Wyprawa w świat obsesji w poszukiwaniu nadziei i miłości

Omer, Abed i Piyu. Każdy z nich niedawno przyjechał do Stanów Zjednoczonych na studia w Bostonie. Omer pochodzi z Istambułu, robi doktorat z nauk politycznych, szybko adaptuje się w nowym miejscu i zakochuje się w Gail - biseksualnej intelektualistce o skłonnościach samobójczych. Gail jest Amerykanką, która we własnym kraju i we własnej skórze czuje się nie na miejscu. Abed jest biotechnologiem, którego martwi sposób prowadzenia się Omera, niespodziewana wizyta matki i stereotypowy sposób postrzegania Arabów w Ameryce. Piyu to Hiszpan, który ma zostać dentystą wbrew lękowi przed ostrymi narzędziami; nieustannie niepokoją go latynoscy krewni jego niestabilnej emocjonalnie dziewczyny - Algre.

Z upływem czasu ich relacje ewoluują tak samo jak ich postrzeganie siebie, własnych ojczyzn i kraju, w którym przyszło im żyć. Araf to opowieść o tożsamości, wykluczeniu i przynależności. Wyprawa w świat obsesji w poszukiwaniu nadziei, miłości i przyjaźni.

Reklama

Elif Şafak (ur. jako Elif Bilgin) - turecka pisarka urodzona we Francji. Przyszła na świat w Strasbourgu, w rodzinie tureckiej. Jej ojciec, Nuri Bilgin, parał się filozofią, zaś matka, Şafak Atayman pracowała w tureckiej dyplomacji. I właśnie dzięki pracy mamy Elif zwiedziła w dzieciństwie i wczesnej młodości takie kraje jak: Hiszpania, Jordania czy USA. 

Uznawana jest przez krytykę światową za drugą, po Orhanie Pamuku, literacką gwiazdę znad Bosforu. 

FRAGMENT KSIĄŻKI:

Miał do wyboru: kroczącego przed nim blondyna z włosami w kucyk, kobietę około czterdziestki wychodzącą z komisu meblowego, dziewczynę ze zbyt mocnym makijażem, w koszulce odsłaniającej brzuch przy tak wietrznej pogodzie, młodą matkę z trójką dzieci rozmawiającą z młodą matką dwójki, a przed wystawą księgarni Brookline Booksmith parę, która albo właśnie się pokłóciła i przestała się do siebie odzywać, albo w tym samym czasie wbijała wściekle wzrok w Wiersze Mao Zedonga. Po chwili wahania Ömer zdecydował się na czterdziestolatkę, żeby zapytać ją o godzinę, a gdy dostał odpowiedź, uzmysłowił sobie w panice, że znów jest spóźniony. Włączył Suite Sister Mary Queensryche i miał nadzieję, że znajdzie się przed Skwierczącym Mandarynem, zanim piosenka się skończy. Dotarł jednak na miejsce dopiero przy trzecim odtworzeniu. Niebagatelne opóźnienie, zważywszy na długość utworu: jedenaście minut i trzydzieści trzy sekundy.

Wszystko przez tą wariatkę Vinessę ze sklepu muzycznego w Jamaica Plain - kiepsko oświetlonego lochu ze wspaniałą kolekcją płyt z muzyką punkową - do którego zaglądał co drugi dzień, za każdym razem spędzając tam coraz więcej czasu. Vinessa znała wszystkie słowa do wszystkich kawałków Joe Strummera i aby udowodnić wszystkim, jaką jest specjalistką w tej dziedzinie, na swojej zmianie puszczała na cały regulator The Clash, podkładając jednocześnie własny wokal, głośniejszy od Strummera, nie zważając na preferencje klientów ani ich ewentualne reakcje. Jak wszyscy niespełnieni wokaliści marzyła o znakomitym zespole kiedyś w przyszłości, a tymczasem musiała się zadowolić tym, który był pod ręką. A pod ręką była grupa Rozmaz. Ömer zawsze lubił sobie pogadać z Vinessą, ale tego dnia ze szczególną radością odnotował kokieteryjny błysk w jej dużych, czarnych, roziskrzonych oczach. Nie było to jednak najlepsze usprawiedliwienie, dlaczego się spóźnił na urodzinową kolację, jakie mógłby podać Alegre, i pośpiesznie próbował wymyślić coś lepszego. Natknął się na spektakularnie znudzonego Arroza, który leżał z głową na chodniku i szeroko otwartymi oczami, uwiązany do latarni przed restauracją, nieufny wobec każdej mijającej go pary butów.

- Po wszystkim wyniosę ci trochę chińszczyzny - obiecał mu Ömer i pochylił się, żeby go podrapać po brzuchu, otrzymując w odpowiedzi niezbyt entuzjastyczne, ale mimo wszystko optymistyczne machnięcie ogonem.

W środku roiło się od ludzi, którzy sprawiali wrażenie, jak gdyby albo nie mieli czasu na jedzenie, bo gadali jak najęci, albo nie mieli czasu na rozmowę, bo jedli, aż im się uszy trzęsły. W głębi sali blisko lewego rogu najpierw dostrzegł szeroki uśmiech Piyu, potem przyjazne twarze wokół okrągłego stołu, gdzie najwyraźniej toczyła się podlana alkoholem dyskusja, i w końcu usłyszał wybuch znajomej mantry:

- Ależ w ł a ś n i e temu jestem przeciwny!

- Czemu w ł a ś n i e jest przeciwny Abed tym razem? - spytał Ömer z ironicznym uśmieszkiem, wsuwając się na wolne krzesło przed sobą.

- Cześć!!! - zagrzmiało jednogłośne powitanie.

Jako solenizantka Alegre najwidoczniej poczuła, że nie powinna zostawić tego pytania bez odpowiedzi, zapominając przedstawić Ömera dwóm dziewczynom przy stole.

- Abed mówił właśnie, że ta restauracja nie powinna się reklamować jako japońsko-chińska, bo...

- Bo mówimy tutaj o dwóch różnych kulturach - wtrącił Abed z pewnością siebie oskarżonego, który odrzuca wyjaśnienia adwokata i sam podejmuje się obrony. - Dwóch różnych, dwóch starożytnych kulturach! A kiedy miesza się je z taką łatwością, oferując kuchnię "chińsko-wietnamsko-birmańsko-japońską", umyślnie lub nie mówi się: Wrzucamy je do jednego wora! Żaden problem, bo przecież ostatecznie to jedno i to samo. Same żółtki, wszyscy skośnoocy! Taki jest podtekst.

Ömer capnął menu i ukrył się nieporadnie za stronicą z przystawkami, zerkając na dwie nieznajome dziewczyny, z którymi przyszło mu spożywać kolację. Żadna nie była pięknością. Ta siedząca obok Alegre miała niemal pomidorowe, krótkie jak u chłopaka włosy ze śmiesznym wicherkiem nad czołem i parę gargantuicznych skrzydeł uszu ozdobionych maleńkimi kolczykami, które sprawiały w jakiś sposób wrażenie, jak gdyby zostały tam przypięte na całą wieczność. Szmaragdowa aksamitna koszula przydawała jej chłodu, jeśli nie surowości. Druga dziewczyna miała na sobie czarną luźną sukienkę, czarną kamizelkę, a jej głowę otaczała czupryna jeszcze czarniejszych włosów. A jeśli już o nich mowa, z tej czupryny zwisało coś srebrnego w kształcie łyżeczki. Zanim jednak Ömer zdążył poczynić kolejne obserwacje na jej temat, zauważył, że brunetka się w niego wpatruje, i natychmiast przeniósł spojrzenie w dół, na menu, przypadkowo zatrzymując je na "Półmisek Pupu (dla dwóch osób)."

*** 

Stało się to ponad dwadzieścia pięć lat wcześniej, mniej więcej w połowie lutego.

Pewnego mroźnego, wietrznego dnia Zahra była sama w kuchni, gdzie przygotowywała konfitury z jagód. Choć zawsze radziła sobie w kuchni nieźle, wtedy musiała jeszcze być niedoświadczona, nasypała bowiem do garnka za dużo cukru i im dłużej gotowała konfitury, tym bardziej je psuła. W rozpaczy skrzyżowała pulchne palce na łonie, wypuszczając w zadumie powietrze - niemal jęk. Ani jej dłonie, ani ona sama nie zdawały sobie w tym momencie sprawy, że Zahra jest w ciąży. Z Abedem.

Niedoinformowanie Zahry w tej kwestii było bardziej znamienne, niż się wydaje, bo gdyby jej ciąża była bardziej widoczna, nie zostawiono by jej samej w domu, jako że ciężarne kobiety zalicza się do ulubionych ofiar dżinnów, zwłaszcza tych żeńskich, i dlatego nie należy nigdy zostawiać ich samych. Ale owinięta w wełniany sweter i spowita w błogą niewiedzę w ów mroźny lutowy poranek dopiero co upieczona mężatka, którą wtedy była Zahra, nie miała powodów obawiać się dżinnów. Była zbyt pochłonięta gotowaniem, tak młoda i beztroska. Jej myśli krążyły wyłącznie wokół konfitur z jagód nabierających dziwnie nierównomiernego koloru i nadmiernie słodkiego smaku, im dłużej pyrkały w ciemnym kotle. Po pewnym czasie Zahra usłyszała pukanie i choć zawsze nieufna wobec obcych, bez najmniejszego wahania pobiegła otworzyć drzwi.

W drzwiach stała kobieta w łachmanach, lecz o najpiękniejszych czarnych oczach, jakie Zahra kiedykolwiek widziała. Mimo iż miska w jej dłoniach zdawała się to potwierdzać, wcale nie wyglądała na żebraczkę.

- Dzień dobry - wymamrotała nieznajoma. - Jestem bardzo głodna i spragniona. Od trzech długich dni i jeszcze dłuższych nocy nie miałam nic w ustach.

Chociaż doskonale słyszała, o co się ją prosi, Zahra nie wykonała żadnego ruchu i nie przestawała się wpatrywać jak urzeczona w nocne wiry w czarnych klejnotach oczu nieznajomej. Widząc jej oszołomienie, ażeby rozwiać wszelkie wątpliwości co do swych zamiarów, żebraczka podniosła obie dłonie do ust - lub tam, gdzie znajdowałyby się usta, gdyby je miała.

Między jej okrutnie idealnym nosem a spiczastym podbródkiem nie było nic, co by je choćby przypominało. Ani górnej wargi, ani dolnej, ani nawet różowawej linii, jedynie karminowa otchłań - łakomy otwór gotów pochłonąć cokolwiek. Przywołując tę kobietę po latach, Abed mógł się najwyżej domyślać, że albo musiała ulec jakiemuś makabrycznemu wypadkowi lub zapadła na jakąś wyniszczającą chorobę, przypuszczalnie trąd. Cokolwiek to było, wyżarło, wymiotło z jej twarzy usta.

- Jeśli poczęstujesz mnie kromką chleba, pobłogosławię cię - zadudniła karminowa pustka. Następnie żebraczka przechyliła lekko głowę na bok, jak gdyby chciała ułatwić sobie wyłowienie nozdrzami słodkiego zapachu sączącego się z kuchni. - A jeśli ją czymś posmarujesz, może tą jagodową konfiturą, pobłogosławię synka w twoim łonie.

Po tych słowach przystąpiła zdecydowanie do progu, jak gdyby próbowała wtargnąć do środka. W tym właśnie momencie młoda, bezwzględna dziewczyna, jaką była wtedy Zahra, przeraziła się i odruchowo zamknęła drzwi, zatrzaskując je raptownie kobiecie przed nosem. Bóg jeden wie, jak długo Zahra tam stała, zastygła pod wpływem strachu i żalu, nasłuchując każdego najmniejszego odgłosu z zewnątrz. Gdy wreszcie zebrała się na odwagę i otworzyła drzwi, nikogo tam nie było oprócz pokrywy zlodowaciałego śniegu topniejącego smętnie na wąskiej, zaśmieconej ulicy. Wróciła do kuchni, gdzie konfitur z jagód nie dało się już uratować.

Szybko wyrugowała z myśli ten incydent i właściwie nigdy poważnie się nad nim nie zastanawiała do dnia nadrodzin Abeda. Bo gdy na świat przyszedł Abed, pojawił się z karminową plamą na brzuszku, która, o dziwo, kształtem przypominała usta.

- Ja cię, ale odjazd. Wciąż masz ten tatuaż na brzuszku, przystojniaku? - Gail uśmiechnęła się ironicznie, zarzucając lwią grzywą w kolorze kruczoczarnym.

- Cholera jasna, nie mówimy tu o tatuażach - wypalił Abed i wziął głęboki wdech, postanowiwszy, że nie da się Gail wyprowadzić z równowagi. - Zahra wierzy, że ta żebraczka była faktycznie dżinniją. Ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że abstrahując od tego, czy to była dżinnija czy nie dżinnija, moja matka nie powinna była tak jej potraktować, bo nie wolno odmawiać kawałka chleba i szklanki wody żadnemu z bożych stworzeń. A niezależnie od morałów, ta dżinnija nas przeklęła, zwłaszcza mnie. Zahra uważa, że to mnie grozi niebezpieczeństwo.

- Aha! I to jest niby ta laska z twoich koszmarów? - spytał Ömer z twarzą rozświetloną ciekawością. - Femme fatale ze świata dżinnów?

- O nich się nie fantazjuje, zboku jeden! W Turcji nie macie dżinnów? Powinieneś wiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi!

Na szczęście, ku zadowoleniu Gail i Piyu, nie zniżyli się do żadnej formy dżinnińskiego szowinizmu. Abed za to opowiedział im skrępowanym, ściszonym pod koniec głosem o silnym przekonaniu Zahry, że jeśli owej dżinniji do tej pory nie udało się skrzywdzić Abeda tak bardzo, jak by sobie tego z pewnością życzyła, zapobiegły temu jałmużna i ofiary złożone w przeszłości. Te bowiem wyraźnie osłabiają jej moc i nie pozwalają się zestarzeć (ostatecznie starsze dżinny mają większą moc niż młodsze, a dżinnije mają większą moc niż dżinny; w związku z czym starsze dżinnije są najgorszym z możliwych wrogów), zamieniając ją w tę młodą kobietę, która sporadycznie nawiedza Abeda. Datki na ubogich i składane ofiary pozbawiały ją skuteczności. A mimo to w tym roku, chociaż Zahra przysięgła uroczyście, że w dniu, kiedy Abed otrzyma stypendium, złoży w ofierze barana, nie zdołała dotrzymać tego zobowiązania, przekładając je z różnych powodów, a po śmierci męża całkowicie o nim zapomniała. Gdy ów dług pozostawał niespłacony, dżinnija chytrze się starzała i zyskiwała coraz większą moc, z każdym mijającym dniem przejmując kontrolę nad nocami Abeda i jego koszmarami.


Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje