Onyszkiewicz: Ogromny sukces w cieniu wielkiej tragedii

Ogromny sukces w cieniu wielkiej tragedii, ale taki jest himalaizm - tak prezes Polskiego Związku Alpinizmu Janusz Onyszkiewicz podsumował wyprawę na niezdobyty wcześniej zimą szczyt Broad Peak (8047 m) po powrocie uczestników do kraju.

5 marca na wierzchołku góry w Karakorum stanęli (według czasu lokalnego): 29-letni Adam Bielecki (KW Kraków) o godz. 17.20, 33-letni Artur Małek (KW Katowice) o 17.50 oraz 58-letni Maciej Berbeka (KW Zakopane) i 27-letni Tomasz Kowalski (KW Warszawa) o 18.00. W bazie (4900 m) pozostał kierownik ekspedycji 62-letni Krzysztof Wielicki (KW Katowice), zdobywca Korony Himalajów i Karakorum.

Reklama

- Tego jeszcze w historii nie było, aby cztery osoby, w tak krótkim przedziale czasowym, zaledwie 40 minut, stanęły na ośmiotysięczniku, i to jeszcze zimą. Niestety, dwóch naszych kolegów - Maciek i Tomasz - pozostało tam na zawsze. Taki jest jednak ten sport wysokogórski, sport ekstremalny, w którym Polska zajmuje pierwsze miejsce - powiedział Onyszkiewicz podczas wtorkowej konferencji prasowej w Centrum Olimpijskim im. Jana Pawła II w Warszawie.

Polityk, matematyk, himalaista i speleolog, który w 1976 roku brał udział w wyprawie narodowej na K2 (8611 m) przypomniał, że na dziesięć spośród 14 ośmiotysięczników jako pierwsi wspięli się zimą Polacy, w tym na jeden z Włochem Simonem Moro. Niezdobyte pozostały jeszcze dwie góry - Nanga Parbat (8126 m) i osławiona K2 (8611 m).

Do ataku na Broad Peak wyruszyli z obozu IV na wysokości 7400 m o świcie 5 marca Berbeka, Bielecki, Kowalski i Małek. Na decyzję o porze wyjścia (5.15) wpływ miały bardzo korzystne warunki atmosferyczne i równie dobra prognoza pogody na najbliższe doby oraz klasyczna zasada mówiąca o tym, że do ataku zimowego w nocy się nie wychodzi.

Z założenia wspinali się w dwóch zespołach

- Analizowaliśmy wcześniej, jak kształtowały się warunki na tej górze w ostatniej dekadzie. W ciągu 10 lat nie było tak idealnych, jak tym razem. Przewidywane okno pogodowe na dwie doby, wydłużyło się nawet - podkreślił koordynator krajowy wyprawy, kierownik programu "Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015" Artur Hajzer.

Wielicki zaznaczył, że istotne było również to, iż poprzedniego dnia cała czwórka dotarła do obozu IV na 7400 m późno, wprost z "dwójki" (6200 m) i potrzebowała więcej godzin na odpoczynek. W drodze na szczyt alpiniści pokonali trzy szczeliny, z których najtrudniejszą ubezpieczyli liną poręczową.

Na przełęcz i grań (ok. 7900 m) weszli o 12.30 Bielecki i Berbeka, a chwilę potem Małek i Kowalski. Z założenia wspinali się w dwóch zespołach: Bielecki-Małek oraz Berbeka-Kowalski.

- Od przełęczy w górę, z powodu trudności do przedwierzchołka Rocky Summit (8027 m) szli związani liną w dwóch osobnych zespołach. Pierwsi wspinali się Bielecki i Małek. Od przełęczy osiągniętej o 12.30 do zdobycia szczytu przez pierwszego alpinistę, czyli Adama, minęło więcej czasu niż zakładał pierwotny plan ataku szczytowego. Było to spowodowane nieprzewidzianymi trudnościami technicznymi, przede wszystkim szczelinami, jakie napotkano przed wierzchołkiem Rocky Summit. Latem takie problemy nie występują - wspomniał Wielicki.

Himalaiści mieli prawo do takiej decyzji

Na Rocky Summit (8027 m) czwórka alpinistów była ok. godziny 16. Z tego szczytu zarówno Bielecki i Berbeka łączyli się z bazą. Poinformowali wówczas Wielickiego, który zachęcał ich do przerwania ataku, że podjęli decyzję o kontynuowaniu wspinaczki.

Wielicki dodał, że mimo późnej pory, atak kontynuowano, choć w imię zasady "trzymania się razem" mógłby zostać przerwany. - Himalaiści mieli prawo do takiej decyzji - warunki pogodowe i prognoza były bowiem wyjątkowo sprzyjające. Temperatura wynosiła od minus 29 do 35 w nocy, było prawie bezwietrznie, całkowicie bezchmurnie, przy pełnej, niezakłóconej widoczności  - podkreślił.

Pomiędzy pierwszym (Bieleckim, o 17.20), a ostatnim zdobywcą Broad Peak było 40 minut różnicy. Alpiniści schodzili z wierzchołka osobno.

- Oczekiwanie w warunkach zimowych na tej wysokości nie jest możliwe - grozi wychłodzeniem, hipotermią i innymi następstwami zdrowotnymi. Czekanie powiększałoby niebezpieczeństwo dla całego zespołu. W drodze na szczyt żadna osoba nie zgłaszała oznak słabości. Również cofnięcie się pod górę, po wolniejszych kolegów w warunkach zimy na tej wysokości, po kilkunastogodzinnej akcji, jest bardzo trudne i niezwykle ryzykowne - zaznaczył Wielicki.

Niestety, po zdobyciu szczytu u Kowalskiego nastąpiło prawdopodobnie gwałtowne, niepoprzedzone żadnymi objawami wyczerpanie energetyczne i szybkie zmiany patologiczne związane z wysokością oraz niską temperaturą. Nie był w stanie schodzić. Normalnie godzinny odcinek drogi do przełęczy, gdzie przypuszczalnie pozostał, zajął mu 12 godzin.

- Z Tomkiem parokrotnie nawiązałem łączność radiową. Z Maciejem od momentu zdobycia góry nie miałem żadnego kontaktu. Nie schodzili razem, nie jest też jasne, czy choć przez moment przebywali obok siebie. Maciej szedł pierwszy, na odległość wzroku od Tomasza, parę razy był przez niego widziany. Również w przypadku Berbeki można przypuszczać, iż doszło do skrajnego wyczerpania energetycznego, w wyniku którego mógł on przy tak dużych trudnościach technicznych wpaść do szczeliny lub spaść w przepaść - powiedział Wielicki.

Dowiedz się więcej na temat: Broad Peak | himalaiści | śmierć

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje