Nikt nagle uzmysłowił sobie, że jest Kimś

To był cios między oczy, gdy w lipcu prezydent Duda zapowiedział, że zawetuje dwie z trzech ustaw sądowych. Wtedy, szybko pojawili się u niego, prosto z Nowogrodzkiej, premier Szydło, oraz marszałkowie Karczewski i Kuchciński, z prostym przesłaniem - "prezes daje ci godzinę na zmianę decyzji".

Minęły dwa miesiące i prezes już nie wysyłał podwładnych, lecz pofatygował się sam - w piątek był w Belwederze i długo, bo dwie i pół godziny, rozmawiał z Dudą. Prezydent osiągnął więc minimum tego, co zamierzał - Jarosław Kaczyński uznał jego podmiotowość, pogodził się z tym, że będzie najważniejsze sprawy z nim konsultował. Bo przecież odwołać go nie może.

Reklama

To dużo czy mało? Zależy dla kogo. 

Jeżeli przypomnimy sobie Andrzeja Dudę jeszcze sprzed paru miesięcy, zalęknionego, biegnącego za Jarosławem Kaczyńskim, żeby tylko uścisnąć mu rękę, to droga, którą przebył jest potężna. Ale jeżeli przypomnimy sobie prezydentów Lecha Wałęsę i Aleksandra Kwaśniewskiego, którzy grali swoje, to widać, jak wiele Duda jeszcze może. Jak rozległe są oceany jego możliwości. 

Czy ma ochotę na nie wypłynąć? Chyba ma.  

Z przecieków, które po spotkaniu doszły do dziennikarzy mogliśmy się dowiedzieć, że Duda z Kaczyńskim rozmawiali nie tylko o "najważniejszych kwestiach w państwie", czy o sądowych ustawach, które Kancelaria Prezydenta przygotowuje, ale także o sprawach kadrowych. O ministrach, którzy prezydentowi się nie podobają - o Macierewiczu, Waszczykowskim i Radziwille. 

Słowo stało się ciałem - parę dni wcześniej rzecznik prezydenta Krzysztof Łapiński proszony o komentarz do informacji, że Duda miał domagać się od premier Szydło dymisji ministra Macierewicza, odparł:  - "Jeśli prezydent miałby oczekiwania co do zmian w składzie Rady Ministrów, to na pewno by je wyraził prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu". No to okazja się nadarzyła. Mógł wyrazić oczekiwania.  

Ech! To są przyjemne dla ludzi polityki chwile. Że można się odegrać za miesiące upokorzeń. Nikt przecież tak bardzo nie poniżał Dudy jak jego własny polityczny obóz. Macierewicz robił co chciał, zupełnie lekceważąc konstytucyjny zapis o Zwierzchniku Sił Zbrojnych. Doszło do tego, że generałowie dostali od ministra zakaz kontaktowania się z prezydentem, a kontrwywiad wojskowy odebrał wiceszefowi BBN prawo do dostępu do informacji tajnych. 

Minister Waszczykowski pisał listy do prezydenta, strofował go, domagając się szybszej pracy jego Kancelarii i zatwierdzania ambasadorskich nominacji. Zbigniew Ziobro z kolei tak sterował ustawami sądowymi, że oddawały one w jego ręce władzę nad Temidą.  

Duda traktowany był przez PiS jako facet od podpisywania ustaw i wykonywania poleceń prezesa. Jako osoba podległa, o niższym intelekcie. On się z tą rolą godził. Ale można było przypuszczać, sam o tym pisałem, że taka sytuacja kiedyś zmusi go do powiedzenia "nie". Czy to teraz?  To mamy mysz, która ryknęła... 

Wyobrażam sobie, jaka irytacja w PiS-ie musiała nastąpić, gdy okazało się, że ten Nikt, nagle uzmysłowił sobie, że jest Kimś. I popsuł im układankę. To się zdarza. 

Jest cudowna anegdota, z okresu, gdy premierem był Tadeusz Mazowiecki. Coś od niego chciał Lech Wałęsa, ale nie za bardzo mógł to wyegzekwować. Więc, zdenerwowany, rzucił Mazowieckiemu w twarz: "panie, ale to ja pana zrobiłem tym premierem!"  Na co Mazowiecki odparł, tym swoim flegmatycznym tonem: "no i właśnie nim jestem..." 

Sytuacja, że Kaczyński jeździ do Dudy, by ustalać z nim polityczną agendę, jest więc dla obozu władzy największą zmianą od jesieni 2015. Do tej pory wszyscy jeździli na ulicę Nowogrodzką, do gabinetu prezesa. Ministrowie, premier Szydło, ba, widziano tam nawet Andrzeja Dudę. Beata Szydło otwarcie przyznawała się, że najważniejsze decyzje kadrowe i strategiczne konsultuje z prezesem PiS. Innymi słowy, że jest pokorną wykonawczynią jego woli. O prezydencie za to mówiła, że ma współdziałać z rządem. Stawiała się więc wyżej od niego. 

Po spotkaniu w Belwederze pani Szydło będzie musiała zweryfikować swoje wyobrażenia. Nie tylko zresztą ona - praktycznie cały PiS. Co to oznacza? Czym skończyć się może to pęknięcie w obozie władzy? 

Przeciwnikom PiS, którzy aż podskakują do góry na myśl, że oto rządzący rzucą się sobie do gardeł, radziłbym wypić szklankę zimnej wody. Jest bezdyskusyjne, że mamy w obozie władzy rysy, że miłości braterskiej i siostrzanej tam już nie ma, ale to nie znaczy, że  to się wszystko rozsypuje i pogrąża w bijatykach. Owszem, polityczna budowla PiS-u jest słabsza, niż w chwili obejmowania władzy. Ale wystarczająco silna, by oprzeć się takim tuzom jak Schetyna czy Petru. Owszem, Duda manifestuje swoją samodzielność, ale przecież nie po to, żeby wzmacniać opozycję.       

Jarosław Kaczyński zlepił obóz prawicy z rozmaitych grupek, i poprowadził ku władzy. Po dwóch latach rządzenia jedni obrastają we frukty, inni uważają, że dostali za mało. To generuje naturalne konflikty. I będzie ich więcej. 

Choć ważniejsze będzie narastające pęknięcie, dotyczące poglądów na przyszłość. Podział na prawicę radykalną, bolszewicką, i tę konserwatywną, tradycyjną.

Zwróćmy uwagę, co powiedział Kaczyński na niedzielnej "miesięcznicy" - że Polska będzie wyspą w Europie, ale nie ulegnie naciskom Unii. I że to będzie zwycięstwo. Jest więc gotów na zwarcie, na wyprowadzenie Polski z Unii, na kolejne wojny, i nie zamierza ustępować. Duda jest inny. O Unii źle nie mówi. A jeśli chodzi o sprawy wewnętrzne to woli biskupów niż księdza Rydzyka. 

No i zapowiedział, że w sprawie ustaw sądowych odbędzie z partiami konsultacje. Wiele bym sobie po nich nie obiecywał, ale tu liczy się co innego. Ten gest - że nie traktuje opozycji jako sił zła, partii zewnętrznych, zdrajców itd. 

Mamy więc ze strony władzy dwugłos. I to jest, po dwóch latach monoogu, ważna nowość.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje