Beata niby-wicepremier Szydło

Wnioski o votum nieufności dla ministrów są w demokracji parlamentarnej czymś w rodzaju rytuału politycznego. Tam, gdzie partia rządząca ma zapewnioną stabilną większość w parlamencie, szanse odwołania ministra z inicjatywy opozycji są bliskie zera. Mimo to składa się te wnioski od czasu do czasu – nie po to, żeby do dymisji rzeczywiście doprowadzić, ale żeby zademonstrować sprzeciw wobec osoby ministra i jego polityki, czasem w nadziei na to, że w toku debaty parlamentarnej zyska się jakieś dodatkowe punkty.

Nie inaczej było z debatowanymi i głosowanymi wczoraj wnioskami o votum nieufności dla minister Elżbiety Rafalskiej i wicepremier Beaty Szydło. Z góry było wiadomo, że i Rafalska, i Szydło w rządzie pozostaną i tak się rzeczywiście stało. Żaden większościowy rząd nie może sobie pozwolić, by mu opozycja "wyjmowała" pojedynczych ministrów, rząd PiS-u - także nie. Stoi za tym zresztą również logika instytucjonalna: chodzi o koherencję polityczną, która wymaga, by jedynym decydentem składu personalnego rządu było przywództwo obozu rządzącego. O ile rząd nie ma formuły "wielkiej koalicji" (obejmującej oba bieguny polityczne, jak np. obecnie w Niemczech: CDU/CSU - SPD), skład gabinetu jest z zasady odbiciem politycznej przewagi (zwycięstwa wyborczego) jednej ze stron sceny politycznej. Ta reguła działa do tego stopnia, że większość parlamentarna pryncypialnie broni nawet tych ministrów, których skądinąd ocenia źle, byle tylko nie powstało wrażenie, że opozycja ma wpływ na skład rządu. Widzieliśmy wymowną ilustrację działania tej reguły w grudniu ubiegłego roku, kiedy tego samego dnia większość parlamentarna przed południem obroniła w Sejmie premier Beatę Szydło (odrzucając wniosek o votum nieufności dla niej), a wieczorem w gremiach przywódczych partii rządzącej odwołała tę samą Beatę Szydło ze stanowiska.

Reklama

Oba wczoraj głosowane wnioski miały za polityczne paliwo sytuację powstałą w trakcie protestu dorosłych niepełnosprawnych i ich rodziców w Sejmie. Trudno się dziwić opozycji, że takie wnioski złożyła, ale ich moralna prawomocność nie była taka samo w przypadku Pani Minister, jak w przypadku Pani Premier. Prawda, że protest niepełnosprawnych pokazał, że "kołdra jest krótka", prawda, że odsłonił jeszcze raz nieporadność państwa (a więc tej ekipy i wszystkich poprzednich od 1989 roku) w podejściu do kompleksowych i specyficznych problemów tej grupy społecznej. Tym niemniej pewne decyzje, mające poprawić bardzo ciężki los tych ludzi, zostały podjęte (np. podwyższenie renty socjalnej). Rząd w osobie Pani Minister wykazał zainteresowanie ich losem. Zresztą, Elżbieta Rafalska należy do najbardziej kompetentnych i kreatywnych ministrów tego rządu.

Natomiast obóz rządzący w osobach niektórych posłów większości parlamentarnej pozwalał sobie niekiedy na uwagi zupełnie niegodne pod adresem protestujących, zaś Marszałek Sejmu oraz podległa mu Kancelaria Sejmu i Straż Marszałkowska mają na sumieniu szereg decyzji co najmniej drażniących i niezręcznych, a w niektórych wypadkach jawnie upokarzających w stosunku do uczestników okupacji Sejmu. To tworzyło atmosferę pewnego odrzucenia, izolowania się od protestujących i w tę atmosferę wpisała się Pani Premier swoją nieobecnością wśród tych ludzi. Obraz telewizyjny pokazujący Beatę Szydło schodzącą po sejmowych schodach i nie okazującą jakiejkolwiek reakcji na okrzyki matek niepełnosprawnych, zapraszających ją na rozmowę - ten obraz na długo pozostanie w pamięci wielu ludzi w Polsce i wielu wyborców. Może stać się ten obraz przekleństwem Beaty Szydło na drodze jej dalszej politycznej kariery.

W tym sensie krytyka pod adresem Pani Premier za jej stosunek do kryzysu niepełnosprawnych jest znacznie bardziej uzasadniona niż krytyka pod adresem Pani Minister. Ta druga - jak się zdaje - robiła, co mogła. Nie mogła wszystkiego, bo nie ona trzyma państwową kasę, ale coś jednak dla niepełnosprawnych wywalczyła. I - co emocjonalnie równie ważne - bywała wśród nich. W przypadku Pani Premier do spraw socjalnych sprawy mają się inaczej: ona chyba nic nie może, jest wicepremierem tytularnym, nie kieruje żadnym resortem (w przeciwieństwie do ministra-wicepremiera Gowina i ministra-wicepremiera Glińskiego), ma w tym rządzie nominalne stanowisko, które nic nie znaczy, jest rodzajem synekury. O tyle więc można zrozumieć jej nieobecność wśród protestujących. No bo co miałaby tam zrobić? Przyszłaby do nich i co miałaby im do powiedzenia? Chyba tylko tyle, że nic nie może. Byłby to blamaż, a zatem Beata Szydło wybrała nieobecność, która jednak, głównie poprzez wspomnianą symboliczną scenę na sejmowych schodach, też stała się blamażem.

Można Pani Premier współczuć, ponieważ znalazła się w sytuacji bez dobrego wyjścia, a dla niej samej upokarzającej. Morał z tego taki, że nie trzeba się było godzić w grudniu na przyjęcie stanowiska pozornego. Była to fikcja, która w majowym kryzysie ujawniła całą swoją pustkę.

Roman Graczyk  

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje