"Zgubna trucizna". Mroczna strona Belle Epoque

Poznań, luty 1901 roku. Jan Morawski poszukuje znanego fałszerza banknotów, ale gdy dochodzi do morderstwa, zaczyna podejrzewać, że fałszerstwo to jedynie drobny element wielkiej układanki i wielkiej prowokacji. W tle mamy do czynienia ze spiskiem, zdradą i konfliktami Polaków z Niemcami... Tak, w telegraficznym skrócie, przedstawia się fabuła najnowszej powieści Katarzyny Kwiatkowskiej pt. "Zgubna trucizna". Dla naszych czytelników mamy kilka egzemplarzy.

Morawski, jako jedyny podejrzany, musi znaleźć zabójcę. Prowadzi więc śledztwo bez wytchnienia: za dnia przemierza miasto, a wieczorami tańczy na karnawałowych balach i prowokuje zwierzenia, zręcznie wymykając się przy tym z zastawianych na niego pułapek matrymonialnych.

Reklama

Nowy kryminał Katarzyny Kwiatkowskiej to wspaniały portret Poznania z początku XX wieku. Szerokie ulice i szemrane zaułki, nory biedoty i wykwintne sale balowe opisane tak, że można niemal wyczuć zapach perfum, woń cygar, usłyszeć szelest sukien, stłumione szepty i balową muzykę.

We współpracy z wydawnictwem Znak przygotowaliśmy dla państwa kilka egzemplarzy książki. Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy zmierzyć się z poniższym pytaniem konkursowym. Wcześniej polecamy lekturę fragmentu "Zgubnej trucizny".

Fragment powieści "Zgubna trucizna"

Morawski szedł ulicą Wilhelmowską w niezbyt optymistycznym nastroju. Wczoraj rano, gdy przyjechał do Poznania, śledztwo miało jeden wątek - fałszerstwa - z ewentualnym podwątkiem nieuczciwych machinacji Krausego.

Teraz, po upływie nieco ponad trzydziestu godzin, nie żyły dwie osoby, ktoś zręczny próbował wmanewrować Jana w te morderstwa, a on sam czuł w powietrzu odór antypolskiego spisku. Nie wspominając już o tym, że śledztwo w sprawie fałszerstw tkwiło w miejscu. Od czego zacząć?

Zatrzymał się i zastanowił. Czy wśród tych wszystkich nitek była jakaś sprawa terminowa? Jedna: następnego dnia o dziewiątej rano radca Schliemann z policji politycznej miał się spotkać z Krausem (to już było nieaktualne) i z kimś jeszcze w dorożce numer 66.

Morawski rozpiął dwa górne guziki płaszcza i sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wydobył etui i zajrzał do listu odebranego z poste restante. Tak, sobota, dziewiąta rano, dorożka numer 66. Zamierzał wziąć udział w tym spotkaniu, choć jeszcze nie wiedział jak.

Szedł dalej i po kilkudziesięciu metrach dotarł do placu Wilhelmowskiego. Po prawej stronie miał Bibliotekę, a przed nią zobaczył ustawione jedna za drugą dorożki. Wydawały się identyczne, jak wszystko w tym kraju, odlane z jednej, odgórnie narzuconej formy. Różnił je tylko numer umieszczony na czapkach dorożkarzy, na lampach i z tyłu pojazdu.

Morawski ruszył w kierunku postoju. Nie znał zasady nadawania numerów dorożkom, ale przypuszczał, że jakaś zasada istniała - zadbali o to z pewnością systematyczni Niemcy. Trzy pierwsze pojazdy go nie zainteresowały, bo były oznakowane numerami 75, 12 i 38 i szyldami z nazwami trzech różnych firm.

Na lampie czwartej widniał numer 63, a na bocznych drzwiczkach tabliczka: "Paul Heptner". Jan poszedł dalej, w stronę piątej dorożki. Na lampie zobaczył 69, a na drzwiczkach ponownie: "Paul Heptner". Zadowolony kiwnął głową i wrócił do numeru 63.

Wsiadł i powiedział po niemiecku:

- Do dorożki numer sześćdziesiąt dwa.

- Gdzie? - spytał dorożkarz, odwracając się do pasażera. Morawski wstał i polecił po polsku:

- Proszę znaleźć dla mnie dorożkę numer sześćdziesiąt dwa.

Usiadł. Po chwili pojazd ruszył.

Poszukiwania zajęły im ponad pół godziny. Objechali wszystkie postoje w centrum, potem wyjechali przez Bramę Wildecką i znaleźli dorożkę numer 62 na postoju na ulicy Następcy Tronu. Morawski sowicie opłacił numer 63 i wsiadł do dorożki 62. Na drzwiczkach również widniała tabliczka: "Paul Heptner".

Poprosił o zawiezienie na Stary Rynek, doszedł bowiem do wniosku, że podczas przejazdu przez centrum znajdzie się jakaś okazja do rozmowy. Rzeczywiście, już na ulicy Półwiejskiej musieli zjechać na bok, by przepuścić tramwaj elektryczny. Jan wtedy wstał i udając, że przygląda się zamieszaniu, powiedział półgłosem:

- Byłem dzisiaj u pańskiej siostry z doktorem Chłapowskim.

Dorożkarz spojrzał na niego, ale Morawski go szturchnął.

Tramwaj przejechał, Morawski usiadł więc i pojechali dalej.

- Gdzie mam się zatrzymać? - spytał dorożkarz po niemiecku. Nie wolno mu było rozmawiać po polsku.

- Przed kawiarnią Pfitznera.

Przystanęli tam i Jan wręczył fiakrowi pieniądze. Tamten wydał mu resztę i podał kwit.

- Kończę o siódmej - mruknął. - Proszę przyjść o ósmej przed remizę na Świętym Marcinie czterdzieści sześć.

materiały prasowe/INTERIA.PL

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje