RMF24: 6 godzin na mrozie pod gruzowiskiem. Była ostatnią żywą

"Wydaje mi się, że to było wczoraj. I czasami myślę, że to sen"- tak Sandrine Kosnick, Francuzka z polskimi korzeniami, wspomina katastrofę hali MTK w Katowicach. Dziś mija dokładnie osiem lat od wypadku, w którym zginęło 65 osób, a ponad sto zostało rannych.

Było już po godzinie 17. Sandrine na swoim targowym stoisku właśnie otwierała butelkę szampana. Wystrzał korka zlał się z szumem walącego się dachu. Pamięta tylko, że jej ojciec krzyknął: "Na podłogę". Niedługo potem poczuła, że została przygnieciona metalem i stalą. I tak leżała przez 6 godzin, aż wreszcie ratownicy i ją wyciągnęli z rumowiska. Była ostatnią żywą osobą, którą wydobyto.

 - Trafiłam do szpitala w bardzo ciężkim stanie. Miałam uraz nerek, złamany kręgosłup, gangrenę, do tego doszła sepsa. Zresztą urazów było więcej. Od razu trafiłam na oddział intensywnej terapii - opowiada po ośmiu latach od wypadku.

"Nie ma nocy, którą mogłabym przespać bez bólu"

Reklama

Najpierw były ponad dwa miesiące w szpitalu, a potem kolejne miesiące rehabilitacji. Ale bóle odczuwa do dziś.  - Nie ma nocy, którą mogłabym przespać bez bólu - mówi Sandrine.

Włączona nagle klimatyzacja w markecie, zdjęcia z jakiegoś wypadku czy katastrofy, zapach gołębi, nawet zbyt ciasne otulenie kołdrą - to wszystko przypomina jej tamte wydarzenia.

 - Kiedy wchodzę do dużej hali odruchowo spoglądam na sufit, czy aby się nie zawali - mówi opisując swój stan psychiczny. Ale opowiada, bo traktuje to jako swego rodzaju terapię.

Wspomina swojego pracownika, Radka, który zginął w katastrofie. Miał nieco ponad dwadzieścia lat. Wahał się, bo miał wówczas dwie oferty pracy: w banku i od Sandrine. Wybrał jej propozycję. Tego dnia razem byli na targach. Teraz chodzi na jego grób.

Po katastrofie musiała walczyć nie tylko o zdrowie, ale też i o swoją firmę. Kiedy leżała w szpitalu, długi rosły. Niewiele osób gotowych było pomóc. Ale po latach wreszcie udało jej się stanąć na nogi. Prowadzi hurtownię i sprzedaje sportowe trofea. Po ośmiu latach znowu wróciła też na wystawę gołębi. Od kilku lat hodowcy spotykają się już jednak nie w Katowicach, ale w Sosnowcu.

"Jeśli ktoś jest winny tej tragedii, powinien za to odpowiedzieć"

I teraz gotowa jest do kolejnej walki - o odszkodowanie.  - Złożę pozew cywilny. Jeśli ktoś jest winny tej tragedii, powinien za to odpowiadać, także finansowo - tłumaczy powody swojej decyzji. Tym, którzy próbują ją krytykować za to, że będzie domagać się pieniędzy, odpowiada krótko:  - Ci, którzy nie leżeli ze mną pod zawalonym dachem, na ziemi, na mrozie i nie walczyli o życie nie mają prawa tak mówić.

Ale walka o odszkodowanie nie będzie łatwa. Pozew cywilny może złożyć dopiero wtedy, gdy zapadnie wyrok w toczącym się od ponad 5 lat procesie. Jego końca na razie nie widać. Ale Sandrine mówi, że po tym co przeszła przez ostatnie osiem lat jest cierpliwa. I dodaje: Dostałam drugą szansę życia. I teraz muszę wykorzystać to jak najlepiej.

Hala MTK zawaliła się w czasie wystawy gołębi pocztowych. Zdaniem prokuratury,  obiekt był źle zaprojektowany i wykonany, niestaranne były też przeprowadzane tam kontrole. Przed katastrofą nie odgarnięto również w porę zalegającego na dachu śniegu. Na ławie oskarżonych zasiada 11 osób.

Marcin Buczek







Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje