Książka do słuchania... Konkurs!

W nowym roku zmieniamy nieco formułę naszych dotychczasowych książkowych konkursów. Tym razem mamy dla was audiobooki i odtwarzacze MP3. Szczegóły poniżej. Zapraszamy!

Zapraszamy do udziału w konkursie wszystkich, którzy chcą zrobić sobie poświąteczny prezent i wykazać się odrobiną wyobraźni. Do wygrania są trzy zestawy audiobooków ("Trociny" Krzysztofa Vargi oraz "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" i "Czarnobylska modlitwa" Swietłany Aleksijewicz) z odtwarzaczami MP3.

"Czarnobylska modlitwa"

Reklama

Fragment:

"Nie wiem, o czym tu opowiedzieć... O śmierci czy o miłości? A może to jest to samo... No więc o czym? Niedawno się pobraliśmy. Po ulicach chodziliśmy, trzymając się za ręce, nawet kiedy szliśmy do sklepu. Zawsze we dwoje. Mówiłam mu: "Kocham cię". Tylko jeszcze nie wiedziałam, jak bardzo go kocham... Nie miałam pojęcia...

Mieszkaliśmy w hotelu jednostki straży, w której służył. Na pierwszym piętrze. Poza nami mieszkały tam trzy młode rodziny. Jedna kuchnia na wszystkich, a niżej, na parterze, stały samochody. Czerwone wozy strażackie. To była jego praca. Zawsze wiedziałam, gdzie jest, co się z nim dzieje.

W środku nocy słyszę jakiś hałas. Krzyki. Wyjrzałam przez okno. Mąż mnie zobaczył: "Zamknij lufcik i idź spać. Pali się w elektrowni. Wrócę niedługo".

Samego wybuchu nie widziałam. Tylko płomień. Wszystko się jakby świeciło... Całe niebo... Wysokie płomienie. Kopeć. Straszliwy żar. A męża ciągle nie ma i nie ma. Dym był z sadzą, bo palił się bitum - dach elektrowni był zalany bitumem. Mąż potem wspominał, że chodzili tam jak po smole. Tłumili ogień, a on się rozpełzał. Podnosił. Strącali kopniakami gorący grafit... Pojechali bez brezentowych skafandrów, tak jak stali - w samych koszulach. Nikt ich nie uprzedził, wezwano ich do zwykłego pożaru..."

-----

26 kwietnia 1986 roku o godzinie pierwszej, minut dwadzieścia trzy i pięćdziesiąt osiem sekund seria wybuchów obróciła w ruinę reaktor i czwarty blok energetyczny elektrowni atomowej w położonym niedaleko granicy białoruskiej Czarnobylu. Awaria czarnobylska była najpotężniejszą z katastrof technologicznych XX wieku.

Dwadzieścia lat później Swietłana Aleksijewicz wróciła do Czarnobyla. Rozmawiała z ludźmi, dla których ten dzień był końcem świata, którzy żyć nie powinni, ale przeżyli i żyją, bo żyć trzeba. A oni opowiedzieli jej o tym, co wydarzyło się wtedy, i o tym, co jest tam dziś. O ponad dwóch milionach Białorusinów, których zapomniano przesiedlić poza strefę skażoną, o dzieciach bez włosów, o zwierzętach o smutnych oczach, które zamieszkały w porzuconych domach, o dziwnych stworach, które pojawiły się w rzekach i lasach. I o tym, że mimo wszystko ludzie chcą być szczęśliwi.

Podobnie jak w książce o radzieckich żołnierkach wybitna białoruska dziennikarka stawia nas wobec bezlitosnej prawdy. To książka o apokalipsie, która nastąpiła pewnej kwietniowej nocy tuż za naszą wschodnią granicą.

"Trociny"

Fragment:

"W dniu, w którym umarła Amy Winehouse, miałem potężną biegunkę. Od rana czułem mdłości, ochotę na solidne wyrzyganie się, bóle mięśniowo-stawowe, słabość w ciele i gorąco w głowie, miałem, mówiąc krótko, typowe objawy grypy żołądkowej, która jest o tyle paskudniejsza od zwykłej grypy, że co jakiś czas upokarzająco wygania do łazienki. Cały dzień spędziłem więc między łóżkiem a klozetem, nie mając siły nawet na to, żeby posłuchać muzyki, jedynie co jakiś czas włączałem radio, by ktoś do mnie mówił, obojętne co, ale w cierpieniu fizycznym potrzebujemy obok siebie drugiego człowieka, w przypadku grypy żołądkowej lepiej jednak, aby był to człowiek z eteru radiowego, a nie ktoś bliski, kto by widział upokorzenie, jakie funduje nam organizm.

Gdy w radiu usłyszałem, że Amy Winehouse nie żyje, spuszczałem właśnie wodę i przez jej kloaczny szum przebił się głos spikera informującego, że o godzinie siedemnastej naszego czasu w mieszkaniu na londyńskim Camden Square znaleziono ciało wokalistki, o której wszyscy wiedzieli, że niedługo umrze, i tylko kwestią czasu pozostawało kiedy. Kronika tej zapowiedzianej śmierci doszła właśnie do finalnej kropki, co w sumie mną nie wstrząsnęło, nie tylko dlatego że nic mnie nie obchodziła alkoholowo-narkotykowa tragedia Amy Winehouse, choć ceniłem jej charyzmę i głos, ale po prostu dlatego, że jak się ma grypę żołądkową to mało co wstrząsa oprócz torsji.

Nie przejęło mnie też, że umarła w wieku dwudziestu siedmiu lat, a więc w tym samym, co kilku innych, jak o nich mówiono w radiu, kaskaderów rocka, w rodzaju Janis Joplin, Jima Morrisona, Jimiego Hendrixa czy Kurta Cobaina, cóż, Giovanni Battista Pergolesi zmarł w wieku dwudziestu sześciu lat i jakoś się o tym nie mówi, więc nie widzę powodu, żeby roztrząsać to, że ktoś nie dociągnął do trzydziestki z powodów zależnych w największej mierze od siebie samego. Choć muszę przyznać, że nabrałem do Amy Winehouse niejakiego szacunku za to, że wskrzesiła etos straceńczy, niewątpliwie to jej ważny wkład w kulturę współczesną, która wymaga od artystów, żeby byli zdrowi i żywi.

Po całym dniu upokarzających zaburzeń żołądkowych wydawało mi się, że wyczerpany zasnę leczniczym, głębokim snem, a jednak nic z tego nie wyszło, w ogóle nie spałem i mimo że wciąż desperacko zaciskałem powieki i zmieniałem pozycję, nie mogłem zasnąć, wtedy też postanowiłem spisać moją historię. Nie dla potomności wcale, która nie istnieje, nie dla dzieci i wnuków, których nie posiadam i których miał nie będę, ale dla siebie samego. Nie z żadnych egoistycznych pobudek, nie robię tego po to, by świat o mnie usłyszał, ja sam nie chcę już słyszeć o świecie, także nie dlatego, bym uważał, że moje życie cechuje jakąś wyjątkowość - chcę zapisać wszystko po to, żeby spróbować coś z siebie samego jeszcze zapamiętać".

-----

Powieść Krzysztofa Vargi to brawurowy pamflet na współczesność. Razem z głównym bohaterem, pięćdziesięcioletnim komiwojażerem, możemy popastwić się nad wszystkim, co na co dzień doprowadza nas do szału - pasażerami PKP, smrodem na klatce schodowej, szkoleniami integracyjnymi i modną młodzieżą w kawiarniach.

Piotr sączy jad nienawiści i bezlitośnie obnaża słabostki i śmieszności współczesnego Polaka. Tworzy pełnokrwiste i przeraźliwie wierne portrety toksycznych rodziców, pazernej byłej żony, żałosnych nuworyszy, miłośników kebabów i korporacyjnych wymoczków. Przeszywające spojrzenie szydercy zdziera pancerz hipokryzji, który ma osłaniać resztki godności i uchronić przed zranieniem. Wszyscy są niespełnieni, nieudolnie skrywający życiowe rozczarowania, zawistni i śmiertelnie przerażeni wizją samotności.

Jest to obraz zniekształcony, karykaturalny i nieodparcie śmieszny. "Trociny" to prozatorski majstersztyk - znakomita, cyniczna i błyskotliwa rozrywka na najwyższym poziomie, nie tylko dla socjopatów. Ku przestrodze...

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety"

Fragment:

"Piszę książkę o wojnie... Piszę ją właśnie ja, która nie lubiłam czytać książek o wojnie, chociaż w czasach dzieciństwa i wczesnej młodości takie książki były ulubioną lekturą moich rówieśników. Czy to dziwne? Byliśmy przecież dziećmi Zwycięstwa. Dziećmi zwycięzców. Co przede wszystkim zapamiętałam ze spraw dotyczących wojny? Swój dziecięcy smutek wśród niezrozumiałych, groźnych słów. O wojnie mówiono wszędzie: w szkole, w domu, na weselach i chrzcinach, w święta i na stypach. Rozmawiały o niej nawet dzieci w gronie rówieśników.

Chłopiec z sąsiedztwa spytał mnie kiedyś: "A co ci ludzie robią pod ziemią? Po wojnie jest ich tam więcej niż na ziemi". My też chcieliśmy poznać sekret wojny. Wtedy właśnie zaczęłam myśleć o śmierci... I nigdy już myśleć o niej nie przestałam; stała się największą tajemnicą mojego życia.

Wszystko dla nas miało początek w tamtym strasznym, tajemniczym świecie. Z naszej rodziny dziadek Ukrainiec, ojciec mamy, zginął na wojnie i pochowany jest gdzieś na Węgrzech; babcia Białorusinka, mama ojca, zmarła na tyfus, walcząc w partyzantce, a dwóch jej synów przepadło bez wieści w pierwszych miesiącach wojny. Z trzech wrócił z wojska jeden - mój ojciec. Tak było u wszystkich. W każdym domu. Musiało się myśleć o śmierci. Wszędzie chodziły cienie... Wiejscy chłopcy długo jeszcze bawili się w "Niemców" i "Rosjan". Krzyczeli po niemiecku: "Hende hoch", "Curik", "Hitler kaput!".

Nie znaliśmy świata bez wojny, świat wojny był jedynym znanym nam światem, a ludzie wojny - jedynymi znanymi nam ludźmi. Nawet teraz nie znam innego świata i innych ludzi. A czy kiedykolwiek byli tacy?"

-----

"Wojna nie ma w sobie nic z kobiety" była gotowa już w 1983 roku. Dwa lata przeleżała w wydawnictwie. Autorkę oskarżono o "pacyfizm, naturalizm oraz podważanie heroicznego obrazu kobiety radzieckiej". W okresie pieriestrojki książka prawie jednocześnie ukazywała się w odcinkach w dwóch rosyjskich czasopismach: "Oktiabr" i "Roman-gazieta" i została opublikowana w dwóch wydawnictwach: mińskim Mastackaja Litaratura oraz moskiewskim Sowietskij Pisatiel. Łączny nakład wyniósł prawie dwa miliony egzemplarzy.

Na podstawie książki powstał cykl filmów dokumentalnych, wyróżniony m.in. Srebrnym Gołębiem na Festiwalu Filmów Dokumentalnych i Animowanych w Lipsku. Jegor Letow, założyciel i wokalista legendarnego rosyjskiego zespołu punkrockowego Grażdanskaja Oborona, napisał piosenkę zainspirowaną książką Aleksijewicz.

REGULAMIN




Dowiedz się więcej na temat: konkurs

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje