Mundurkowa myśl Giertycha wiecznie żywa

Nowa minister edukacji zapowiedziała, że "nie będę w trakcie roku szkolnego zmieniać czegoś, co już funkcjonuje" i "na razie zostawi mundurki". Że zostawi - to bardzo dobrze. Że dodaje "na razie" - trochę mnie niepokoi. Bo przyznaję bez bicia - mało który z postępków poprzedniego rządu podobał mi się, właśnie tak, jak wprowadzenie szkolnych mundurków.

Tak owszem. Przemawia przeze mnie prywata. Nie, nie spokojnie, nie mam zakładu dziewiarskiego, krajalni czy innej szwalni mundurków. Wprowadzeniem "jednolitego stroju szkolnego" nie jestem zainteresowany finansowo. Raczej rodzinnie. Jako ojciec dwóch córek (jedna w wieku szkolnym, druga tuż przed) bywałem świadkiem kosmicznych porannych awantur na temat tego co do szkoły mozna założyć, a czego nie. Piszę bywałem, nie dlatego, że awantury się skończyły. Są zdaje się dalej, bo szkoła mojej córki dziwnie ociąga się z wprowadzeniem mundurka.

Reklama

Tyle, że odkąd prowadzę codziennie poranne kontrwywiady RMFu, wychodzę z domu, gdy rodzina jeszcze śpi. Pandemonia wyboru stroju, adekwatnego do powagi edukacyjnego trudu, chwilowo mnie więc omijają. Co nie znaczy, że tak będzie zawsze. A wizja tego, że zostaną one spotęgowane, gdy druga z latorośli ruszy wypełniać obowiązek szkolny, zdaje mi się tyleż realna, co przerażająca. Dlatego zapowiedzi, a potem wcielanie w życia hasła "szkolny mundurek dla każdego" przyjąłem z prawdziwą radością.

Argumenty "anty-mundurkowców" zupełnie do mnie nie przemawiają. Hasła, że "uniformizacja", że "odzieranie z osobowości i stylu", że "tłamszenie" no i że "to koszty" mnie - który nigdy nie był harcerzem, żołnierzem czy inną służbą mundurową - wydają się zupełnie nietrafione. Mundurki szkolne widziałem w wielu krajach świata. Począwszy od Wielkiej Brytanii, aż po Tajlandię i Kambodżę. Dzieci wszędzie wyglądały w nich schludnie, sympatycznie i nigdzie nie miałem wrażenia by były stłamszone. Ba, jak patrzę na takich brytyjskich nastolatków (że o ich starszych rodakach - zwłaszcza na wakacjach nie wspomnę), to jakoś nie dostrzegam, by ktoś z czegoś ich odarł, albo wtłoczył w koleiny. Wręcz przeciwnie, zdają się bardzo (często, gęsto - za bardzo) niestłamszeni i wyluzowani. Ktoś powie, że w ten sposób odreagowują chodzenie w mundurkach, ja upierałbym się, że dowodzą raczej słabości systemu wychowawczego i skutków nadto liberalnego i byle jakiego traktowania.

Oczywiście, nie ma co przesadzać z opiewaniem roli mundurka w procesie edukacji i wychowania. To jeden z wielu i na pewno nie najważniejszy ich atrybut. Ale jeśli w szkole ubiór ma przestać być symbolem statusu materialnego (a wiemy dobrze, że bywa), jeśli ma przestać spędzać sen z powiek i ocalić nasze rodziny (w tym również moją) od porannych debat i kłótni - to niech MEN, miast głosić, że na razie mundurki zostawia, dopilnuje, by je na serio i wszędzie wprowadzono, niech dofinansuje ich zakup dla najbiedniejszych i "miejmy to z głowy". Bo inaczej debata mundurkowa ciągnąć się będzie latami. Każdy następny minister edukacji będzie musiał zacząć urzędowanie od deklaracji czy je zostawia, czy wycofuje i nikt nigdy nie będzie pewny, czy za miesiąc albo rok, nie będzie musiał wyrzucać świeżo zakupionego "stroju szkolnego" do najbliższego śmietnika.

Konrad Piasecki - RMF

Dowiedz się więcej na temat: edukacja | minister edukacji | minister | mundurki | Wiecznie żywy

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy