Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

New York Times

O tym, jak mała wioska w Hiszpanii wygrała w wielkiej loterii

Sodeto, Hiszpania - Jeszcze kilka tygodni temu ta położona na uboczu, licząca zaledwie 70 gospodarstw hiszpańska wioska rolnicza zmagała się z problemami wywołanymi kryzem gospodarczym i stratami po ciężkiej suszy.

Sodeto, Hiszpania
Sodeto, Hiszpania /The New York Times

Niektórzy jej mieszkańcy mieli nawet zamiar zrezygnować z tego powodu z uczestnictwa w bożonarodzeniowej loterii "El Gordo" - tzn. Grubas - która jest w Hiszpanii czymś w rodzaju narodowej obsesji. Mimo wszystko kupili jednak losy, głównie ze względu na dobro koła gospodyń domowych, które otrzymuje niewielki procent od ich sprzedaży.

Ich losy okazały się warte 950 milionów dolarów - najwięcej w dotychczasowej historii loterii.

W wygranej mieli udział mieszkańcy wszystkich domów w Sodeto - z wyjątkiem jednego pechowca.

Niektórzy obywatele Sodeto, w większości rolnicy i bezrobotni pracownicy budowlani, wygrali miliony. Ci, którzy mieli najmniej szczęścia, zgarnęli co najmiej 130 tysięcy dolarów. Mieszkańców ogarnęło oszałamiające uczucie, że oto życie daje im drugą szansę.

To jeden z niewielu powodów do radości w ponurej, kryzysowej rzeczywistości Europy, w której Hiszpania należy do najbardziej pokrzywdzonych. Szczęście mieszkańców Sodeto ma jednak swoją cenę. Do niedawna ich wioska była zaledwie kropką na mapie, trzy godziny drogi na północny zachód od Barcelony. Od czasu wygranej wciąż nawiedzają ją kupcy i wszelkiej maści poszukiwacze szczęścia.

Pewnego ranka do drzwi pukali na zmianę: bankowcy w garniturach oferujący lokaty z wysokim oprocentowaniem, dealerzy samochodowi kuszący nowymi bmw i reklamujący swój towar sprzedawcy mebli.

Jose Manuel Penella Cambra, który zainwestował niedawno w bardziej wydajny system nawadniania, martwił się, jak wielu miejscowych rolników, jak w tym roku spłaci swoje zobowiązania. Na szczęście jego żona nabyła dwa kupony warte 260 tysięcy dolarów, a syn znalazł jeszcze dwa, kupione wcześniej, o których zapomnieli. Łącznie wygrali 520 tysięcy dolarów.

- Powtarzałem synowi: "poszukaj jeszcze, może znajdziesz więcej!" - żartuje mężczyzna siedząc nad filiżanką kawy w obskurnej kafejce z kilkoma stolikami i kanapą w podartym obiciu ze sztucznej skóry. - Dzięki tym pieniądzom możemy odetchnąć. A najlepsze jest to, że nie tylko ja poczułem ulgę. Wszyscy wygrali - dodaje Penella.

W dniu ogłoszenia wyników, po tym jak mieszkańcy Sodeto zorientowali się, jak wielu z nich wygrało, we wsi zapanowało zbiorowe szaleństwo. Kiedy rozeszły się dobre wieści, rolnicy ruszyli do miasta na swoich traktorach.

Burmistrz Rosa Pons pogratulowała wszystkim przez megafon. Anica Bordei, kierowniczka kawiarni, wybiegła na ulicę w samych skarpetkach, mimo że miały na palcach dziury. Natychmiast pojawili się bankierzy, by pozbierać losy, a następnie lokalne media.

- Niektóre z pań chciały od razu iść do fryzjerki, ale fryzjerka też wygrała, więc oznajmiła, że tego dnia nie pracuje i tak się to skończyło - opowiada Pons.

Bożonarodzeniowa loteria, zapoczątkowana w 1812 roku, jest w Hiszpanii ogromnym wydarzeniem. Wielu ludzi bierze tego dnia wolne, by móc oglądać relację z losowania numerów z pozłacanej obrotowej kuli. Hiszpańska loteria rządzi się innymi zasadami niż amerykańska. W tym roku zwycięskich losów o tym samym numerze, 58268, było aż 1800. Każdy z nich wart jest 520 tysiący dolarów. Ponieważ jeden los kosztuje aż 26 dolarów, często są one podzielone na 6,5-dolarowe udziały.

Stowarzyszenie gospodyń domowych z Sodeto każdego roku sprzedaje losy, zarabiając na tym około 1,3 tys. dolarów, które przeznacza na organizację lokalnych festynów.

Losy, które sprzedały w tym roku w Sodeto i 17 okolicznych wsiach, przyniosły ponad 150 milionów dolarów wygranej.

Do dziś mieszkańcy uśmiechają się opowiadając historie o tym, gdzie byli, gdy dowiedzieli się o wygranej i jak nieomal nie kupili losu albo o tym, jak to czyjaś babcia miała tajny zapas kuponów schowanych w torebce.

W tym roku sprzedaż losów nie była łatwym zadaniem. Nawet najtańsze udziały były dla niektórych zbyt drogie.

Mari Carmen Lambea, członkini koła gospodyń, próbowała na przykład sprzedać los przyjaciółce, której mąż jest bezrobotny. Kobieta dała się namówić na kupno tylko pod warunkiem, że będzie mogła zapłacić później. Do czasu ogłoszenia wyników losowania przyjaciółka wciąż nie oddała jej należności, jednak Lambea i tak zachowała dla niej los.

- Bała się zadzwonić do mnie i zapytać o to wprost. W końcu jej syn skontaktował się z moim synem i spytał, czy faktycznie zatrzymałam los - opowiada Lambea. - "Oczywiście, że tak" - odpowiedziałam. - Wszyscy płakaliśmy ze szczęścia.

- Jak dotąd nikt nie roztrwonił większych sum z wygranej - mówi burmistrz Pons. - Nie zobaczysz na naszych ulicach mercedesów. Ludzie zainwestują w pola, może kupią kanapę - przewiduje.

Burmistrz mówi, że większość mieszkańców wsi - wybudowanej w 1960 roku jako część ambitnych wysiłków rządu na rzecz poprawy produkcji rolnej poprzez uprawę nieużywanej, często jałowej ziemi - miała nadzieję, że wszystko wróci wkrótce do normy. Kiedyś to było miejsce, gdzie żadne drzwi nie były zamyknięte na klucz. Te czasy już minęły.

Wracając ostatnio z kawiarni Lambea zauważyła znajomy samochód szczególnie zdeterminowanego bankiera. "Dosyć tego" - powiedziała, kryjąc się przed jego wzrokiem. "Wyłączam telefon".

Niektórzy mieszakańcy, jak Penella, mają nadzieję, że pieniądze z loterii pomogą zatrzymać w wiosce następne pokolenie, w szczegolności jego syna. W latach 60. Sodeto liczyło 400 mieszkańców. Dziś mieszka tu zaledwie 250 osób. Młodzież wyjechała.

Jedynym mieszkańcem Sodeto, który nie wygrał w loterii, jest Costis Mitsotakis, grecki filmowiec, który przeprowadził się tu z miłości do pewnej kobiety. Jego związek się rozpadł, ale Grek wciąż mieszka w swojej wyremontowanej stodole na obrzeżach wioski. Niefortunnie, gospodynie ze stowarzyszenia pominęły go przy rozprowadzaniu losów.

- Miło byłoby wygrać - przyznaje Mitsotakis. Jednak i on skorzystał na loterii. Od pewnego czasu bez większego powodzenia próbował sprzedać kawałek ziemi. Dzień po losowaniu zadzwonił do niego sąsiad z ofertą kupna. Następnego dnia zadzwonił też inny sąsiad, ale Mitsotakis nie dopuścił, by sąsiedzi się licytowali.

- To mała wieś - tłumaczy - Nie chciałem, by ktoś żywił urazę.

Suzanne Daley

New York Times News Service

Tłumaczenie: AM

Źródło informacji: The New York Times

Oceń artykuł:

zobacz ranking »
  • tak 50%
  • nie 50%
Ocen: 304
Zamknij

Dodatki

Warto przeczytać

 


Informacje dodatkowe