Biały Dom chce, by NSA przestała masowo gromadzić bilingi Amerykanów

Biały Dom ma w tym tygodniu przedstawić projekt ustawy, zgodnie z którą to nie Agencja Bezpieczeństwa Narodowego (NSA) , a firmy telekomunikacyjne będą gromadzić bilingi telefoniczne Amerykanów. Dostęp wywiadu do nich wymagałby każdorazowo nakazu sądu.

Projekt, o którym jako pierwszy doniósł "New York Times" wymagać będzie zgody Kongresu, z czym może być jednak problem biorąc pod uwagę, że deputowani przygotowują "konkurencyjne" ustawy. We wtorek w komisji ds. wywiadu Izby Reprezentantów złożono ponadpartyjny projekt, który też pozbawia NSA zadania zbierania i przechowywania danych, ale zapewnia agentom wywiadu łatwiejszy niż proponuje Biały Dom wgląd do danych firm telekomunikacyjnych.

Reklama

Chodzi o reformę budzącego wielkie kontrowersje programu masowego zbierania przez NSA metadanych połączeń telefonicznych milionów Amerykanów (czyli informacji o tym między jakimi numerami, kiedy i jak długo prowadzona była rozmowa). Istnienie tego oraz innych programów inwigilacji amerykańskiego wywiadu ujawnił w ubiegłym roku były konsultant NSA Edward Snowden. Obecnie przebywa w Rosji, dokąd uciekł przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości.

Obama potwierdził we wtorek w Hadze, że w najbliższych dniach przedstawi Kongresowi projekt reformy programu. NSA przestałaby gromadzić metadane, które obecnie hurtowo otrzymuje od trzech amerykańskich firm telekomunikacyjnych i przechowuje je u siebie, by moć poddawać dalszej analizie przez pięć lat. Zamiast tego dane byłyby magazynowane przez firmy telekomunikacyjne, ale tylko przez 18 miesięcy - jak przewiduje obowiązujące prawo federalne. W celach wywiadowczych związanych z bezpieczeństwem narodowym agenci musieliby występować do firm o dane dotyczące konkretnych połączeń, ale każdorazowo wymagałoby to uzyskania wcześniej nakazu specjalnego sądu ds. wywiadu FISC (Foreign Intelligence Surveillance Court).

Projekt dwóch kongresmenów komisji ds. wywiadu: jej przewodniczącego Republikanina Mike'a Rogersa oraz Demokraty Dutcha Ruppersbergera jest podobny. NSA też miałaby zakaz masowego gromadzenia bilingów połączeń telefonicznych, a w celu przeszukania materiału wywiadowczego agenci musieliby kierować się do firm telekomunikacyjnych. Największa różnica polega na tym, że w projekcie Kongresu firmy dostarczałyby NSA dane na podstawie specjalnej rządowej dyrektywy (a nie nakazu sądu). NSA byłaby zobowiązana za każdym razem wysłać kopię tej dyrektywy do oceny przez FISC, ale już po rozpoczęciu przeszukiwań.

Jak tłumaczył Ruppersberger, czekanie na zgodę sądu nie jest dobrym rozwiązaniem. - To zabiera zbyt dużo czasu - powiedział.

W piątek mija obowiązujący obecnie nakaz sądowy, który upoważnia NSA do zbierania i przechowywania metadanych połączeń telefonicznych. Jednakże administracja może go ponownie odnowić na kolejne trzy miesiące - aż do czasu, gdy deputowani i Biały Dom porozumieją się w sprawie reformy. W Kongresie są jeszcze inne projekty reformy elektronicznej inwigilacji, a najbardziej radykalny z nich przewiduje jej całkowitą likwidację.

Przecieki Snowdena wywołały burzę także zagranicą, gdyż ujawniły, że na celowniku wywiadu USA są też obywatele państw sojuszniczych, a nawet telefony samych ich przywódców, w tym np. kanclerz Angeli Merkel. Ogłaszając w styczniu reformę Obama zapewnił, że telefony szefów państw sojuszniczych nie będą monitorowane. Niemniej sprawa ta wciąż wzbudza kontrowersje, zwłaszcza w Parlamencie Europejskim. Jeden z programów wywiadowczych umożliwia bowiem inwigilację komunikacji elektronicznej przebywających poza USA cudzoziemców, jeśli ma to kluczowe znaczenie dla zapewnienia bezpieczeństwa USA. W przeciwieństwie do obywateli USA nie mają oni nawet gdzie się skarżyć, jeśli uznają, że NSA przekroczyła swe kompetencje. Temat ten może zostać poruszony podczas środowego szczytu USA-UE w Brukseli.

Dowiedz się więcej na temat: Biały Dom

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy