Tajemnicza śmierć Dymnego

Poniedziałek, 2 października 2006 (15:08)

Po pożarze naszego mieszkania Wiesiek najpierw był załamany, bo to on brał w tym pożarze udział, a ja go wyciągnęłam z mieszkania, jak już się paliło - wspomina Anna Dymna.

Paliło się strasznie (...) Po pożarze zostałam na tych zgliszczach, czekając na milicję. Przyszli faceci w skórach, z latarkami, bo nie było prądu. I nas okradli. W pomieszczeniu, gdzie stała Wieśka maszyna do pisania, na półkach leżały obiektywy, aparaty, bo on był zapalonym fotografikiem (...). Poszłam na milicję i spytałam, dlaczego ukradli, bo przecież mogłam sprzedać ten sprzęt i mielibyśmy trochę grosza. - Niech pani to udowodni - rzucił jeden z tych funkcjonariuszy, którzy u nas byli. Kiedy wybuchnął śmiechem, zorientowałam się, że nic nie odzyskamy.

Przeboleliśmy jakoś wszystkie straty i dostaliśmy jakby nowej energii do życia. Wiesiek wziął się w garść, zupełnie przestał pić (...)

Reklama

Zginął parę miesięcy po pożarze naszego mieszkania. Wiesiu pomagał tam robotnikom w remoncie.

W sobotę, gdzieś około 21 pracował razem z murarzem. Był trzeźwy, jak wychodziłam.

- Aniczka, ja zaraz pójdę do Piwnicy - zapowiedział - a później tu wrócę popracować (...) Miałam jechać na zdjęcia do filmu Hoffmana. Wyszłam, zamykając drzwi. Mieliśmy zatrzaskowy zamek, nikt z zewnątrz nie mógł więc wejść, a oni zostali. Wtedy Wiesia widziałam ostatni raz - i następnego dnia, ale wtedy już nie żył.

Czekałam na niego gdzieś do 13, co pewien czas telefonując do domu, ale nikt nie odbierał. Zaczęłam się kontaktować z różnymi ludźmi i okazało się, że on w ogóle nie dotarł do Piwnicy. Przestraszyłam się i około 15, razem z mężem Eli Karkoszki - Wackiem Stefańskim pojechaliśmy do nas, na ulicę Bitwy pod Lenino. Wbiegłam na strych. Mieszkanie było tylko zatrzaśnięte, a Wiesiek leżał nieżywy w kuchni. Po przyjeździe pogotowia lekarz powiedział, że zgon nastąpił gdzieś około 23 w sobotę, więc do Piwnicy nie mógł już iść, bo już nie żył.

Na początku nikt mi nie wyjaśniał, co mogło być przyczyną śmierci. Później powiedzieli, że serce, a następnie, że zgon nastąpił z powodu alkoholu. Trudno było w to uwierzyć, bo przecież dwie godziny wcześniej widziałam się z nim i był trzeźwy. Pomyślałam sobie, że może coś mu ktoś wstrzyknął?

Nie było żadnego śledztwa, chociaż przekazałam milicji wszystkie moje sugestie i wątpliwości. Sugerowałam też, z kim powinni porozmawiać; chociażby z robotnikiem, z którym Wiesiek murował ścianę, czy z tym dziwnym facetem, który pojawił się nagle, gdy wynosili Wieśka, a którego znałam wcześniej z widzenia. Bywał często w kawiarni "Rio", w której codziennie rano piliśmy z Wiesiem kawę.

To był dziwny, mroczny facet, z taką czarną grzywą, a później posiwiał. Po śmierci Wiesia widziałam go jeszcze kilka razy, jak szedł za mną na ulicy. Nie mam pojęcia, kim był, w ogóle nic o nim nie wiem, ale mam wrażenie, że on musiał coś wiedzieć.

Pewnego dnia dostałam informację, że śledztwo zamknięto, więc zażądałam wznowienia. Zgodzono się i wezwali Wacka Stefańskiego, który wtedy, w niedzielę podwoził mnie do mieszkania. Z nikim więcej nie rozmawiali i znowu zamknęli śledztwo z "braku dowodów". I zdałam sobie sprawę z tego, że już nigdy się nie dowiem, co wówczas się zdarzyło. Muszę też powiedzieć o barze w kuchni, zbitym z desek. Wiesiek zawsze przy nim stał, w charakterystyczny sposób przerzucając ciężar na jedną nogę. Jak go znalazłam, to leżał właśnie tak, jakby stał i nagle się przewrócił. Musiał umrzeć nagle...

* Fragment pochodzi z książki "Kolacja z konfidentem" autorstwa Jolanty Drużyńskiej i Stanisława M. Jankowskiego; Przedsięwzięcie Galicja, Wydawnictwo Arkadiusz Wingert, Kraków 2006.

Więcej na temat:Anna Dymna | mieszkanie | śmierć