Skandaliczny poród w Starachowicach: Sąd uchylił tajemnicę zawodową personelu

Prokuratura będzie mogła przesłuchać personel medyczny szpitala w Starachowicach. Sąd uchylił tajemnicę lekarską i zawodową lekarzy i pielęgniarek, którzy byli na dyżurze, gdy na podłodze i bez opieki kobieta rodziła martwe dziecko - informuje RMF FM.

Do przesłuchań może dojść za tydzień, jak tylko uprawomocni się decyzja sądu - o ile nikt nie złoży na nią zażalenia. Jeśli będzie zażalenie ws. decyzji o ujawnieniu tajemnicy zawodowej, to wtedy sprawę będzie musiał rozpatrzyć sąd wyższej instancji. 

Jak dowiedział się reporter RMF FM, prokuratorzy zebrali pozostały materiał dowodowy i czekają już tylko na przesłuchanie położnych i lekarzy, którzy byli na oddziale, gdy doszło do skandalicznego porodu. Śledczy chcą poznać wersję wydarzeń lekarzy i położnych, zanim zlecą biegłym przygotowanie opinii. Na tej podstawie chcą ocenić do jakich zaniedbań doszło na oddziale i kto za to odpowiada.

Rodziłam na podłodze, między jednym a drugim łóżkiem

Reklama

Przypomnijmy, że do skandalicznych zdarzeń doszło na początku miesiąca. 1 listopada pani Iza - w 8. miesiącu ciąży - przestała czuć ruchy dziecka. Zgłosiła się do szpitala. Badania USG wykazały, że jej dziecko nie żyje. Podjęto decyzję, by wywołać poród. - Przyjęli mnie na oddział i zostawili samą sobie - opowiadała nam pacjentka. 

Akcja porodowa rozpoczęła się na drugi dzień. Ale nikt w szpitalu nie zadbał, by kobieta urodziła w godnych, cywilizowanych warunkach. Nikt nie przyszedł, choć pani Iza alarmowała, że zaczęły się skurcze, a jej mąż wzywał kilka razy lekarzy i położne. Kobiety nie przeniesiono na porodówkę - sama rodziła martwe dziecko.

- Skurcze zaczęły się w pół do pierwszej- opisuje pani Iza. Pani doktor wzięła mnie na badanie i stwierdziła, że to nie są skurcze. Potem bóle powtarzały się co sześć minut, co trzy, ale lekarze - już bez badania - twierdzili, że to nie są skurcze. Nie wiem, na jakiej podstawie to wmawiali - zaznacza.

Do porodu - jak podkreśla - doszło w sali na podłodze.

- Mąż co 10 minut biegał i prosił o pomoc, żeby ktoś przyszedł, zrobił cokolwiek... Siostra stwierdziła, że ona lekarza powiadamia, a on nie przychodzi. No i urodziłam na podłodze, między jednym a drugim łóżkiem - relacjonowała w rozmowie z reporterem RMF MAXXX pani Iza.

- Chodziłem i prosiłem o jakąś pomoc. Tylko była odzywka od położnej, że ona powiadomi lekarza, że ona za chwilę przyjdzie - wspominał mąż pacjentki. Nikt nie miał czasu przyjść do momentu, aż urodziła żona na sali na podłodze. Wtedy, jak pobiegłem, to nagle wszyscy znaleźli nagle czas. Pytanie, co by było, gdyby to dziecko było żywe i wypadło tak na posadzkę, co by wtedy powiedzieli - zauważył.

(mal)

Mariusz Piekarski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje