Przejdź do głównej części strony

Nawigacja

Górne menu

New York Times

Towarzysz Duch, zbrodniarz doskonały

Był naczelnym katem reżimu Czerwonych Khmerów. Wysłał na śmierć tysiące ludzi. Po latach dosięgła go sprawiedliwość... O wyroku na Kainga Gueka Eava, znanego jako "Towarzysz Duch", pisze "The New York Times".

Towarzysz Duch na ławie oskarżonych/AFP
Towarzysz Duch na ławie oskarżonych/AFP /New York Times International Herald Tribune

Międzynarodowe trybunały karne zazwyczaj rozpoczynają swoją pracę od sądzenia oskarżonych niezbyt wysokich rangą, wobec których orzekają jednak wysoki wymiar kary. Ścieżkę tę wytyczyły międzynarodowe trybunały karne dla Rwandy i byłej Jugosławii.

3 lutego 2012 r. w ich ślady poszedł wydział odwoławczy Nadzwyczajnych Izb Sądów Kambodży, czyli międzynarodowego trybunału z siedzibą w Phnom Penh, sądzącego największe zbrodnie reżimu Pol Pota. Trybunał skazał na karę dożywotniego pozbawienia wolności Kainga Gueka Eava, znanego również jako "Towarzysz Duch". 69-letni dziś Duch był naczelnikiem cieszącego się złą sławą S-21, czyli więzienia Tuol Sleng, gdzie w latach 1975 - 1979 poddano okrutnym torturom około 17 tys. osób, które następnie zostały stracone. Decyzja ta zamyka postępowanie apelacyjne wszczęte po tym, jak w 2010 r. Duch został uznany za winnego dopuszczenia się zbrodni przeciwko ludzkości i skazany na 30 lat więzienia.

W procesie tym uwagę zwracały przede wszystkim zeznania Ducha, który opowiedział sędziom o tym, jak stał się wyznawcą zbrodniczej ideologii będącej przyczyną śmierci blisko 2 milionów mieszkańców Kambodży.

Przez około sześć miesięcy Duch - który nierzadko zeznawał w obecności swoich byłych podwładnych, a także swoich ofiar i ich krewnych - ze szczegółami przedstawiał trybunałowi proces indoktrynacyjny prowadzony przez Czerwonych Khmerów; pogrążanie się reżimu w zbrodniach w imię "walki z wrogiem"; "wyznania", które przemocą wydobywał z więźniów; tortury i metodycznie wykonywane egzekucje - wszystko w ramach jakoby koniecznej eksterminacji własnego narodu, usankcjonowanej przez ustrój oparty na absolutnym terrorze, tajności i posłuszeństwie.

Duch powiedział między innymi: "Szczerze żałuję, że uległem cudzym poglądom i podjąłem się wykonania zbrodniczych zadań, które mi zlecono. Kiedy o tym myślę, pierwszym uczuciem, jakie mnie ogarnia, jest złość na partyjny komitet rządzący, który wykorzystał wszelkie możliwe sztuczki, by doprowadzić kraj do stanu totalnej i absolutnej tragedii. Jestem również zły na siebie za to, że (...) ślepo respektowałem zbrodnicze rozkazy innych ludzi."

Duch wspominał również lata 60., kiedy był jeszcze zwyczajnym, pracowitym i powszechnie uwielbianym nauczycielem matematyki w mieście położonym na północ od Phnom Penh - i marzył o przemianach społecznych. Mówił też o tym, jak po "odsłużeniu" ośmiu lat na stanowisku głównego oprawcy reżimu Pol Pota, pod koniec lat 80. ukradkiem wrócił do nauczania, a później wyrzekł się wiary w komunizm dla... chrześcijaństwa.

Jak narodził się człowiek zwany Duchem? I jak żyje mu się ze świadomością popełnionych przezeń zbrodni? To tylko dwa spośród wielu pytań, jakie zadawała sobie obecna na sali sądowej publiczność, obserwując przebieg kolejnych rozpraw.

Przesłuchania te były jedynym w swoim rodzaju oknem pozwalającym zajrzeć do świata bolesnej i tragicznej rzeczywistości sprawcy masowego morderstwa. Nigdy wcześniej przed żadnym międzynarodowym trybunałem nie rozbrzmiewał tak niepokojący głos, tak szczegółowo opisujący genezę masowej zbrodni. Nigdy wcześniej ofiarom Ducha nie było dane opowiedzieć przed sądem o swoim cierpieniu i stanąć twarzą w twarz ze swym dręczycielem.

W trakcie procesu Duch wyrażał skruchę, ale oskarżyciel uznał, że nie była to skrucha w pełni szczera. Prosił również o wybaczenie, którego rodziny pomordowanych stanowczo mu odmówiły. Powiedział, że jest gotów przyjąć każdy rodzaj kary, nawet "ukamienowanie".

A później, kiedy proces zbliżał się już do końca, nieoczekiwanie zmienił zdanie i zażądał, by przestano go sądzić, utrzymując, że nie podlega jurysdykcji trybunału - nie należał przecież do "czołowych przywódców" reżimu ani do tych, na których ciążyła "największa odpowiedzialność" za zbrodnie Czerwonych Khmerów. Kambodżański obrońca Ducha poprosił nawet o uniewinnienie dla swojego klienta.

Ofiary zareagowały oburzeniem, a oskarżenie potępiło brak szczerości we wcześniejszej skrusze oskarżonego - tak, jakby ktokolwiek mógł oczekiwać, że spowiedź zbrodniarza będzie pełna i szczera.

Ostatecznie w lipcu 2010 r. trybunał skazał Ducha na 30 lat pozbawienia wolności (dokładnie było to 35 lat, ale na poczet kary zaliczono mu lata, podczas których był nielegalnie więziony przez władze wojskowe). Sędziowie postarali się tym samym, by wyrok uwzględniał zarówno ciężar zbrodni oskarżonego, jak i jego współpracę z trybunałem. Tymczasem jednak 3 lutego wydział apelacyjny wydał werdykt, który krewni ofiar Ducha odczytali jako bardziej sprawiedliwy: orzekł karę dożywocia.

Kiedy w końcowej fazie swojego procesu (pod koniec 2009 r.), Duch stanął przed perspektywą spędzenia reszty swojego życia w więzieniu, dał się poznać jako zwyczajny i słaby człowiek. Przecież spędził już za kratami 10 lat! Jest jedynym spośród Czerwonych Khmerów, który wziął na siebie odpowiedzialność za zbrodnie popełnione w czasach reżimu - i jedynym funkcjonariuszem średniego szczebla postawionym przed sądem. Kiedy zapadała klamka, myślał: "Dlaczego właśnie ja?"

Być może Duch żałuje teraz swojego dumnego ostatniego słowa, w którym poprosił o wolność i zastanawia się, czy powinien był zaufać swojemu kambodżańskiemu obrońcy. Ostatecznie jednak szalę na jego niekorzyść przechylił przecież wyrok wydany przez czterech jego rodaków i jednego sędziego spoza Kambodży (dwóch pozostałych obcokrajowców uzupełniających skład sędziowski było przeciwnych wyrokowi dożywocia dla Ducha).

Przez wiele lat rząd Kambodży nie pozostawiał żadnych złudzeń co do tego, iż chce, by tamtejszy wymiar sprawiedliwości pozostawał pod jego ścisłą kontrolą. Po upadku Czerwonych Khmerów władze chroniły przynajmniej dwóch podejrzanych, którzy w czasach reżimu zajmowali o wiele wyższe stanowiska, niż Duch. Ale w Duchu, doskonałym żołnierzu rewolucji, politycy i sędziowie znaleźli idealnego kandydata na zbrodniarza symbolizującego nieuchronność ręki sprawiedliwości.

O ile jednak symboliczna jest też sama różnica pomiędzy karą 30 lat pozbawienia wolności a dożywociem, o tyle żadna kara nie jest współmierna do zbrodni popełnionych przez Ducha.

Możemy się również spodziewać, że otwarte podczas procesu okno, przez które Duch ukazał nam mrok historii i skrywanych ludzkich tajemnic, zamknie się teraz na zawsze. W przeciwieństwie do Kainga Gueka Eava, trzej pozostali przy życiu czołowi przedstawiciele reżimu Czerwonych Khmerów nie zamierzają okazać ani odrobiny skruchy, ani też zdobyć się na żadne szczere wyznanie. Być może patrzą teraz na Ducha, swojego dawnego podwładnego, i myślą: "Cóż z niego za głupiec!"

Thierry Cruvellier

"New York Times" / "International Herald Tribune"

Tłum. Katarzyna Kasińska

Źródło informacji: New York Times International Herald Tribune

więcej o:
Kambodża,
reżim Czerwonych Khmerów,
zbrodnie,
zbrodnie wojenne,
Towarzysz Duch

Oceń artykuł:

zobacz ranking »
  • tak 44%
  • nie 56%
Ocen: 115
Zamknij

Dodatki

Warto przeczytać

 


Informacje dodatkowe