Głód mógł być powodem śmierci wieloryba z Łazów

Naukowcy z niemieckiego ośrodka w Stralsund zajmą się wypreparowaniem szkieletu wieloryba, znalezionego 16 listopada na plaży niedaleko miejscowości Łazy w województwie zachodniopomorskim. Nie wiadomo, jak długo to potrwa. „Będzie kąpany w specjalnych wannach, potem suszenie, konserwacja” – wyjaśnia prof. Krzysztof Skóra, szef Stacji Morskiej Uniwersytetu Gdańskiego w Helu.

Kuba Kaługa: - Co wam teraz zostało po wielorybie?

Reklama

Prof. Krzysztof Skóra, szef Stacji Morskiej Uniwersytetu Gdańskiego w Helu: - Ponad tonę - prawie dwie tony tkanki bezużytecznej - oddaliśmy do utylizacji, ale reszta jest u nas. Jest to szkielet, elementy tkanek, które jeszcze będą podlegały dalszym analizom. Zobaczymy, co koledzy z różnych branż będą chcieli z nich wyciągnąć. Mamy organy, mamy płuca, mamy serce, mamy nerki, które chcielibyśmy poddać preparacji, żeby ta struktura była widoczna. Równolegle chcielibyśmy zrobić podobne preparaty z organów u morświna, żeby pokazać jaka jest różnica między tym rodzimym waleniem a tym, który tutaj morze wyrzuciło na brzeg. A poza tym mamy dużo kłopotów, bo każdy krok logistyczny, który podejmujemy jest robiony w oparciu o zewnętrzne jakieś instytucje, osoby, itd, to zwykle wymaga pieniędzy, a na taki wydatek nie byliśmy przygotowani. Generalnie w nauce nie ma za dużo pieniędzy, w takiej "prowincjonalnej placówce" jak nasza, małej placówce, tych pieniędzy jest mało. W tej chwili staramy się o dotacje w lokalnych źródłach, ale też centralnych. Koledzy z Niemiec nam bardzo poszli na rękę, bo wezmą szkielet do takiego wstępnego wypreparowania.

A dlaczego właśnie do Niemiec, do Stralsund ten szkielet kieruje się? Dlaczego ich poprosiliście o pomoc?

- Przede wszystkim to są podobni specjaliści jak my, a lepsi w zakresie preparatyki. W Stralsund istnieje niemieckie Muzeum Morskie i nowa instytucja zwana Ozeanum, gdzie eksponują szkielety wielorybów wielu gatunków i od wielu lat preparują szkielety z całego, niemieckiego wybrzeża i Morza Północnego. Są tam ludzie, są tam maszyny, jest tam sprzęt, wiedzą jak to robić, nie ma lepszego miejsca w Europie.

Cała ta historia mocno nadszarpnęła wasz budżet? Bo to jest jednak koniec roku, więc pewnie za wiele nie ma?

- Tych kosztów będzie więcej. One będą narastały, bo gdzieś tam finalny produkt ma być ekspozycja edukacyjna, informacyjna. Chcielibyśmy to wyeksponować na zewnątrz, w rejonie naszego Domu Morświna, tak żeby turyści przyjeżdżający z Polski mogli to zwierzę w takiej postaci, jaka będzie możliwa, zobaczyć i zastanowić się nad fauną mórz.

A jak długo będą trwały pracę nad wypreparowaniem tego szkieletu, kiedy on może wrócić tutaj do Helu?

- Nie wiem, bo to jest pewien proces. On będzie tam kąpany w tych wannach z innymi wielorybami, nie wiemy jak długo te procesy potrwają. To jest jedno. Potem suszenie, konserwacja, itd. Potem musi przyjechać, ale przyjedzie nie w całości, tylko będzie w częściach.

Układanka taka?

- Tak i tu znowu będziemy musieli poszukać preparatora w kraju, który nam scali ten cały szkielet. On nie może stać na dworze, trzeba mu zbudować jakiś dach, wiatę, a może coś większego, gdzie jego się wyeksponuje. Wcześniej rozmawialiśmy z Ozeanum, mieliśmy przyznaną połówkę finwala, którego kiedyś wyrzuciło na zachodniej części naszego kraju. Jeszcze w poprzednim wieku i tego finwala chcieliśmy też tutaj ściągnąć, żeby zestawić z morświnem. Więc w tej sytuacji mielibyśmy połówkę tamtego finwala, naszego wala butlonosego. Mamy szkielety morświnów, foki, delfinów. Można by stworzyć taką jedną wystawę szkieletów ssaków bałtyckich i ją tutaj eksponować. Przyjeżdża do nas bardzo dużo szkół, więc bardzo fajna lekcja z biologii, anatomii mogłaby się w takim miejscu odbywać.

To takie działanie na wyobraźnię, żeby porównywać wielkości morskich zwierząt?

- Tak, bo czasami zdjęcie, czy rysunek w internecie nie działa. Dopiero jak dziecko zobaczy, że coś jest większe zdecydowanie od niego, od jego ręki, to ma skalę porównania. Już w tej chwili eksponujemy przy Domu Morświna dużą czaszkę finwala i obok czaszkę morświna. I tu już widać gigantyczną różnicę. Ludzie się dziwią. Wiedzą, że wieloryby są duże, ale jak staną przy tym, to się zastanowią "aż tak duże?". To są największe zwierzęta na świecie.

Nie macie obecnie budynku, w którym można by to było eksponować?

- Jeszcze nie mamy. Stacja buduje się krok po kroku, małymi segmencikami, chciałoby się mieć taką sytuację, jak kolega miał teraz, kiedy rząd federalny i lokalny przeznaczyli 64 miliony euro na budowę Ozeanum z zadaniem nauczenia Niemców szacunku do fauny Morza Północnego i Bałtyku. On to zrobił. Miał za zadanie jedynie ściągnąć tam widzów, około miliona rocznie. Udało mu się ten milion mieć w ciągu trzech miesięcy, dzięki czemu całe miasto żyje z turystyki.

Tu w Helu, ilu was odwiedza turystów rocznie?

- Frekwencja w naszym fokarium utrzymuje się od lat na poziomie między 450 a 480 tysięcy ludzi, więc my, tą frekwencją - powiem śmiało - chyba bijemy stadiony piłkarskie.

Ile pieniędzy potrzebowalibyście na postawienie tego budynku, w którym mają być eksponowane szkielety?

- Dom morświna kosztował nas około 800 tysięcy, sądzę, że tu koszt byłby... połowę, może trzy czwarte tego kosztu.

Gdzie pan tych pieniędzy będzie szukał, już pan z kimś o tym rozmawiał?

- Na tym etapie musimy zastanowić się, jak pieniądze, które przyjdą z Unii podzielimy. Tych pieniędzy wiem, że przyjdzie dużo, ale politycy będą decydować, jakie aktywności, jaką część tych pieniędzy dostaną. Jeżeli nie będzie zapisu, że pieniądze mogą iść na infrastrukturę edukacyjną, to mimo że będziemy mieli dobre pomysły, tych pieniędzy nie będzie.

Takie zapisy są potrzebne?

- Potrzebne są do wydatkowania pieniędzy, bo one, w sensie idei, są słuszne. Chcemy się uczyć, chcemy mieć dobre muzea i tak dalej, tylko musi być gdzieś zapis, że zgadzamy się na taki podział dotacji. To jest kwestia wyboru czy na przykład budujemy następny stadion, czy budujemy następny ośrodek edukacyjny, co jest nam bardziej potrzebne. Jeżeli decydujący będzie pogląd, że jednak potrzebna nam trochę więcej edukacji, żeby bardziej się dopasować do europejskości, to będzie szansa na uzyskania tych pieniędzy, oczywiście te pieniądze będą musiały być zdobyte w konkursie.

Wracając jeszcze do tego wieloryba, macie już odpowiedź na to pytanie, które wszystkich nurtuje, co on tutaj robił, jak się tu znalazł?

- Odpowiedź jest niezwykle skomplikowana. Z mojego punktu widzenia, biologa, wiem, że oprócz tradycyjnych zachowań, takich rutynowych, które przypisuje się danym gatunkom, choćby człowiekowi, są zawsze osobniki, które wyłamują się z tej zasady. Jest pytanie, czemu płynął na Bałtyk. To jest środowisko, które nie jest jego, ale już Morze Północne jest jego środowiskiem. Jeżeli wpłynął w Cieśniny Duńskie, to przedostając się tutaj dalej, mógł mieć problemy z wydostaniem się. Pokarm, który potencjalnie mógłby jeść, niestety w Bałtyku nie istnieje. On szczególnie lubi głowonogi, nie mamy tych zwierząt.

A sekcja dała odpowiedź na pytanie jak długo tu był?

- Nie, jak długo nie, ale wiemy, że w przewodzie pokarmowym były szczątki głowonogów, samego żołądka jeszcze nie badaliśmy, ale w jelitach "dzioby" kałamarnic były widziane, więc zapewne długo nie jadł. Poza tym tkanka tłuszczowa, którą on zawierał, budzi pewien niepokój. Była za chuda, czyli mógł głodować. Czy głód był powodem jego śmierci - trudno powiedzieć, ale mogło to być przyczyną.

Oprócz budynku do ekspozycji szkieletów morskich ssaków, chcecie też w Helu zbudować morświnarium. Czy gdzieś w Europie takie morświnarium już jest?

- Jedno takie stricte morświnarium jest w Kerteminde w Danii, to jest naukowe, tam się prowadzi badania na morświnach, i drugie morświanrium, które pomaga rehabilitować morświny chore, jest w Harderwijk w Holandii.

Jaki charakter ma mieć to, które wy tu chcecie stworzyć?

- Ekspozycyjny też, bo wiemy po fokach - póki zwierząt nie pokażemy, nikt nie zrozumie istoty ich ochrony. Nam też w latach dziewięćdziesiątych nie wierzono, że foki w Bałtyku żyją. Natomiast ekspozycja to jest jedno, ale przede wszystkim chodzi o charakter badawczy. Jest szereg pytań z zakresu biologii, behawioru tych zwierząt, ich hydroakustycznych reakcji na dźwięki, na zdolność rozpoznawania sieci, które trzeba zbadać, żeby to zwierzę lepiej chronić. Zostało nam prawdopodobnie koło stu sztuk w całym morzu, to jest bardzo mało.

Czas nagli.

- Gatunek jest krytycznie zagrożony. To byłby ogromny wstyd, gdyby za naszych czasów, przy takim poziomie kulturowym, pozwolić zginąć obok nas takiemu gatunkowi.

Morświnarium tutaj może mieć taki charakter, jak delfinaria gdzieś na zachodzie,  te morświny można wytresować, robić z nimi jakieś pokazy?

- Pojęcie delfinarium, takie jakie znamy jest passe, nikt już nie buduje takich rzeczy. Jeżeli się buduje ośrodki, to na rzecz ratowania jakichś zwierząt. Delfin, tak jak morświn, są na tym samym poziomie inteligencji. Morświn zrobi to samo, tylko kwestia, czy się chce. My tak foki nasze przygotowujemy, jesteśmy z nimi w dialogu, można powiedzieć "tresujemy". Oczywiście czasami wzmacnia się te sygnały, przez to, że jest zabawa z piłką, albo z jakimś ringo i tak dalej, ale to nie jest show, to są codzienne ćwiczenia ze zwierzętami, żeby one, gdzieś tam na zapleczu, jak już ludzi nie ma, poddały nam się doświadczeniom, które są istotne z punktu widzenia naukowego.

Kuba Kaługa


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy