Powrót na Broad Peak. Kulisy tragicznej wyprawy

"Szybki oddech jak u psa - jak zawsze, kiedy się boję. Dzwonię jednak. Ledwo się przedstawiam - posłał mnie na trzy, jak mówią Rosjanie, wesołe litery, bo u nich to słowo jest przez samo "h". No to piszę." - tak Jacek Hugo-Bader zaczyna swoją książkę "Długi film o miłości". Powrót na Broad Peak". W czerwcu 2013 roku wyrusza wraz z innymi członkami wyprawy po ciała zaginionych zimą Maćka Berbeki i Tomka Kowalskiego. Mierzy się z ośmiotysięcznikiem, własnymi słabościami i szaleństwem ludzi gór. To najbardziej niezwykła podróż w jego życiu. Chcesz do niej dołączyć? Zapraszamy do udziału w konkursie!

Fragmenty:

Reklama

18 marca 2013, 18.39

Witam, Panie Jacku,

Nazywam się Jacek Hugo-Bader, od 23 lat jestem reporterem "Gazety Wyborczej", a od pięciu lat także pisarzem. Umiem dobrze pisać, ale w wygłaszaniu kondolencji jestem słaby, więc proszę mnie zwolnić z tego rytualnego obowiązku. Proszę uwierzyć tylko, że chyba wiem, co Pan czuje. Też mam starszego brata, który potrzebuje mojej pomocy. I robię, co mogę.

Niech mnie Pan weźmie na tę wyprawę! Błagam. Jak tylko usłyszałem w radiu historię zimowego zdobywania Broad Peak, nie przestaję o niej myśleć. Niech mnie Pan weźmie.

Będę waszym kronikarzem, będę pisał na bieżąco relacje na portalu internetowym, blogi, pierdogi i wszystko, co trzeba, a na koniec powstanie piękna książka o waszej poszukiwawczej wyprawie. Już mam kilku wydawców, którzy biją się o ten nieistniejący materiał.

Nikt lepiej ode mnie tej książki nie napisze. Nie będę Pana nudził prezentacją mojego dorobku, który jest niemały. Jestem w grupie kilku czołowych specjalistów od reportażu i literatury faktu w Polsce. Moje książki zostały przetłumaczone na kilkanaście języków. Do tego jestem silny, wytrzymały i odporny jak wielbłąd. Mam 55 lat, biegam maratony letnie i narciarskie, do pracy jeżdżę przeważnie na rowerze, oddaję honorowo krew, mogę wypić - ale nie muszę. Nie jestem alpinistą, ale błyskawicznie się uczę, mam duże doświadczenie w turystyce górskiej, znoszę niewygody, ekstremalne temperatury (kilka zimowych samotnych wypraw na Syberię od Uralu po Czukotkę). Pustynie Gobi i Kara-kum pokonałem na rowerze.

Jestem reporterem piszącym, ale robię też zdjęcia na poziomie zawodowym. Będę waszym kronikarzem, tragarzem, pomywaczem garów, dobrym, wrażliwym kompanem i psychoterapeutą. Weźcie mnie tylko, tym bardziej że sam pokryję WSZYSTKIE wydatki związane z moim wyjazdem.

Proszę nie odrzucać szybko mojej propozycji i prośby. Proszę ponosić ją w głowie parę dni i dać mi jakoś znać.

Tymczasem pozdrawiam serdecznie,

Jacek hb

-----
Polacy zawsze świetnie się spisywali, kiedy mieli pod górkę, a w naszym sporcie to w ogóle dobrze, jak jest pod górkę. Myśmy nawet sami sobie utrudniali, specjalnie w upale, na podejściach nie piliśmy od świtu do nocy, nie jedliśmy po kilka dni, czerpaliśmy z zapasów. Żeby zhardzieć, umieć sobie odmawiać. A młodzi teraz, jeśli nie dostaną swojego żelu, batona energetycznego, zasilania, rozsypują się.

- Patrzę na ciebie i się zastanawiam, gdzie te twoje zapasy - mówię do drobnego, niewysokiego himalaisty.

- W głowie. Cierpienie może być sztuką. Oczywiście tylko to cierpienie, które sobie sam zadajesz. A tak jest w himalaizmie.

- Chodzi o narzucenie sobie wysiłku ponad miarę?

- Tak. To daje przyjemność. Wspinasz się, jesteś u kresu wytrzymałości, niemal umierasz ze zmęczenia, głodu, pragnienia, boli cię każdy mięsień, całe ciało, ale jesteś szczęśliwy.

Wojciech Kurtyka, wybitny, ciągle żyjący himalaista tamtego okresu, nazywał to "sztuką cierpienia". Twierdził, że trzeba ją opanować, żeby przetrwać zimą w górach wysokich, trzeba mieć wprost żelazną przeżywalność, zwierzęcą zawziętość, żeby przetrwać to straszliwe zimno, głód, wieczne pragnienie i ledwo okiełznany strach. Cóż więc dziwnego, że taki człowiek, zamieniony przez sytuację ostateczną w zwierzę, skoncentrowany jest tylko na własnej walce z wyczerpaniem, paniką, trwogą ostateczną, na walce o własne przetrwanie. Nie ma już siły i miejsca na empatię, na dzielenie uczuć i strachu słabszego partnera. "Sztuka cierpienia" to rodzaj wewnętrznej głuchoty, postępującego twardnienia serca.

A cóż sztuka ma wspólnego z twardym, bezlitosnym sercem?!

- Dla maratończyków także cierpienie jest źródłem szczęścia - tym razem mówię coś, o czym wiem na pewno.

- I tak samo jak oni jesteśmy od tego cierpienia uzależnieni.

- Uzależnieni, a do tego gwiazdorscy - czepiam się legendy.

- Ty uprawiałeś sport kompletnie niestadionowy, teraz jesteście medialni i celebryccy jak tenisiści.

- Ci młodzi, którzy jechali ze mną na zimową wyprawę na Broad Peak, pierwsze pytanie, które mieli do nas, organizatorów, to czy będą mogli pisać na forum czy Facebooku, wysyłać fotki. Dla nas media kompletnie nie były ważne, a dla nich to sprawa życia i śmierci. Dlatego zupełnie ich nie interesuje jakiś tam zespół, drużyna, partnerzy. Oni muszą wejść. I natychmiast zabrylować tym w internecie. Budują swoją pozycję w świecie alpinistycznym i nie tylko alpinistycznym.

- Po górach więc śmigają teraz kapryśne gwiazdy, bo autystyczne platfusy nikogo nie interesują i żaden sponsor takiemu nie da pieniędzy.

- I to są gwiazdy o błyskawicznych karierach. Myśmy wspinali się w Tatrach, potem w Alpach, na Kaukazie, w Pamirze, Hindukuszu, Andach i wreszcie w Himalajach i Karakorum. Od najniższych do najwyższych gór, od najbliższych do najdalszych, bo ograniczały nas kosztowne podróże. Nasze kariery były wolniejsze, ale były bezpieczniejsze, eliminowały ludzi bez predyspozycji i wariatów. Nie można było sobie pojechać w Alpy ani na Kaukaz, choćby dlatego że nie było paszportów. Kluby wysokogórskie je załatwiały. Teraz, jak ktoś jest dobry w Alpach, od razu pakuje się w Himalaje. A gdzie dziesiątki trudnych biwaków, załamań pogody, popełnianych błędów, z których wychodzi się obronną ręką? Gdzie zdobywane doświadczenie?

Nie mają. I się zabijają. A jak się nie zabiją w pierwszych paru latach, to potem dopiero będą mieli szansę, gdy będą bardzo doświadczeni, i zabije ich rutyna.

- To wypisz wymaluj zespół Berbeka - Kowalski. Rutyniarz z debiutantem.

- Tak. Najbezpieczniejsze dla alpinisty są lata środkowe jego kariery, między dziesiątym a dwudziestym rokiem wspinania.

Tę rozmowę z Krzysztofem Wielickim odbyłem przed moim wyjazdem na Broad Peak. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że za miesiąc zginie Artur Hajzer, który tuż przed wyruszeniem w góry powiedział publicznie, że jest w najbardziej niebezpiecznym dla himalaisty wieku 50 lat, kiedy walcząc z kryzysem wieku średniego, mamy skłonność do popełniania błędów.

-----

Broad Peak to góra Polaków, chociaż 9 czerwca 1957 roku jako pierwsi zdobywają go wspinacze austriackiego zespołu kierowanego przez Marcusa Schmucka. Ale tylko naszym na tej górze tyle się wydarzyło. Pierwsza kobieta, która ją zdobyła, to Krystyna Palmowska z Warszawy. Pierwsze wejście w historii na ośmiotysięcznik w ciągu jednego dnia miało miejsce na Broad Peaku, a dokonał tego Krzysztof Wielicki. Mamy tam wreszcie piękny, bardzo trudny polski trawers przez wszystkie trzy wierzchołki góry, autorstwa Jerzego Kukuczki i Wojciecha Kurtyki, oraz udany atak z 1975 roku na niezdobyty jeszcze wtedy szczyt Broad Peak Middle (Środkowy), który zakończył się śmiercią Marka Kęsickiego, Bogdana Nowaczyka i Andrzeja Sikorskiego z Wrocławia.

Pięciu zdobywców staje na dziewiczym szczycie bardzo późno. Jest godzina 19.30 i gwałtownie załamuje się pogoda. Załamuje się tak raptownie, że chłopaki rezygnują nawet ze zdjęć na wierzchołku, byle szybciej znaleźć się niżej. Po kolei rozpoczynają zjazd, a gdy są już niemal na przełęczy, z grani na chińską stronę masywu spada Bogdan Nowaczyk. Co gorsza - porywa ze sobą jedyną linę. Jego partnerzy biwakują w straszliwym huraganie i 30-stopniowym mrozie do rana i rozpoczynają beznadziejne, wielogodzinne poszukiwania zaginionego towarzysza. Asekurują się liną z powiązanych pętli osobistych i rozplecionych taśm z uprzęży. To kosztowało ich tyle sił i czasu, że zmuszeni są do kolejnego biwaku w okolicach przełęczy, ale gubią się dwaj kolejni wspinacze. Następnego dnia Janusz Kuliś i Kazimierz Głazek odnajdują ciało Andrzeja Sikorskiego, próbują go reanimować, ale nie przywracają go do życia i resztką sił schodzą do obozu trzeciego i bazy, z której w okolicę przełęczy docierają ich koledzy z wyprawy i kilku himalaistów austriackich. Ten mieszany zespół jeszcze trzy dni szuka nadaremnie zaginionego Marka Kęsickiego.

Tak była zdobywana pierwsza w historii polskiego alpinizmu ośmiotysięczna góra. Janusz Kuliś przypłacił to odmrożeniem i amputacją wszystkich palców u nóg, ale wspinał się jeszcze wiele lat, nawet na tak wymagających górach jak Manaslu i Mount Everest. Kazimierz Głazek także nie zrezygnował z gór, był na Nanga Parbat i K2, a zginął w 2005 roku na wczasach w Tunezji. Zachłysnął się wodą w basenie i utonął. Nie umiał pływać. Dziesięć lat po tragedii chłopaków z Wrocławia pod Broad Peakiem staje Wanda Rutkiewicz - największa supergwiazda himalajska wśród kobiet. Towarzyszy jej Barbara Kozłowska, polska alpinistka na stałe mieszkająca w Genewie. Ich atak na dwunastą górę świata załamuje się, a podczas odwrotu przez lodowiec Barbara wpada do potoku, wielki plecak krępuje ruch, nie pozwala się uwolnić, przygniata jak młyński kamień i dziewczyna tonie. Wandzie udaje się ją wydostać z wody, ale tylko po to, żeby pochować na lodowcu pod kopcem kamieni.

Bitwy o zdobycie Broad Peaku zimą trwały ćwierć wieku. Zaczął Andrzej Zawada w 1988 roku, kierownik największych polskich wypraw w góry wysokie, który wpadł na pomysł, że zimowe wspinanie może być naszym oknem na świat, naszą narodową specjalnością. To właśnie dlatego po pierwszych zwycięstwach Polaków zaczęto nazywać w świecie Ice Warriors, Lodowymi Wojownikami, bo zimowa wspinaczka jest o niebo trudniejsza od letniej, a nikt nie umiał nam w tym dorównać i przez bardzo wiele lat nawet nie próbował.

Dopiero zimą 2003 roku na Broad Peak ośmielił się porwać hiszpański Bask Juanito Oiarzabal, potem dwa razy w sezonie 2007/2008 próbował Włoch Simone Moro oraz Artur Hajzer w sezonach 2008/2009 i 2010/2011.

Przed ostatnią, trzecią polską wyprawą Artur Hajzer poprosi Krzysztofa Wielickiego o poprowadzenie tego zimowego ataku, bo on już dwa razy próbował o tej porze roku i dwa razy musiał zawracać. Raz nawet o mało nie przypłacił swojej broadpeakowej idée fixe życiem, bo schodząc po nieudanym letnim ataku na szczyt, złamał na przedwierzchołku nogę.

- Moja wiara jest zbyt słaba - mówił - a do zdobycia tej góry potrzebna jest wiara niezmącona.

Hajzer nigdy nie zdobył Broad Peaku. Piotrowi Pustelnikowi udało się to dopiero za czwartym razem, i też otarł się tam o śmierć, kiedy w eksponowanym miejscu zerwała się pod nim poręczówka.

- Panicznie boję się tej góry - mówi zdobywca Korony Himalajów.

- Jest nie tylko bardzo niebezpieczna, ona nie toleruje najmniejszych nawet błędów. Myślę, że to samo można powiedzieć o każdym z 14 ośmiotysięczników, które odebrały życie już 760 wspinaczom spośród 12 tysięcy zdobywców tych szczytów w dziejach himalaizmu.

Bardzo skrupulatnie dokumentuje to Eberhard Jurgalski z Niemiec, który na swojej liście poległych ma już 30 Polaków. A w ogóle w Himalajach i Karakorum życie straciło 50 naszych rodaków. Sześcioro z nich wziął sobie Szeroki Szczyt, który odebrał życie 26 osobom. Dlatego książkę tę dedykowałem Baśce, Pascale, Cristin, Danie, Andrzejowi, Bogdanowi, Markowi, Enrico, Hansowi, Peterowi, Liam, Yong-Il, Kurtowi, Bohuslavowi, Alexowi, Hyun-Jae, Sun-Taek, Jae-Mo, Dong-Keun, Fukuzo, Jeffreyowi, Erico, Seong-Kwan, Markusowi, Vlado, Maćkowi, Tomkowi, Pouyo, Mojtabo i Aidinowi.

-----
W styczniu 2013 roku wyprawa stanęła u podnóża Broad Peak. Po założeniu obozów i aklimatyzacji, czekano na odpowiednią pogodę. Idealne warunki miały pojawić się 5 marca. Zapadła decyzja, że idą we czwórkę: Tomasz Kowalski, Adam Bielecki, Artur Małek oraz najstarszy i najbardziej doświadczony Maciej Berbeka.

Z obozu szturmowego na wys. 7400 m wyszli o 5.15. Tempo wspinaczki na szczyt spowolniły lodowe szczeliny. Polacy pojawili się na wierzchołku pojedynczo pomiędzy 17 a 18 wieczorem 5 marca.

Niestety, do bazy wrócili jedynie Bielecki i Małek. Ślad po dwóch pozostałych himalaistach - Tomaszu Kowalskim i Macieju Berbece - zaginął. Kolejne dwa dni upłynęły na poszukiwaniach, wypatrywaniach znaku. W nocy z 7 na 8 marca pogoda zaczęła się psuć.

8 marca wieczorem kierownik wyprawy, Krzysztof Wielicki, zdecydował, że dalsza obecność pod Broad Peak nie ma sensu i uznał Macieja Berbekę i Tomasza Kowalskiego za zmarłych.

W czerwcu 2013 roku wyrusza wyprawa poszukiwawcza na Broad Peak. Ciało Tomka Kowalskiego zostało odnalezione na wysokości 7900 m. Nie udało się odszukać ciała Maćka Berbeki. Jednym z uczestników wyprawy był Jacek Hugo-Bader.

W sierpniu 2013 roku Polski Związek Alpinizmu opublikował raport dotyczący wyprawy. Wytknął błędy popełnione w czasie całej wyprawy i negatywnie określił postawę Adama Bieleckiego (jednego z czterech zdobywców szczytu).

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje