"Zmiłuj się nad nami". Okrutna tajemnica żydowskiego miasteczka

"Zmiłuj się nad nami" nie jest kolejną książką o pogromach. Nie jest też próbą szukania winnego. To opowieść o mechanizmach pamięci małego miasteczka, której udziałem staje się eksterminacja Żydów. Dla naszych czytelników mamy kilka egzemplarzy reportażu autorstwa Andrzeja Nowaka-Arczewskiego.

Klimontów, niewielka miejscowości w okolicach Sandomierza, w czasie okupacji była świadkiem wielu okrutnych scen. Ale na tym nie koniec, zaraz po wojnie doszło tam do zdarzeń, które odcisnęły się piętnem na Polakach.

Reklama

Po wielu latach, kiedy wszystkim wydawało się, że prawdę zatarł czas, do miasteczka przyjechał reporter Andrzej Nowak-Arczewski. Odwiedził mieszkańców, którzy zajęli domy swych dawnych sąsiadów, i chciał wysłuchać prawdy o tamtych zdarzeniach. Czy udało się przerwać wieloletnie milczenie?

Dla naszych czytelników mamy kilka egzemplarzy jego reportażu. Aby zdobyć jeden z nich, wystarczy wziąć udział w poniższym konkursie. Wcześniej zachęcamy do lektury fragmentu książki.

Przeczytaj fragment książki "Zmiłuj się nad nami"

Nie płacz!

Jesień trzydziestego dziewiątego roku. Niemcy wkraczają do Klimontowa, małego miasteczka, w którym trzy czwarte mieszkańców to Żydzi. Zaraz wprowadzają swoje porządki. Zarządzenia są kategoryczne: wszyscy, oprócz małych dzieci, muszą na prawym ramieniu nosić białe opaski szerokości dziesięciu centymetrów, z gwiazdą Dawida. I mają obowiązek pozdrawiać każdego napotkanego Niemca.

Za każdym razem interpretacja na niekorzyść Żyda. Opaska zbyt wąska - bicie, opaska za szeroka - bicie, pozdrowienie - bicie, brak pozdrowienia - też bicie.

Getto nie jest ogrodzone, ale przy każdym wylocie z miasta stoi tabliczka z napisem, że Żydom nie wolno iść dalej. Niemiecka policja na rowerach i z psami pilnuje dróg. Za złamanie zakazu - kara śmierci.

Już przed zimą zaczyna brakować żywności. Żydzi przychodzą do polskich gospodarzy po kromkę chleba, kilka ziemniaków.

Do dzisiaj jednej z mieszkanek nie daje spokoju taki obraz: ojciec niesie dla psa jedzenie. Biedny Żyd łapie za miskę.

- Josek zostaw, to dla psa niosę!

- Ponie, ja pies. Ja pies!

I z tej miski je.

Ojciec cofnął się za próg, wyniósł Żydowi to, co przygotował dla nas, pięciorga dzieci. Takie to były czasy! Nam by jadło nie weszło do ust, gdyby Żyd jadł kości dla psa. Przebywał krótko, ale tatuś się podzielił z nim tym, co miał.

Żydzi proszą nie tylko o jedzenie. Paraliżuje ich strach. Oddadzą wszystko za przechowanie. Trudno im jednak znaleźć schronienie, bo Polacy obawiają się o własne życie. Ukrywać Żyda, to jak wydać na siebie i całą swoją rodzinę wyrok śmierci. Niewielu stać na takie poświęcenie.

Klimontów staje się jednym wielkim gettem. Na domiar złego przybywają kolejne transporty: kilka tysięcy Żydów z Łodzi, z Wiednia. Muszą znaleźć gdzieś lokum w przeludnionym ponad miarę miasteczku. Powstaje przybudówka na przybudówce, kolejna izba do izby przyklejana. Tak dużo gnieździ się w nich ludzi, że szpilki nie ma gdzie wcisnąć. Wielka ciasnota, w jednym pomieszczeniu przebywa nawet kilka rodzin.

Mieszkańcy pamiętają, że od samego początku Niemcy znęcali się nad Żydami. Zakładali im chomąta na szyję, końskie siodła na plecy, bili batem i zmuszali do biegania. Ścigali ich na każdym kroku, wyganiali do roboty - latem do sprzątania dróg, zimą do odśnieżania.

Ale to nic w porównaniu z tym, co wyprawiał Karl Loescher, kawał drania, szef żandarmerii, pan i władca. Kiedyś kazał sobie przyprowadzić przed śniadaniem siedemnastu Żydów do rozstrzelania. Ciągle mu jednak było mało. Kolejnym razem zażądał czterdziestu. Policja żydowska wyłapywała starców, osoby niedołężne, niepełnosprawne.

- Może oprócz trzynastu, tych rozstrzelanych wczoraj... - targowali się policjanci.

I ten "łaskawca" zgodził się wspaniałomyślnie.

Policjanci zdołali zgromadzić dwudziestu sześciu Żydów, bo jeden, Icek Grosfeld, schował się gdzieś w oborze czy stodole. Wyszedł dopiero wtedy, gdy zakończyła się akcja.

Następnego dnia wyprowadzili pobratymców. Ustawili wszystkich na prawo od synagogi, na ścianie śmierci. Wystarczyło kilka serii, by Żydzi leżeli pokotem. Policjanci pochowali ich tam, gdzie zginęli.

- Musieli płytko zasypać, bo jeszcze długo ziemia falowała i fermentowała - opowiada Feliks Grzesik, który znalazł się na miejscu kaźni kilka godzin po egzekucji.

Z rąk Loeschera zginęła również Sara - zaprowadził ją na cmentarz i tam zastrzelił. Była córką piekarza Matesa, ukrywała się w piwnicy. Doniosła na nią Polka. Loescher zastrzelił później Mojsze Hojchera, którego także wywleczono z kryjówki.

Wysokiego Dawida i jego synka Józia Niemcy prowadzili z grupą Żydów pod synagogę, by rozstrzelać.

Dawid z synkiem na ramionach wystawał ponad wszystkich.

- Gdy zobaczyłam ich, nie mogłam powstrzymać łez - wspomina osiemdziesięcioletnia dziś kobieta. - Zaczęłam szlochać. A moja mama mówi: - Nie płacz, bo pomyślą, żeś Żydówka.

Garnuszek mleka

W domu matki Feliksa Grzesika zjawiła się młoda Żydówka. Chciała sprzedać jakieś ubranka. Żaliła się, że jest głodna, półrocznemu dziecku nie ma co dać jeść.

- W każdej chwili moje maleństwo może umrzeć - rozpłakała się.

- Przecież mieszka tu wielu bogatych Żydów, jest gmina żydowska.

- Byłam u Jojne Fajntucha na Osieckiej, zepchnął mnie ze schodów.

- Niech pani spocznie, znajdzie się coś do jedzenia.

Grzesikowa dała jej kawałek chleba. Przyglądała się, jak dziewczyna zachłannie pochłania kromkę. Kazała jej przychodzić w porze obiadowej.

- Zawsze zostanie trochę zupy. Wieczorem będzie też garnuszek mleka dla dziecka.

Odtąd na Gęsią, gdzie mieszkali Grzesikowie, młoda Żydówka przychodziła systematycznie.

Gdy się już trochę oswoiła, zwierzyła się, że czeka na męża. Ma przyjechać i zabrać ją z tego piekła. Jeżeli tak będzie, to ona wyjedzie bez pożegnania. Wszystko musi być utrzymane w tajemnicy.

Po pewnym czasie młoda Żydówka przestała przychodzić. Czy zabrał ją mąż?

Nigdy nie udało się tego stwierdzić.

materiały prasowe/INTERIA.PL

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje