"Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe" - konkurs

"Jirka wygrał, jak jego nauczyciele, puchary z aluminium i ze srebra. I plakietki z brązu. Tylko z cyny niczego nie dostał, bo cynę już całą zużyto do ozdabiania talerzy i kufli do piwa z pokrywką. Poza tym wygrał lody waniliowe, metr końskiego salami, wędkę na ryby i piętnaście deka prażonych migdałów" - tak o najlepszym czeskim narciarzu XX wieku w zbiorze "Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe" pisał Ota Pavel. Dla naszych czytelników mamy kilka egzemplarzy jego książki.

Raška to ikona skoków narciarskich u naszych południowych sąsiadów. Mistrz olimpijski z Grenoble z 1968 roku, multimedalista najważniejszych międzynarodowych zawodów sportowych, wreszcie laureat Turnieju Czterech Skoczni i sześciokrotny mistrz swojego kraju.

Reklama

O jego dokonaniach napisano wiele, ale czy kiedykolwiek równie barwnie co Ota Pavel? Oddajmy głos Mariuszowi Szczygłowi, znawcy i piewcy czeskiej literatury.

"Ota Pavel zaczął opisywać swoją rodzinę podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym. Trafił tam po olimpiadzie w Innsbrucku, gdzie zobaczył Diabła - i podpalił budynek. Mówił, że dzięki pisaniu znów staje się chłopcem. Tak powstała sławna książka "Śmierć pięknych saren".

Jednak zanim znalazł się w innym świecie, pisał reportaże sportowe. Były bardzo popularne, ponieważ Pavel "ubaśniawiał" sport. Szukał w sportowcach zwyczajnych ludzi i to sprawia, że opowieści o nich - nawet jeśli nazwiska nic nam już nie mówią - są ponadczasowe. Czescy krytycy byli zgodni: historią narciarza Raški Ota Pavel wzleciał w niebo jak ptak z rodziny ptaków morskich. Niebywały tekst!" - zachwala Mariusz Szczygieł. Trudno o lepszą rekomendację.

***

Dla naszych czytelników mamy kilka egzemplarzy zbioru reportaży autora. Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy wziąć udział w konkursie (szczegóły poniżej). Wcześniej polecamy lekturę  fragmentu jego publikacji.

Ota Pavel, "Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe" - przeczytaj fragment

Jirka wylatał w powietrzu tyle godzin co najlepsi piloci linii lotniczych. Wziął go w obroty ostrawski trener, niegdysiejszy znakomity zawodnik, krawiec Josef Skrbek, i ten dopiero dał mu popalić. Figura musiała być na rach-ciach i na tip-top, jak suknie szyte dla eleganckich panien i smokingi dla wytwornych panów. Jirka niczego nie mógł odfajkować, a styl miał szlifować, jak szlifuje się brylanty.

Zrozumiał, że najważniejsze jest wybicie. Jak skoczek dobrze się wybije, to potem dobrze i daleko poleci. Zobaczył, że musi też toczyć boje z matką aerodynamiką i tuż po odbiciu znaleźć najlepszą pozycję nart i ciała. Następnie musi dobrze umościć się w powietrzu.

Nigdy nie wkładał czapki. Prędkość przy rozbiegu sprawdzał uszami: słyszał, jak szybko jedzie, jak świszczy. Potem się wybijał, prostował, a później już tylko cieszył się z lotu. Kątem oka zerkał na szyszki na wierzchołkach smreków, które teraz z łatwością mógł zerwać; poczochrał już parę razy futerko baranków pasących się nisko nad ziemią, a świstem nart rozpędził gadatliwe gawrony. Pod sobą widział zbocze i linię bezpieczeństwa. Często mknął setką.

I był sportowcem amatorem, jak chciał tego przewodniczący komitetu olimpijskiego, siwowłosy Amerykanin Avery Brundage. Żył skromnie. Nie przelewało mu się. Co zarobił, oddawał mamie lub wkładał do pugilaresu na drobne wydatki. Naprawiał teraz obrabiarki w Morawskich Zakładach Elektrotechnicznych i robił przeglądy generalne. Obrabiarki miały kręcące się koła, a wypadały z nich ziarno, chleb albo od razu bułeczki. Krótko mówiąc, same najpotrzebniejsze rzeczy. Jirka po pracy uprawiał sport i stawiał sobie zadania, którym ledwie by podołał koń wałach.

Wygrał pierwsze zawody. Rywale zaczęli na niego wołać Franta, bo sposobem chodzenia i sylwetką przypominał im słynnego skoczka Františka Felixa. Ale i wy, i ja będziemy go wciąż nazywać Jirką, ponieważ już się przyzwyczailiśmy i całkiem nam to odpowiada.

Jednak pyszałkowate miasto stołeczne Praga kręciło nad nim nosem. Kiedy Jirka skakał w Karkonoszach, największy i najmądrzejszy dziennikarz wszech czasów Dżdżownica powiedział do swojej koleżanki Mądralińskiej:

- Chodźmy na kawę, teraz skacze jakiś Raška.

A potem Dżdżownica musiał dopytywać kolegów, jak ten skok wyglądał, ponieważ był to skok nie tylko najdłuższy, lecz także najpiękniejszy. Po raz pierwszy przypominał lot ptaka z rodziny ptaków morskich.

Jirka wygrał, jak jego nauczyciele, puchary z aluminium i ze srebra. I plakietki z brązu. Tylko z cyny niczego nie dostał, bo cynę już całą zużyto do ozdabiania talerzy i kufli do piwa z pokrywką. Poza tym wygrał lody waniliowe, metr końskiego salami, wędkę na ryby i piętnaście deka prażonych migdałów.

W czasie, kiedy chrupał migdały, dostał powołanie do wojska.

Skoczył jeszcze na Horečky, by pożegnać się z ciocią Pravěčkovą. Nasypał jej na dłoń migdałów. Anička Pravěčková dziwiła się, że Jirka nie idzie do batalionu skoczków. I powiedziała wprost:

- Wielcy panowie znowu zrobili po swojemu. Zwyczajnie o tobie zapomnieli. Albo cię znienawidzili. To jakieś hultajstwo. Tyś tylko chłopak z Beskidów. Nie szkodzi, napijesz się wody i zdrzemniesz chwilkę. Potem wyminiesz wszelkie pułapki.

Jirka napił się wody dobrodziejki spod młyńskiego koła z błyszczącymi monetami i wszedł do środka. Był zmęczony po tych wszystkich zawodach. Na ławie miał już przygotowaną poduchę z łaniami i jeleniami. Wielki jeleń zaryczał, a on usnął.

Kiedy się przebudził, w izbie nikogo nie było. Tylko zegar z jakby podeptaną czerwoną różą tykał. Wciąż była zroszona, a jemu się zdawało, że ona na niego patrzy. Po wodzie i po śnie czuł się silniejszy. Wybiegł przed chatkę, pogładził jedno serce miłości na okiennicy i pobiegł do wojska.

Zabrał na drogę jedynie zdjęcie mamy, narty do skoków, szczoteczkę do zębów i jasnobłękitne niczym niebo mydło.

(...)

W owym czasie w Radzie Skoków i Upadków toczyło się burzliwe zebranie, że to niemożliwe, aby Czechosłowacja nie miała ani jednego złotego medalu z zimowych igrzysk olimpijskich. Letnich medali uzbierało się niemal wiaderko, a zimowych ani widu, ani słychu. To oczywiście wina zimy: jest jej za mało. Pan Dobraręka zaproponował, żeby importować śnieg z Kanady. Raz przed wojną wzięliśmy stamtąd hokejowego trenera Matěja Bucknę, to możemy przywieźć i śnieg.

Specjalista od skoków, pan Blaszka, oznajmił, że to głupota. Czesi nie mają jazdy na nartach we krwi, a przede wszystkim nie mają tradycji ani kondycji. Śnieg w niczym tu nie pomoże. Medalu nie zdobędą nigdy. Zaproponował, żebyśmy po prostu odkupili medal w sekrecie od najlepszych sportowców świata, Norwegów, i dali im za niego milion koron czeskich bądź norweskich. A jeśli nie zechcą, to dajmy im zamek Křivoklát. Będzie dla nich najatrakcyjniejszym z zamków: są tam sanie stare jak Matuzalem i robi się ostry gulasz. I jest tam urocza piwniczka na wino.

Zgromadzeni ucichli. Propozycja warta była przemyślenia.

W kącie na beczce wosku do smarowania nart siedział cicho zawezwany trener Remsa. Miał już tego dość i wybuchnął:

- Medalu za sportowe dokonania kupić się nie da. Każdy naród sam go musi wywalczyć. My nie jesteśmy aż tak głupi czy niezdolni, żebyśmy tego nie umieli. Niech mnie piorun trzaśnie, jeśli nie stworzę skoczka czempiona światowego.

To było mocno powiedziane. Po zebranych przeszedł szum, w tym kraju skoczka na poziomie światowym nie było nigdy, chyba że w stawie, co wyszło na jaw podczas konkursu żabich skoków na łące w Chlumie pod Třeboniem.

- Czego do tego potrzebujesz, trenerze Remsa? - zapytał przewodniczący.

- Chcę nowych skoczni z tworzywa sztucznego, nowych butów marki Botas, nowych nart, mięsa na wielkie befsztyki oraz czekolady, którą lubią zawodnicy i której potrzebują. A ja potrzebuję kartki korespondencyjnej, żeby napisać swojej żonie Vlaście, aby na mnie nie czekała, bo będę miał mnóstwo treningów.

Rada Skoków i Upadków długo się naradzała, ale w końcu wyliczyła czarno na białym, że propozycja Remsy wyjdzie najtaniej. Nie trzeba będzie negocjować przez ocean z Kanadą ani eksportować do Norwegii królewskiego zamku Křivoklát, co z pewnością wywołałoby w kraju oburzenie. Wreszcie dali pieniądze, lecz wyliczyli je co do grosza. Jedynie Blaszka głosował przeciwko i znowu krzyczał, że Czesi nie mają tradycji ani kondycji. O tych pieniądzach, które dostał Remsa, ktoś powiedział, że były stąd, inni - że zowąd. Wszystko już jedno skąd, najważniejsze, że je Remsie dali. Oświadczyli mu jednak z całą surowością:

- Jak tego złota nie będzie, to będzie źle, ale z tobą. Stracisz tytuł zasłużonego trenera i do śmierci będziesz karmił lwy w libereckim ogrodzie zoologicznym, a jak wiesz, raz już pogryzły fotografa Tylínka. Do dzisiaj ma dziury w plecach.

A jednak Remsa lwów się nie przestraszył i przyjął warunki. Wierzył w siebie i swoich chłopców z Dukli. W Motejlka, który latał jak paź królowej, w wielkiego Matouša, w delikatnego Hubača, w długiego Doubka oraz w nowicjusza Raškę. Byli to chłopcy od czarnej roboty, robotnicy przyzwyczajeni do harówki, żadni słabeusze. Same górskie, odważne chłopaki. Studenci również by z nich byli nieźli. Mają wystarczająco w makówkach, choć biegają ze szkoły na treningi i z powrotem.

Każdy z ferajny Remsy mógł zdobyć złoty medal. Mógł też nie zdobyć go nikt. W tym był haczyk. A wtedy Zdeněk Remsa musiałby karmić zgryźliwe lwy.

Tłumaczyła Justyna Wodzisławska

Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2016

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje