Czerwony guzik

Hillary Clinton wręczyła rosyjskiemu ministrowi spraw zagranicznych prezent. Czerwony guzik. Ale nie ten od odpalania rakiet. Guzik miał symbolizować zapowiadane przez prezydenta Obamę i wiceprezydenta Bidena "nowe otwarcie" w relacjach amerykańsko-rosyjskich.

Joe Biden powiedział, iż stosunki te trzeba "zresetować". Więc Hillary przywiozła czerwony guzik z napisem po angielsku "reset" a po rosyjsku - nie dość, że alfabetem łacińskim to jeszcze coś zupełnie innego. Było napisane "peregruzka", czyli (skądinąd z błędem w zapisie) "przeciążenie". A miało być "pierezagruzka", czyli właśnie "reset".

Reklama

Cała Rosja nabija się nieustannie z pani Clinton. I swoją drogą, jeśli w departamencie stanu mają takich tłumaczy, to może się okazać, że nie bardzo wiedzą, co Rosjanie do nich piszą. Nie wykluczone, że również Barack Obama co innego napisał do prezydenta Miedwiediewa, a Rosjanie co innego przeczytali.

Jakiś czas temu w gazecie "Kommiersant" ukazało się streszczenie listu amerykańskiego prezydenta. W interesującej nas części prezydent USA miał proponować rezygnację z tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach w zamian za współpracę Moskwy w powstrzymaniu Iranu przed wyprodukowaniem bomby atomowej. A nawet więcej: w zamian za współpracę w doprowadzeniu do otwarcia Iranu na świat zachodni.

Po publikacji, powtórzonej następnie na łamach "New York Timesa", Biały Dom zaprzeczył, a dokładniej, potwierdził, iż list został wysłany, ale co innego było jego treścią. Jeżeli tłumaczyli go spece od resetowania, to całkiem możliwe, że poinformowali Miedwiediewa o czymś całkiem innym, niż miał na myśli autor.

Ale żarty na bok. Czerwony guzik wręczony przez panią Clinton Ławrowowi - chciał nie chciał - jest symbolem. Symbolem tego, że nowa administracja amerykańska traktuje Rosję w kategoriach uprzywilejowanego partnera, z którym - niczym w przeszłości z sowieckimi sekretarzami - rozmawia się o losach świata ponad głowami innych partnerów.

Jeżeli jest jakiś cień prawdy w ofercie "tarcza za Iran", to mamy dowód dziecięcej naiwności prezydenta Obamy. Całkiem szczerze, pomimo że taka postawa oznacza robienie Polski w balona przez głównego sojusznika, byłbym zachwycony, gdyby Rosjanie ją przyjęli.

Bo tarcza jest przede wszystkim symbolem. Ważnym, ale mającym ograniczony wpływ na bezpieczeństwo Polski. Najważniejszą kwestią w sprawie tarczy jest przełamanie nieformalnego układu pomiędzy Rosją a NATO, iż w dawnej sowieckiej strefie wpływów nie będzie istotnych baz i instalacji militarnych. No i to, co wywalczył w negocjacjach Sikorski, czyli stacjonowanie antyrakiet "Patriot", których miało nie być na wschód od granicy Niemiec. Jeszcze na podstawie uzgodnień Busha seniora z Gorbaczowem. Skoro Amerykanie podtrzymują wolę dostarczenia Polsce "Patriotów", to losy tarczy nie muszą nas aż tak martwić. Zwłaszcza gdyby ceną za rezygnację z instalacji było otwarcie się Iranu na świat.

Iran jest absolutnie kluczowym elementem światowej układanki energetycznej. Odblokowanie tego kraju oznacza koniec rosyjskich szantaży gazowych i naftowych. Sam Iran wystarczy spokojnie dla zaspokojenia potrzeb gazowych i naftowych Europy. Na dodatek cała wojenna awantura w Gruzji okazałaby się niepotrzebna, bo tranzyt przez Iran byłby szybszy i bezpieczniejszy niż przez Kaukaz.

Tylko w takie porozumienie zwyczajnie nie wierzę. Rosjanie nie są durniami i nie wymienią kluczowego atutu swojej polityki na drugorzędny symbol. Bez żelaznej kurtyny pomiędzy Zachodem a Iranem Rosja zacznie tracić wpływy polityczne w Azji Środkowej, a jeszcze bardziej pieniądze, które pozyskuje dzięki monopolowi na tranzyt surowców z tego regionu. Oddać to wszystko za 10 rakiet pod Słupskiem? Putin musiałby zwariować, by iść na taki układ.

Kontrolowany przeciek (bo innych w Rosji nie bywa) do "Kommiersanta" wskazuje wyraźnie, że oferta Obamy jest traktowana wyłącznie jako wygodny sposób na wbicie klina pomiędzy USA a Europę Środkową, a nie jak realna podstawa do rozmów. Na plewy w postaci sztucznego czerwonego guzika starych wróbli z Kremla się nie nabierze.

Coraz bardziej mam wrażenie, że Obama zaczyna wchodzić w koleiny polityki prezydenta Cartera, który też na początku głosił pokój, rozbrojenie i gotowość do rozmów ze Związkiem Sowieckim, by po czterech latach skończyć jako skompromitowany przez irańskich ajatollachów i w stanie ostrego konfliktu z ZSRR. No, chyba że plastikowy czerwony guzik zamieni na prawdziwy. Ale wtedy byłaby to kapitulacja a nie polityka. A na to żaden, nawet najbardziej lewicowy prezydent USA pozwolić sobie nie może.

Jerzy Marek Nowakowski

Dowiedz się więcej na temat: USA | hillary | Iran | Rosjanie | Clinton | guzik

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje