Boże Narodzenie w supermarkecie

Mamy Boże Narodzenie. Muszę wam wyznać, że jestem wściekle tradycyjny i nawet, gdy byłem młody (a więc z definicji zbuntowany na starych), uważałem te święta za rzecz dla mnie nieodzowną. Na Boże Narodzenie czekało się, licząc tygodnie, pomagając mamie robić domowe porządki, chodząc z lampionem na roraty, w końcu wdychając na klatce schodowej zapach pasty do podłóg, gotowanych grzybów i makowca. Zawsze to był czas niezwykły: dawniej trochę baśniowy, potem baśniowy z wiadomych przyczyn być przestał, ale pozostał i jest do dziś jakiś inny: tajemniczy, obiecujący jakąś zmianę na lepsze. Na koniec zrozumiałem, że zmiana ma się dokonać w nas samych (ale właśnie dzięki temu czasowi ma większe na to szanse).

I odkąd pamiętam, komuś to przeszkadzało.

 Gdy byłem młody przeszkadzało komunie. Nie mogła ona (komuna) tych świąt zlikwidować, więc robiła wszystko, żeby je zrelatywizować. Próbowano, na ile to było możliwe, sprowadzić rytuały w gruncie rzeczy religijne do rangi zwyczaju ludowego. Szczególnie uporczywie lansowano w mediach niekończące się rozważania o potrawach: u tego celebryty (choć słowa tego wtedy nie znano) je się zupę grzybową w Wigilię, a u tamtego barszcz z uszkami; statek z cytrusami już wpłynął na wody Bałtyku i niedługo dobije do portu w Gdyni, a wtedy towar nie występujący w handlu w innych okresach roku, rzucą do sklepów; święta będą po lodzie, albo po wodzie - zapowiadał w telewizji Wicherek albo Chmurka - więc będziemy mogli, lub nie, odejść od świątecznego stołu i przerwać jedzenie nader wskazanym dla zdrowia spacerem.

Reklama

Teraz nie ma już komuny, Bogu niech będą dzięki!, ale normalne święta ciągle komuś przeszkadzają.

Na pewno supermarketom, korporacjom, specjalistom od podkręcania sprzedaży. Tym typom przeszkadza to, że ludzie przygotowując się do Bożego Narodzenia, spędzają trochę czasu w kościele, na przykład na roratach, a przecież mogliby spędzić go jeszcze więcej w sklepach, gdzie zresztą także dystrybuuje się pokarm duchowy, jako że z głośników snują się 24/24 i 7/7 bożonarodzeniowo-popowe pioseneczki, przypominające kolędy.

Normalne święta przeszkadzają też zwolennikom obyczajowego postępu, bo (w wersji soft-postępowej) powielają one wzór kobiety sprzątaczki-praczki-kucharki i matki, albo (w wersji hard-postępowej) powielają wzór  tradycyjnej rodziny. A do tego przecież nie można dopuścić, prawda?

Dlatego trzeba zastąpić świętego Mikołaja - biskupa, pajacem w czerwonej czapeczce, który nie przychodzi raz (6 grudnia), ale dwa razy (6 grudnia i - drugi raz - 24 grudnia), a niekiedy wiele razy. Dlatego trzeba ględzić w kółko o potrawach wigilijnego i świątecznego stołu, ale, broń Boże!, nie wspominać, czego to mianowicie pamiątkę obchodzą chrześcijanie w te święta. Trzeba oczywiście wszystko bez końca promować, w końcu wszystko może być świątecznym prezentem. I iPad czy tablet, i wakacje pod palmami - wszystko można opakować w dzwoneczki i wrzucić do worka na plecach pajaca w czerwonej czapeczce. W końcu trzeba skupić przekaz medialny z pasterki na kazaniach tych kilku biskupów, którzy szczególnie dobrze się nadają do obrzydzania chrześcijaństwa zwykłym zjadaczom chleba.

A ja mówię: to jest święto wcielenia. Przypomina o Bogu, który stał się człowiekiem. A skoro tak było, to zmieniło historię świata i zmieniło moją historię. I Twoją - jeśli chcesz.

Roman Graczyk    

Reklama

Najlepsze tematy

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje