"Samson" - wygraj najnowszą powieść Piotra Bolca

Pewnego dnia do Tczewa przyjeżdża samotny łowca - Alek Jakusz, prywatny detektyw z Gdańska. Zajmuje się porwaniem córki pewnego biznesmena. Miasto wita go brutalnie. Nikt go tu nie chce i wszyscy go się boją. A Jakusz ma plan - chce tu osiąść i znaleźć spokój. Aby to się mogło udać, musi najpierw zrobić porządek z działającym na terenie miasta gangiem. Zaczyna się bezlitosna walka na śmierć i życie.

Tak - w telegraficznym skrócie - rozpoczyna się akcja powieści Piotra Bolca pt. "Samson". Dla naszych czytelników wraz z wydawnictwem "Oficynka" przygotowaliśmy kilka egzemplarzy książki. Aby spróbować zdobyć jedną z nich, wystarczy wziąć udział w niżej opisanym konkursie. Wcześniej polecamy lekturę fragmentu "Samsona".

Przeczytaj fragment książki

Reklama

Z zadumy wyrwało go dopiero pojawienie się kilkorga młodych ludzi u wylotu ulicy Krótkiej. Już na pierwszy rzut oka można było stwierdzić, że są pijani, ale nie w ten sposób, który pęta i upośledza zmysły, ale w ten dodający energii i wprowadzający w stan euforii, w której wszystko wydaje się człowiekowi możliwe. Tacy byli właśnie młodzi ludzie idący naprzeciw niego - silni, szybcy, zdecydowani na wszystko. Byli teraz panami tej ulicy, a on intruzem, którego trzeba z niej zmieść.

Jakusz bał się ich. Jego strach narastał. Usłyszał, że jeden z idących wrzasnął coś niezrozumiale. Jakusz nie wiedział, czy to do niego, czy może do nikogo. Strach kazał mu myśleć, że to do niego. Ten sam strach jednocześnie kazał mu stawiać desperacki opór, gdy będzie źle, a z góry wiedział, że będzie źle, bo do tego przygotował go strach.

Znaleźli się na tej samej wysokości. On i oni. Jeden z nich znowu wydarł mordę, jak gdyby sprawiało mu to przyjemność. Patrzyli się prosto w niego. On też patrzył prosto na nich. Miał nadzieję, że nie widać po nim lęku. Chyba jednak było widać, bo jeden z nich w odpowiedzi wybałuszył na niego oczy.

Minęli go. Nic się nie stało. Sprawiło mu to taki zawód, że musiał się za nimi obejrzeć. Kilka metrów za nim stało jeszcze kilka innych ciemnych sylwetek. To w kierunku tych sylwetek wołał mijający go mężczyzna.

Gdzie oni tak chodzą w środku nocy? Dlaczego tak dużymi grupami? Do czego się nawołują? To była tajemnica, której nie chciał poznać.

Ruszył dalej. Byle dalej. Do przodu.

Miasto zaczynało żyć. Bramy kamienic porozwierały się z cichym skrzypieniem, odsłaniając cieniste podwórka. W niemal każdej z nich czaili się mężczyźni. Jedni mieli butelki, inni papierosy, inni jeszcze coś innego. Zachowywali się cicho. Obserwowali.

Tak samo jak bramy pootwierały się drzwi klatek schodowych. Wyrzygały one z siebie postacie, których dzień nie chciał oglądać albo to one nie chciały oglądać dnia. One też obserwowały cichutko, z ukrycia. 

Stare Miasto tylko pozornie było opustoszałe. Jakusz, idąc pośpiesznie brukowanymi ulicami, nie mógł pozbyć się wrażenia, że oto znajduje się w mieście żywcem wyjętym z westernu, z jego przerażającą pustką, która zostawia człowieka samego i bezbronnego wobec niebezpieczeństwa, z jego ciszą, będącą zawsze oczekiwaniem i cichym przyzwoleniem na to, co się stanie, oraz ze świadomością, że inni ludzie gdzieś są, ale się kryją, pilnując, by nie znaleźć się w środku tego, co ma nastąpić. Niby ulice były puste, ale wiadomo było, że to tylko pozory, że tak naprawdę bramy, okna i klatki schodowe pełne są ludzi. Niby było cicho, ale wystarczyło tylko nadepnąć nieuważnie na ogon żmii, by natychmiast zostać zaatakowanym. Niby było się samym i w związku z tym wolnym na tych uliczkach, ale jednocześnie wiadomo było, że każdy ruch, gest czy spojrzenie jest dokładnie rejestrowane przez dziesiątki par oczu.

Chciał jak najszybciej uciec z tego miejsca. Przez chwilę myślał, że mu się udało, bo wydostał się z plątaniny wąskich uliczek na bardziej otwartą przestrzeń. Otwarta była ulica Dąbrowskiego, z jej biblioteką i pocztą, otwarte było rondo z Urzędem Miasta przyklejonym do jednego z jego skrajów. I wtedy okazało się, że musi przejść przez jeszcze jedno wąskie gardło - ulicę Kopernika.

Od pierwszej chwili wiedział, że zarył w to miejsce wszystkimi kopytami. Mógł tylko znowu biernie patrzeć, jak górujące nad nim dachy kamienic złączają się, zamykając go w wąskim tunelu, w którym uciekać można tylko do przodu, nigdy do tyłu.

Ulica nie była długa. Na jej końcu dostrzegł kilkunastu chłopaków. Byli nie do odróżnienia w tych swoich bluzach z kapturami i z wygolonymi głowami. W tej chwili, w tej właśnie chwili wszyscy ci chłopcy wydawali mu się klonami. To złudzenie spotęgował jeszcze fakt, że w tej samej chwili rzucili wszystko, czym się do tej pory zajmowali, i spojrzeli na niego. W ich oczach zobaczył to samo, co u policjantów, kiedy go bili, u Bynia, kiedy próbował go okraść, u Pauliny, kiedy przeszukiwała mu torbę, u tego przechodnia, kiedy kłócił się z Byniem, i u pijaków, kiedy stali pod monopolowym. Po ich spojrzeniach mógł poznać, jak bardzo to miasto go nienawidzi. On też bardzo nienawidzi tego miasta i boi się go, tak jak nienawidzi i boi się tego chłopaka, który postanowił powielić się na końcu ulicy Kopernika.

Zawołali coś. Do siebie, a może do niego? Dlaczego każdy w tym mieście czegoś od niego chce? Dlaczego nawet przez ulicę nie może przejść, żeby ktoś czegoś od niego nie chciał? Dlaczego ten chłopak i jego kumple odklejają się od ścian kamienicy i ustawiają w poprzek wąskiego przejścia? Dlaczego za przejście chcą pieniędzy? Dlaczego każdy w tym mieście chce od niego pieniądze? Oni chcą pieniądze, taryfiarz chce pieniądze, pijaczki spod sklepu chcą pieniądze, Piórecki chce pieniądze, pułkownik Laskowski chce pieniądze, wszyscy chcą pieniądze. Nawet gdy dziewczyna odwiedza go w hotelu, to musi przed nią chować portfel. Co jest nie tak z tym miastem?

Nie zwracał już uwagi na to, co do niego mówili napastnicy, zbyt był pochłonięty wypuszczaniem ciosu. Celował w głowę najbliższego chłopaka, ale ta głowa nagle zniknęła, a jego ręka przecięła jedynie powietrze. Jego ciało, nastawione na to, że natrafi na opór, teraz zawisło niebezpiecznie w powietrzu. W tym momencie przegrał. Dotarło do niego, że czeka go ból.

Było ich zbyt wielu. Przewrócili go na bruk, a on widział, jak przepychają się, by mu dołożyć. Wierzgał nogami, kilku z nich trafił, ale to były tylko rozpaczliwe próby odwleczenia tego, co nieuniknione.

Kopali go po całym ciele. Kopali go wściekle. Byli jak banda wariatów. Słyszał ich nad sobą, hen wysoko, pod niebem. Słyszał ich przyśpieszone oddechy. Dawno nie mieli takiej frajdy. On tak samo. Wił się pod nimi, próbując jakoś zamortyzować uderzenia, ale po jakimś czasie dał temu spokój. Już mu się nie chciało.

Piotr Bolc, Samson, Gdańsk: Oficynka 2017.

materiały prasowe/INTERIA.PL

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje