Zamiast wysyłać wojsko, remontujmy szkoły – tak uprawiajmy dyplomację

- W miejscu takim jak to, czas odmierza się nie godzinami, ale kilometrami – mówi Swietłana Dworkina, szefowa wydziału edukacji w powiecie izjumskim na wschodzie Ukrainy. – Zimą dzieci z najdalszych wiosek, oddalonych od Małej Kamaszywachy o dwadzieścia kilka kilometrów, wstają o piątej rano, by zdążyć na zajęcia o ósmej. Takie parszywe drogi mamy w okolicy. Ale w samej szkole też nie jest dobrze. Mróz wciska się przez dziurawe okna i drzwi, dzieciaki marzną w klasach. Tak wygląda u nas edukacja w XXI wieku…

Mała Kamaszywacha to królestwo eternitu, okrywającego maleńkie szare domki, otoczone walącymi się płotami bądź ogrodzeniami wykonanymi z byle czego. Wioskę przecina potwornie dziurawa droga, która zdaje się przywodzić znikąd i donikąd prowadzić. Co jakiś czas przemyka nią zdezelowany samochód, trąbiąc na wałęsające się bezpańskie psy.

Reklama

Trudno o lepszy przykład materialnej destrukcji i biedy niż wschód Ukrainy. Ów region wygląda jak postapokaliptyczne terytorium, w którym państwo już dawno przestało pełnić swoje funkcje, porzucając obywateli na pastwę losu. Paradoksalnie, wojna w tym krajobrazie niewiele zmieniła.

Szkoły bez bieżącej wody

Powiat izjumski, gdzie leży Mała Kamaszywacha, to część województwa charkowskiego. Za miedzą zaczyna się Donbas, a tam tocząca się od ponad dwóch lat brutalna wojna.

- W jej wyniku do obwodu charkowskiego trafiło 120 tysięcy uchodźców - wylicza Wojciech Wilk, prezes Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). - Dwie trzecie z nich próbuje ułożyć sobie życie w Charkowie, pozostali wyjechali na wieś. Z tych ostatnich aż 30 tysięcy znalazło schronienie w powiecie izjumskim.

W tym gronie jest kilkanaście tysięcy dzieci, które mimo wojennej zawieruchy muszą kontynuować edukację. Recz w tym, że znalazły się w regionie, który nawet jak na ukraińskie standardy jest wyjątkowo ubogi.

- Brakuje nam właściwie wszystkiego - Swietłana Dworkina załamuje ręce. - Dajcie mi godzinę, to spiszę nasze potrzeby.

I tak jak w Małej Kamaszywasze, tak w przypadku innych placówek w okolicy, nie chodzi jedynie o rachityczne dachy, nieocieplone ściany czy rozpadające się okna. Szkoły w powiecie izjumskim to także zniszczone łazienki, zużyte meble, pomoce naukowe i sprzęty pamiętające jeszcze czasy świetności Związku Radzieckiego. To sale komputerowe z urządzeniami z lat 90., niepodłączone do Internetu. Niektóre z placówek pozbawione są nawet dostępu do bieżącej wody. Mimo to nie ma w nich brudu czy bałaganu, jest za to wszechobecna, kładziona warstwami, jaskrawa farba - przy użyciu której przez lata "modernizowano" wnętrza szkół.

- Jak w takich warunkach uczyć dzieci? - pytanie Dworkiny ma wymiar retoryczny.

Polityka... zdobywania wdzięczności

Na szczęście idzie lepsze. Ponieważ w Małej Kamaszywasze uczą się również uciekinierzy z Donbasu, szkołę zakwalifikowano do specjalnego programu. Niebawem wymienione w niej zostaną wszystkie okna. Podobne remonty przeprowadzone będą także w dziewięciu innych szkołach w powiecie. Te, i dziesięć kolejnych placówek, otrzymają też dodatkowe wyposażenie - na przykład rzutniki multimedialne. Za ów projekt odpowiada Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej oraz Fundacja Solidarności Międzynarodowej. Pieniądze pochodzą z naszego MSZ - można zatem te działania traktować jako rodzaj polityki zagranicznej.

A nawet warto myśleć o nich w ten sposób. Dlaczego? Przez ostatnich kilkanaście lat przekonywano nas, że delegowanie armii na odległe misje jest efektywnym elementem polskiej polityki zagranicznej. Wciąż nie brakuje głosów, że tak samo jak w przypadku Iraku i Afganistanu, winniśmy działać na Ukrainie. Bo przecież toczy ona wojnę z wrogą nam Rosją. To niebezpieczne myślenie, które na szczęście nie ma zbyt wielu stronników.

Ale pomagać trzeba - abstrahując od powodów natury humanitarnej, stabilizacja sytuacji na Ukrainie leży w interesie Rzeczpospolitej. Sposobem na jej osiągniecie jest - pośród szeregu innych działań - zapewnienie dobrych warunków do edukacji kolejnym rocznikom Ukraińców. Wymiana okien czy drzwi nie brzmi zbyt efektownie, póki nie uświadomimy sobie, że daje możliwość nauki niezależnie od warunków atmosferycznych. I tym samym zostawia co najmniej kilkaset ukraińskich rodzin w przekonaniu, że "to Polacy nam pomogli". Wdzięczność, która za tym idzie, ma już konkretny wymiar w relacjach między naszymi narodami.

Marcin Ogdowski

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje