W siodle przez świat

Tydzień trwała podróż na koniu z Hajnówki do Suchedniowa w Górach Świętokrzyskich. Trasę około 400 km w siodle przebyła Urszula Ginszt, która jak twierdzi, zamiłowanie do jazdy na koniach otrzymała w genach od dziadka Zygmunta Słowika, ułana polskiego wojska.

Pomysł na niezwykłą podróż narodził się przed dwoma laty podczas obozu jeździeckiego w Jodłówce. Fascynaci sportu w siodle planowali wówczas stworzenie szlaku końskiego, który połączyłby nizinę z górami. Śmiałkiem, który jako pierwszy odważył się samotnie przetrzeć trasę była 32-letnia hajnowianka Urszula Ginszt.

Reklama

Niemały wyczyn człowieka jak również jego konia wzbudził wielkie uznanie nie tylko w kręgach jeździeckich, ale również wśród wszystkich, którzy zetknęli się podczas podróży z Ulą i Dagmarą.

- Myśl o przebyciu takiej trasy nakręcała mnie od samego początku - mówi Urszula Ginszt - Po obozie wszyscy zapomnieli o pomyśle, a ja się do niego konsekwentnie przygotowywałam. Moją klacz Dagmarę, którą mam od 5 lat, odpowiednio trenowałam i uczyłam. Nie było to łatwe, bo koń również musi mieć predyspozycje do pokonywania długich dystansów. Moje 10 - letnie doświadczenie w jeździectwie zaprocentowało i sprawdziło się podczas treningów oraz podróży.

Trasa, która prowadziła prze 3 województwa pokonywana była etapami o długości 40-60 km. Noclegi jeźdźcowi oraz koniowi zorganizowały poszczególne oddziały Polskiego Związku Hodowców Koni. Droga pokonywana w większości kłusem prowadziła poboczami szos, jak również mało uczęszczanymi trasami przez lasy, pola i łąki.

- Najgorsze były ruchliwe i pełne rozpędzonych tirów jezdnie. Huk wielkiej, przejeżdżającej blisko ciężarówki potrafi przestraszyć człowieka, a co dopiero odczuwa zwierzę wychowane na wsi. Moja Dagmara trzymała się dzielnie, bo ma do mnie wielkie zaufanie. Ale pod koniec podróży przydarzyło jej się wpaść w stres i stracić panowanie nad emocjami. Poniosła mnie około 200 m galopując wzdłuż szosy. Znajomość końskiej psychiki pozwoliła mi na opanowanie zwierzęcia i zażegnanie niebezpieczeństwa.

Samotny jeździec mijający miasta i wsie gromadził wszędzie gapiów i ciekawskich, którzy pytali o cel podróży i robili sobie zdjęcia na tle konia. Niemal każdy zaskoczony był niezwykłym wyczynem, tym bardziej, że dokonała go samotnie filigranowa dziewczyna.

- Ludzie byli bardzo przyjaźni, przyjmowali mnie serdecznie - opowiada Urszula - Natrafiałam po drodze na wsie, w których nie ma koni. Dzieci oglądały moją Dagmarę jak największe dziwo. Znając stan okolicznych dróg, nie raz pomogły w wyborze właściwej trasy, bo zdarzyło mi się zbłądzić i wtedy czułam się jak przysłowiowy Don Kichot. Jechałam na azymut kierując się słońcem, mapą i zegarkiem.

Pani Urszula jest mężatką i ma kilkuletnią córeczkę. Zapytana jak przyjęła ten szalony pomysł rodzina, odpowiedziała, że nie odbyło się bez "walki".

- Jestem wdzięczna mężowi, że w końcu zaufał mi i zaakceptował wyprawę. Było to ryzyko i ogromne wyzwanie, bo mimo, iż znam swojego konia, zawsze jest on tajemnicą. Nie wiadomo, co może zrobić zwierzę i czego się można po nim spodziewać. Podróż w siodle była wielkim sprawdzianem dla mnie i mojej klaczy, która egzamin zdała na szóstkę z plusem. Nasz wyczyn to również zachęta do uprawiania jeździectwa, a dla władz samorządowych podsunięcie pomysłu do stworzenia końskich szlaków po Polsce.- powiedziała Urszula Ginszt.

Wiadomość pochodzi z oficjalnej strony Hajnówki.

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL