Berlusconi basta!

Wygląda na to, że człowiek, który żartował z koloru skóry prezydenta Obamy, powiadając, że ów jest opalony (a także, że widocznie zażywał kąpieli słonecznych razem z żoną, bo ona także - boki zrywać! - jest opalona) wreszcie pozwoli Italii odpocząć od swojej natrętnej obecności w polityce. Wczoraj włoski Senat pozbawił go mandatu, wypełniając tym samym ustawę z 2012 r. zakazującą sprawowania funkcji publicznych osobom skazanym na co najmniej 2 lata pozbawienia wolności (Berlusconi został w lecie skazany prawomocnym wyrokiem na 4 lata więzienia za korupcję).

Nawet politykom powściągliwym w sposobie bycia zdarza się czasem palnąć głupstwo. Ale to nie jest ten przypadek. Berlusconi nie popełniał lapsusów. On naprawdę uważał za dowcipne wyśmiewanie się z nie-białego koloru skóry (jego żartów na temat Obamy było więcej). Naprawdę uważał, za rzecz w dobrym guście chwalić się swoją wydolnością erotyczną: "Wczorajszej nocy przed drzwiami mojego pokoju ustawiła się kolejka [kobiet - RG].... Było ich  jedenaście... Przyjąłem ich tylko osiem, ponieważ nie mogłem [z powodu obowiązków premiera - RG] zrobić więcej". Podobnie jak na serio uważał za dobrą wizytówkę Włoch, jako kraju przyjaznego zagranicznym inwestycjom, zdanie: "Inny powód, żeby inwestować we Włoszech jest taki, że mamy najpiękniejsze sekretarki, wspaniałe dziewczyny!".

Reklama

Nazywając rzecz po imieniu: pajac i kabotyn. To widać, taki jest Silvio Berlusconi, koniec i kropka. Ale dlaczego ten człowiek był trzy razy premierem Włoch, dużego państwa w Europie, ba, dlaczego w ostatnim dwudziestoleciu był najważniejszym rozgrywającym we włoskiej polityce? Powiedzcie mi, jakich macie polityków, a powiem wam, kim jesteście - ta maksyma oddaje jakąś istotną prawdę o współczesnych demokracjach.

Nie będę próbował szukać odpowiedzi w charakterze narodowym Włochów, w ich tradycjach ideowych itp. Zapewne jest coś na rzeczy, ale nie czuję się na tym polu kompetentny. Ograniczę się do odpowiedzi z obszaru, o której mam  pojęcie - z obszaru ustrojowego.

Włochy były przez kilka dziesięcioleci po II wojnie światowej najsłabszą demokracją w Europie Zachodniej, tzn. demokracją o najkrótszej średniej trwania rządów. Wiemy, że nawet gabinet rządzący przez dwie pełne kadencje niekiedy nie jest w stanie podjąć istotnych reform państwa (przypadek rządów PO-PSL od 2007 do, prawdopodobnie, 2015 roku), ale przynajmniej taki gabinet ma obiektywne warunki, by coś pożytecznego dla kraju zrobić. Jeśli nie robi, wynika to z bezideowości i kunktatorstwa liderów. Jednak rząd, który jest u steru spraw państwowych przez mniej niż rok, obiektywnych warunków do reformowania nie ma. A taki właśnie system polityczny zafundowała sobie Italia po 1945 roku. I nie bez powodu była przez kilka powojennych dziesięcioleci uważana za kraj ciągnący się w ogonie demokratycznego świata.

Potem nie było lepiej. Wielki kryzys polityczno-ustrojowy z początku lat 90-tych pogrzebał skorumpowane elity i tradycyjne partie, które ten korupcyjny system tworzyły. Cóż stąd, kiedy na gruzach tego systemu nie powstały naprawdę mocne instytucje - raczej można mówić o liftingu niestabilnej wielopartyjności, niż o głębokiej przebudowie struktur. I cóż stąd, kiedy do głosu doszły wtedy persony w rodzaju Berlusconiego.

Całe pozoranctwo tego polityka obnażył kryzys strefy euro (od 2008 r.). Włochy były jednym z najsłabszych ogniw strefy i nie było nic dziwnego w fakcie, że ataki spekulacyjne na walutę euro spadły między innymi - obok Hiszpanii i Portugalii, a wcześniej Irlandii - na ten kraj. Przywódcy Unii nalegali w tej sytuacji na większą dyscyplinę budżetową nad Tybrem, co było elementarzem uzdrowienia gospodarki. Co na to premier Włoch? We wrześniu 2011, a więc w apogeum kryzysu, Il Cavaliere oświadcza ni mniej, ni więcej: "Włochy są krajem silnym gospodarczo. Stwierdzamy, że konsumpcja nie zmniejszyła się, że restauracje są wypełnione gośćmi, że wszystkie miejsca w samolotach lecących do Włoch są zarezerwowane, że strefy wypoczynku mają pełno zamówień podczas weekendów. Nie sądzę, aby ktoś, kto by zamieszkał we Włoszech, miał wrażenie, że to jest kraj w kryzysie".

Odpowiedź ignoranta. W Polsce na tego rodzaju mylenie przyczyn z objawami mógłby sobie pozwolić chyba tylko Lech Wałęsa, ale on funkcjonuje od lat na specjalnych papierach. Czynny polityk po takiej deklaracji w tak dramatycznej sytuacji gospodarczej dostałby potężny, polityczny i medialny, łomot, po który z trudem podnosiłby się do pionu. Tymczasem Berlusconi pozostał na stanowisku premiera jeszcze przez dwa miesiące. I więcej: półtora roku później to ciągle on przyczynił się do upadku rządu Mario Montiego, gabinetu, który uratował ten kraj przed bankructwem.

Chciałoby się powiedzieć: Berlusconi - premier na miarę włoskich możliwości. A te możliwości są limitowane m. in. przez instytucje polityczne.

Nie lekceważmy instytucji!

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: Silvio Berlusconi

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy