Jemen: Rośnie liczba zabitych w zamachach na meczety

Co najmniej 142 osoby zginęły, a 351 zostało rannych w piątek w samobójczych zamachach bombowych na meczety w stolicy Jemenu Sanie - podał jemeńskie ministerstwo zdrowia, na które powołuje się agencja AFP. Wcześniej informowano o kilkudziesięciu zabitych. Do zamachu przyznaje się terrorystyczna organizacja Państwo Islamskie.

Kilkaset osób zostało rannych. Dochodzą sprzeczne doniesienia na temat liczby ofiar śmiertelnych i rannych. Według szyickiej telewizji jest 137 zabitych i 350 rannych. 

Reklama

Był to jeden z najkrwawszych ataków w ostatnim czasie w stolicy Jemenu. Zdecydowanie potępił je Biały Dom i sekretarz generalny ONZ Ban Ki Mun.

Do zamachów doszło podczas południowych modłów. W centrum Sany znajdują się meczety, w których modlą się głównie szyici. Szyitami są członkowie ugrupowania Huti, kontrolującego stolicę i duże obszary na północy Jemenu.

Dżihadystyczna organizacja zbrojna Państwo Islamskie, która opanowała w ciągu ostatnich miesięcy znaczne obszary Iraku i Syrii, przyznała się w internecie do przeprowadzenia ataku; komunikat podpisała filia Państwa Islamskiego w Jemenie. Islamiści zagrozili serią kolejnych ataków na Hut.

Tymczasem Biały Dom oświadczył, że nie ma wskazań, iż zamachy przeprowadziła jemeńska odnoga IS. Rzecznik Białego Domu Josh Earnest poinformował, że amerykańskie władze sprawdzają, czy IS ma struktury dowódcze, które byłyby w stanie koordynować taki atak.

Earnest zastrzegł, że IS często bierze na siebie odpowiedzialność za przeprowadzenie zamachów z czysto propagandowych pobudek. Wciąż jednak - jak zastrzegł - atak pokazuje, że każdy w regionie, włącznie z muzułmanami, stoi w obliczu zagrożenia ze strony IS. Złożone z sunnickich fundamentalistów IS uważa szyitów za heretyków, którzy za odstępstwo od wiary zasługują na śmierć.

Rzecznik dodał, że wciąż nie ma oczywistych dowodów, iż środowy atak na Muzeum Bardo w stolicy Tunezji, Tunisie, także przeprowadziło IS. W ataku tym zginęły 23 osoby, w tym 20 zagranicznych turystów, wśród nich trzech Polaków.

Lokalne media apelują do mieszkańców Sany o przekazywanie szpitalom krwi dla poszkodowanych w ataku. 

Zamachy w Sanie nastąpiły w czasie, gdy drugi dzień z rzędu pałac prezydencki w Adenie na południu kraju był ostrzeliwany przez niezidentyfikowane samoloty - pisze Reuters. Dwa samoloty, które zrzuciły bomby na teren, na którym m.in. znajduje się rezydencja prezydenta, ostrzelano z broni przeciwlotniczej. Źródła prezydenckie podały, że szefowi państwa nic się nie stało.

Do czwartkowego ataku na pałac doszło po tym, jak siły lojalne wobec prezydenta Abd ar-Raba Mansura al-Hadiego zdobyły obóz, w którym zabarykadował się zbuntowany generał Abdel-Hafez al-Sakkaf. Wojskowy nie chciał się podporządkować wydanemu przez Hadiego rozkazowi, by przekazał kontrolę nad siłami bezpieczeństwa w Adenie innemu dowódcy.

Prezydent Hadi oskarżył o atak na pałac przeciwników politycznych, którym zarzucił chęć przeprowadzenia przewrotu wojskowego. Wydarzenia te wydają się być kolejnym przejawem walki o władzę między Hadim a kontrolującym stolicę państwa szyickim ugrupowaniem Huti, które jest sprzymierzone z poprzednim prezydentem Alim Abd Allahem Salahem.

Obecna dezorganizacja aparatu państwowego w liczącym 25 milionów mieszkańców Jemenie jest spuścizną po jego wieloletnich dyktatorskich rządach, czemu w 2011 roku kres położyła społeczna rewolta.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje