rangą urzędnicy rosyjscy - minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow i Michaił Fradkow, szef Służby Wywiadu Zagranicznego - byli kilka dni temu w Damaszku.

Siergiej Ławrow i Baszar el-Asad
Siergiej Ławrow i Baszar el-Asad /AFP

Ich misja nie polegała jednak na próbie nakłonienia Baszara el-Asada do oddania władzy lub zaoferowaniu mu azylu w Rosji. Rozmawiano raczej o możliwości nawiązania dialogu z opozycją, rozpisania referendum na temat nowej konstytucji i przywrócenia "stabilizacyjnej" misji Ligi Arabskiej. Rosja bowiem, podobnie jak Chiny, sprzeciwia się w Radzie Bezpieczeństwa ONZ jakiemukolwiek formalnemu potępieniu syryjskiego reżimu, operacji militarnej oraz sankcjom.

Rozpoczęta tak późno próba pogodzenia władz w Damaszku i opozycji jest z góry skazana na niepowodzenie. Wojna domowa w Syrii de facto się rozpoczęła i najprawdopodobniej zbyt szybo się nie zakończy. Ameryka, Europa, Turcja i kraje Zatoki Perskiej już dawno skreśliły Asada.

Rosyjska próba mediacji miałaby szansę powodzenia, gdyby Ławrow i Fradkow przybyli do Damaszku zeszłego lata, lub choćby zeszłej jesieni, a następnie ponawiali wizyty w ramach tzw. dyplomacji wahadłowej. Biorąc pod uwagę rolę Rosji jako tradycyjnego stronnika Syrii i jej dostawcy broni, Moskwa mogłaby być znacznie skuteczniejszym rozjemcą niż Ankara. Dziś natomiast misja Ławrowa i Fradkowa wygląda bardziej na próbę ratowania twarzy.

Nie tylko handel bronią

Stanowisko Rosji wobec Syrii jest często tłumaczone znaczeniem Damaszku dla Moskwy. To prawda, że Syria znajduje się w strategicznym sercu Środkowego Wschodu, a powiązania Moskwy z rodziną Asadów mają czterdziestoletnią historię.

Żadna z tych kwestii nie powinna być jednak wyolbrzymiana. Syria nie jest sojusznikiem; Tartus to raczej punkt zaopatrzenia marynarki wojennej, niż baza wojskowo, a całkowita wartość handlu bronią między Rosją i Syrią wyniosła przez ostatnich dziesięć lat 1,5 miliarda dolarów, co daje Damaszkowi zaledwie siódmą pozycję na liście największych klientów Moskwy.

By zrozumieć postępowanie Rosji w stosunku do Syrii i źródła konfliktu w tej kwestii z Zachodem i kilkoma krajami arabskimi trzeba na sprawę spojrzeć z dużo szerszej perspektywy.

W zeszłym roku Rosja wstrzymała się od głosu w Radzie Bezpieczeństwa podczas głosowania na temat ustanowienia strefy zakazu lotów w Libii. Tym samym zgodziła się na przyjęcie tamtej rezolucji. Szybko jednak to, co miało być ochroną niewinnych cywilów przed siłami Muammara Kadafiego, przerodziło się w prowadzoną przez NATO wojnę przeciwko libijskiemu reżimowi. To, że podjęte przez Sojusz Północnoatlantycki akcje znacznie wykraczały poza warunki ONZ-owskiej rezolucji, najwyraźniej nie przeszkadzało Zachodowi.

Rosja nie lubi rewolucji

Rosyjski rząd jest otwarcie konserwatywny, brzydzi się rewolucjami. To jednak coś więcej niż tylko samolubna postawa ideologiczna. Kiedy Kreml - lub rosyjski wywiad - patrzy na arabską wiosnę, widzi demokratyzację prowadzącą wprost do islamizacji.

Jeśli Zachód porównuje ją do wydarzeń z 1848 lub 1989 roku w Europie, o tyle Rosja odnosi ją do swojego 1917 roku. Moskwa przypomina wyniki niedawnych wyborów w Tunezji, a zwłaszcza w Egipcie. Wypomina, że w post-reżimowej Libii panuje chaos, a wykorzystywana wcześniej przez siły Kadafiego broń trafia w niepowołane ręce. Z punktu widzenia Rosji, powstanie w Syrii może mieć jeszcze gorsze konsekwencje - przemoc na tle religijnym i możliwość "zarażenia" sąsiadów, zwłaszcza Libanu i Izraela.

Rewolucje są złe z definicji - uważa Kreml - ale próby wtrącania się do czyichś wojen domowych, mogą jeszcze pogorszyć sytuację.

Rosjanie zdają sobie sprawę z tego, że Stany Zjednoczone i inne potęgi Zachodu podjęłyby się militarnej interwencji tylko wtedy, gdy mogłyby zagwarantować sobie zero strat - tak jak w Libii. Jednak Syria jest znacznie bardziej skomplikowanym przypadkiem. Dostarczanie broni i informacji wywiadowczych Armii Wolnej Syrii nie wystarczy, by zapewnić jej przewagę nad siłami Asada. Na horyzoncie majaczy nawet wizja dłuższej wojny z udziałem Turcji i świata arabskiego.


Żołnierze patrolują dzielnicę Damaszku /AFP

Pierwszy akt wojny z Iranem?

Taki konflikt militarny miałaby sens tylko wtedy, gdyby był pierwszym aktem znacznie poważniejszego przedsięwzięcia. Rosjanie podejrzewają, że prawdziwym powodem, dla którego Zachód naciska na Damaszek jest pozbawienie Teheranu jego jedynego sojusznika w regionie. Za aktywnością w syryjskiej sprawie krajów Zatoki Perskiej - zwłaszcza Kataru - Moskwa widzi budowanie potęgi Arabii Saudyjskiej, zajadłego rywala Iranu. Tureckie ambicje także mają tutaj coś do powiedzenia. Najbardziej jednak Rosjanie boją się tego, że Izrael może uderzyć na Iran, wciągając w to Stany Zjednoczone i w efekcie rozpoczynając poważną wojnę jeszcze tym roku.

Rosyjscy politycy mogą mieć słuszność w tej czy innej sprawie, gdy oceniają politykę innych. Powinni jednak podobnie oceniać także swoją.

Dostarczanie broni do kraju w stanie wojny domowej jest szkodliwe, zarówno politycznie jak i moralnie. Konflikt z Ameryką i Europą, nawet jeśli prowadzą one błędną politykę, jest wyraźnie sprzeczny z długofalowymi interesami Rosji. Powiedzenie Katarowi, by się zamknął, jest nie tylko niedyplomatyczne, ale także niemądre. Otwartej kłótni z Turcją i Arabią Saudyjską także należy unikać.

Niektórzy powiedzieliby jednak, że utraciwszy 4 miliardy dolarów z handlu z Libią i stojąc przed perspektywą podobnej straty w przypadku Syrii, Moskwa nie ma innego wyjścia jak tylko utrzymać twardą linię. Jeśli na koniec zwycięży właśnie ten argument, będzie to wielka szkoda.

Dmitri Trenin

The International Herald Tribune

tłum. AWT

Źródło informacji: International Herald Tribune

więcej o:
Siergiej Ławrow,
Rosja,
Baszar al-Assad,
Syria

Oceń artykuł:

zobacz ranking »
  • tak 31%
  • nie 69%
Ocen: 55
Zamknij

Dodatki

Warto przeczytać

 


Informacje dodatkowe