Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

New York Times

Izrael i Palestyna: zmarnowany rok

Bliskowschodni proces pokojowy utknął w martwym punkcie. Dużą część winy za taki stan rzeczy ponoszą Barack Obama i międzynarodowa społeczność - dowodzi na łamach "International Herald Tribune" Roger Cohen.

Premier Izraela Beniamin Netanjahu podczas spotkania z Barackiem Obamą/AFP
Premier Izraela Beniamin Netanjahu podczas spotkania z Barackiem Obamą/AFP /New York Times International Herald Tribune

Niespełna rok temu prezydent Barack Obama zadeklarował przed Zgromadzeniem Ogólnym Narodów Zjednoczonych: "Kiedy znów zbierzemy się tutaj w przyszłym roku, być może zawarte będzie już porozumienie, które doprowadzi do powiększenia się ONZ o nowe państwo członkowskie - niepodległe, suwerenne państwo palestyńskie, żyjące w pokoju z Izraelem".

To był zmarnowany rok.

Niemal wszędzie Bliskim Wschodzie coś się dzieje. Jesteśmy świadkami wydarzeń poruszających, niezwykłych, o różnym stopniu nasilenia. Cały region zrywa stare kajdany despotyzmu i walczy o to, by mieć swój udział we współczesnym świecie. Palestyńczycy i Izraelczycy wciąż jednak tkwią w swoich jałowych i konkurujących ze sobą narracjach pod hasłem "kto tu jest ofiarą", zdeterminowani - jak się wydaje - by dawne animozje przesłoniły nadzieję na lepszą przyszłość.

To był rok okropnego marnotrawstwa.

Nie istnieje żadne alternatywne rozwiązanie dla tego najboleśniejszego z konfliktów, ale żadna z jego stron nie potrafi dojść do tego wniosku. Po 63 latach szala równowagi sił w sposób przytłaczający przechyliła się na korzyść Izraela, a jedyne państwo, które może uzdrowić tę sytuację - USA - nie ma na to ochoty, ponieważ polityka, jaką prowadzi, nie przewiduje takiej opcji. Ogólnie rzecz biorąc, jeśli jedna ze stron konfliktu ma tak wielką przewagę, pokój jest rzeczą ulotną.

Za kilka tygodni Obama, ponownie stając przed forum ONZ, stanie również przed konsekwencjami tego zmarnowanego roku.

Jak zwykle, nie brakuje różnych czynników, na które można zrzucić winę. We wrześniu Obama zaliczył jeden z najgorszych momentów swojej prezydentury, zapraszając przywódców Izraela i Palestyny do Białego Domu, by ogłosić wznowienie rozmów pokojowych. Nie zdążyły się one jednak jeszcze na dobre rozpocząć, kiedy Izrael odmówił przedłużenia moratorium na budowę osiedli (na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu - przyp. tłum.). Dziś, kiedy USA mówią Palestyńczykom: "Zaufajcie nam, zasiądźcie do rozmów, możemy osiągnąć porozumienie" - ci ostatni kpią sobie z tego.

To był rok zaprzepaszczonych szans.

Palestyńczycy, którym bezproduktywne manewry izraelskiego premiera Beniamina Netanjahu dostarczają wystarczających powodów do frustracji, stracili poczucie celowości, które budowali przez dwa lata pod przewodnictwem własnego premiera, Salama Fajada. Wydaje się, że wybrali polityczny teatrzyk, który nigdzie ich nie doprowadzi, za to skonfliktuje ze Stanami Zjednoczonymi.

Efekty państwowotwórczych wysiłków Fajada na Zachodnim Brzegu - szkoły, sieć dróg, instytucje, siły bezpieczeństwa - sprawiły, że w zeszłym roku Bank Światowy ogłosił, iż Autonomia Palestyńska jest już gotowa na to, by stać się państwem "w każdej chwili". Ale ze strony Izraela Fajad nigdy nie doczekał się uznania dla swoich osiągnięć. Tymczasem na przestrzeni ostatnich pięciu lat liczba aktów terroru na Zachodnim Brzegu zmniejszyła się o 96 proc.

Izrael wzgardził wiarygodnym partnerem - to wręcz zbrodnicze marnotrawstwo.

Prezydent Autonomii Palestyńskiej, Mahmud Abbas, uległ więc pokusie, jaką jest wizja wrześniowej podróży do siedziby ONZ i zabieganie tam o uznanie państwa palestyńskiego. Pomysł ten nie przypadł do gustu premierowi Fajadowi, jako że jest on pragmatykiem, którego interesują efekty, nie symbole. Tymczasem efekty takiego podejścia, jeśli zostanie ono przyjęte, będą wyłącznie negatywne.

USA zawetują palestyński postulat na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ. Możliwe co prawda, że główni europejscy sojusznicy Ameryki zagłosują na korzyść Palestyńczyków, a wtedy stosunek głosów 14:1 postawi Izrael w niezręcznej sytuacji. Wyniki głosowania w Zgromadzeniu Ogólnym będą przemawiały zdecydowanie na korzyść Palestyńczyków. Ale nie zyskają oni na tym niczego konkretnego.

Palestyna nie stanie się członkiem ONZ. Amerykańska pomoc dla Autonomii, opiewająca na ok. 550 mln USD rocznie, zostanie zablokowana, ponieważ Kongres wpadnie we wściekłość. Izraelczycy, również rozwścieczeni, mogą zmniejszyć ilość pieniędzy z budżetu, które łożą na okupowane terytoria. Okupacja nie skończy się, podobnie jak związane z nią upokorzenia.

Abbas zdecydował się również podpisać z Hamasem porozumienie, które nie zostało dobrze przemyślane. Już stało się jasne, że nie przyniosło ono efektów, ponieważ Hamas nie zaakceptuje nalegań Abbasa, by Fajad pozostał na stanowisku premiera. Zamiast tego Abbas powinien był negocjować zawieszenie broni do czasu wyborów, podczas których Palestyńczycy zadecydowaliby, kto powinien ich reprezentować. Pozbawiona treści ugoda z Hamasem dała jedynie argumenty do ręki Netanjahu, rozwścieczyła amerykański Kongres i wtrąciła Fajada w kłopotliwe położenie.

Mamy do czynienia z tak przytłaczającym marnotrawstwem, że podczas niedawnego spotkania w Waszyngtonie Kwartet Bliskowschodni nie był nawet w stanie wypracować wspólnego oświadczenia. Palestyńczykom podobała się wzmianka o pokoju "opartym na granicach z 1967 r.", którego to sformułowania użył jakiś czas temu w swoim wystąpieniu Obama. Przemówienie to nie przypadło bynajmniej do gustu Netanjahu, ale za to z zadowoleniem przyjął on fragment o "Izraelu jako państwie żydowskim i ojczyźnie narodu żydowskiego". W tej sytuacji - pomiędzy drogimi palestyńskim sercom "granicami z 1967 r." a obsesją Netanjahu na punkcie państwa żydowskiego - znalezienie odpowiedniej formy leksykalnej, która zachęciłaby obie strony do podjęcia rozmów, okazało się zadaniem przekraczającym siły Kwartetu.

Naleganie ze strony Izraela, by Palestyńczycy z góry uznali Izrael jako "państwo żydowskie", jest czymś absurdalnym - i dobitnie świadczy o wzroście poczucia niepewności, izolacji i nietolerancji w Izraelu. Jeszcze dziesięć lat temu zachowywał się on inaczej.

To państwa jako takie są uznawane, a nie ich natura. Organizacja Wyzwolenia Palestyny uznała już prawo Izraela do "pokojowej i bezpiecznej egzystencji". Palestyńczycy nie będą rozwijać swojego stanowiska przed rozpoczęciem negocjacji w sytuacji, w której Netanjahu nie ma ochoty rozwijać swojej niejasnej wypowiedzi o "dwóch państwach dla dwóch narodów".

Kwestia "państwa żydowskiego" to wisienka na torcie w kontekście ostatniego stadium negocjacji. Wysuwanie jej na plan pierwszy to kolejny przykład przedkładania przez Beniamina Netanjahu. taktyk opóźniających nad strategiczne myślenie.

Rozmiary tego marnotrawstwa szokują - a majacząca na horyzoncie katastrofa budzi przerażenie.

Roger Cohen

"New York Times" / "International Herald Tribune"

Tłum. Katarzyna Kasińska

Źródło informacji: New York Times International Herald Tribune

więcej o:
Izrael,
Palestyna,
konflikt bliskowschodni,
Bliski Wschód,
konflikty na świecie,
Barack Obama

Oceń artykuł:

zobacz ranking »
  • tak 64%
  • nie 36%
Ocen: 74
Zamknij

Dodatki

Warto przeczytać

 


Informacje dodatkowe